|
OPOWIADANIA

Jestem
w powietrzu już od dobrych dwóch
godzin, ale czuję się jakbym leciał
już cały dzień. Cholerny bezpiecznik
od elektrycznego ogrzewania kombinezonu
znowu się musiał spalić, i jest mi już
tak zimno że zaczynam szczękać zębami,
mimo maksymalnego nawiewu ciepłego
powietrza od chłodnicy silnika. Nie
oszukujmy się; za cienką warstwą
plexi pędzi huragan zaśmigłowych
strug o temperaturze minus pięćdziesięciu
stopni, jest tak pierońsko zimno że
gdyby nie ogrzewanie wiatrochronu to w
parę minut nic bym nie widział do
przodu przez kilkucentymetrową warstwę
lodu. Jest zima, ale tu dziewięć
kilometrów nad ziemią jest zawsze
zima. Jeden kolega miał taki numer
ostatnio, jak mu wysiadła instalacja
elektryczna, i musiał odłączyć się
od formacji i zawrócić. Nie zazdroszczę,
bo przecież broń też mu zamarzła,
gdy tylko wysiadło ogrzewanie
elektryczne zamków, ale na szczęście
do domu było jeszcze blisko. Tymczasem
zbliżamy się do Akwizgranu; wszystko
pode mną wygląda jak gigantyczna mapa.
Przełączam kran paliwowy na zbiornik główny,
i ponownie wyważam trymerem samolot.
Zbiorniki podskrzydłowe są już w połowie
puste, ale jak wiadomo, w Mustangu
dobrze jest pozbyć się najpierw paliwa
spod tyłka, tym bardziej wlatując na
teren wroga. Słońce na tej wysokości
ma upiorny blask i bardzo ostro świeci,
na szczęście niewielka jest szansa by
ktoś zdołał się w jego poświacie
schować jeszcze wyżej. W tym oślepiającym
blasku widać wszystkie rysy i ryski na
szkle owiewki, nie ma centymetra wolnej
od nich powierzchni. Niesamowicie ciemne
jest za to niebo nade mną, zawsze mi się
to bardzo podobało. Jest czternasta z
minutami, a ja widzę gwiazdy, z rzadka
przesłonięte włóknistym cirrusem,
wyraźnie odcinającym się na
granatowym tle.

Rozglądam
się. Bombowce tworzą sznur ciągnący
się po horyzont. Obracam się do tyłu;
nie widzę końca tej kawalkady. Moja
eskadra jest po prawej stronie, mniej więcej
pośrodku, gigantycznego strumienia
wielkich czteromotorowych samolotów.
Nie wiem czy teraz, w końcu zimy `44
roku, naziści mają jeszcze w powietrzu
tyle samolotów, wszystkich razem, co
nasza armada. Nie widziałem żadnego
szwaba w powietrzu od dwóch miesięcy,
od osiemnastu misji. Teraz jednak
bardziej myślę o tym przeklętym
bezpieczniku, który kolejny raz
doprowadza mnie do gęsiej skórki z
zimna. Powoli przesuwamy się naszym
kluczem wzdłuż kolejnego klastra
bombowców. Esujemy, bo nasza prędkość
przelotowa jest dużo większa niż ociężałych
grubasów. Gdybyśmy zwolnili do ich prędkości,
szybko zagrzalibyśmy swoje silniki, a
ponadto zużycie paliwa na zbyt gorących
głowicach niepotrzebnie by wzrosło.
Widzę jak z mijanego po prawej bombowca
strzelec z bocznego okna macha do mnie
czymś białym. Delikatnie zbliżam się
do niego i macham mu w odpowiedzi. Teraz
dopiero, z bliska, widzę czym machał;
to były chyba jakieś babskie majtki.
Zobaczymy nad Bremą, czy humor nadal będzie
mu dopisywał. Dużo słyszałem o tym
co dzieje się w tych bombowcach gdy już
Flak zacznie do nich grzać, i to nie na
wiwat. Wielu z nich leży wtedy na podłodze
w tych ich śmiesznych hełmach i
kamizelkach przeciwodłamkowych i wyglądają
jak banda świrów. Zresztą tajemnicą
kantyny jest, że wielu z nich naprawdę
pojechało do czubków.
Dowódca
nieco przyspieszył, przez tę cholerną
ciszę radiową trzeba cały czas się
rozglądać, bo chwila nieuwagi i jest
się poza formacją; szczęśliwie smugi
pary za samolotami wskazują zawsze
kierunek dla nieuważnych. Dla
niemieckich obserwatorów z obrony
powietrznej niestety także, ale teraz
to już nie jest takie groźne. Niemców
praktycznie już nie ma w powietrzu.
Patrzę
na tablicę i od razu pojmuję dlaczego
przyspieszamy; temperatury głowic i
kolektorów podniosły się za bardzo,
zbyt wolno lecimy od jakiegoś czasu.
Niekończący się strumień bombowców
szybciej mija nasze prawe skrzydła,
robimy lekki zwrot i oddalamy się w
kolejnym esie. To co najbardziej mi się
podoba w moim Mustangu to widoczność z
kabiny, wygoda i jego prostota. Jak
sobie przypomnę jak się męczyłem
wsiadając do ciasnego Spitfire, tę
potworną ciasnotę i hałas, to aż
mnie dziw bierze że nikt wcześniej nie
wymyślił takiej kabiny jak w Mustangu.
Mógłbym tu czytać książkę, pić
kawę z termosu i jeszcze miałbym
miejsce na rozprostowanie się. Ten
samolot sam leci. A fotel ma regulację
niczym w samochodzie. Tak sobie tu głośno
myślę, a widzę wyraźnie że daleko z
przodu gdzie znika początek strugi
bombowców coś się błyszczy na
czerwono. Raca ? I jeszcze jedna…
I jeszcze kilkanaście !
Nie
mam już żadnych złudzeń, nasza
formacja wydłuża się momentalnie, dowódca
przyspiesza. Nadal nie przerywa ciszy
radiowej, ale chłopaki to stare wygi,
nikt nie został za mocno z tyłu.
Wszyscy momentalnie przesunęli
przepustnice do przodu, i już wyrównujemy
szyk. Stary zakołysał skrzydłami i
odrzucił zbiorniki spod skrzydeł,
pokoziołkowały w dół ciągnąc za
sobą białe smugi. Wszyscy powtórzyli,
Mustangi pozbawione tych garbów wyraźnie
przyspieszają. Stary puszcza racę świetlną,
nasz umówiony sygnał. Zmiana szyku.
Kolejne przełączanie zasilania
paliwem, kolejne wyważenie. Wszyscy to
robią, widzę jak samoloty moich kolegów
także kołyszą się delikatnie podczas
trymowania. Prędkość wzrasta,
wlatujemy ponad sznur bombowców i nad
nimi z coraz większą prędkością
prujemy naprzód. Widzę kątem oka
obracające się wieżyczki na niektórych
bombowcach pod nami. Wszyscy strzelcy już
wiedzą, że żarty się skończyły, i
wypatrują śmierci mogącej czaić się
dosłownie wszędzie. Po naszej lewej
stronie widzę jak rwie do przodu z dużą
prędkością eskadra Kanadyjczyków.
Muszą lecieć na pełnym gazie, z rur
wydechowych buchają im płomienie
metrowej chyba długości, a za nimi
zostaje ciemny ślad sadzy. Robią błąd,
zanim dolecą tam gdzie my, ich silniki
będą mieć kolor purpury. Nasz lider
wie co robi, będziemy chwilę za nimi,
ale będziemy mieć większą moc w
naszych silnikach gdy przyjdzie co do
czego. Nadal cisza radiowa, nadal
niczego nie widzę co mogłoby być
przyczyną alarmu tam z przodu.
Nie czuję już zimna, które tak
mi dokuczało jeszcze przed chwilą.
Jest mi aż gorąco. Czyżby fałszywy
alarm?
„Sekcja
czerwona, mamy gości, kilka
niezidentyfikowanych maszyn usiłuje
wspiąć się tu do nas, są na drugiej
godzinie, jakieś kilometr pod samolotem
prowadzącym. To na pewno szwaby, żaden
z naszych dywizjonów nie leciał tak
nisko. Widać już smugi za nimi, wznoszą
się nadal”.
Poczułem
jakby nagle czas zaczął płynąć dwa
razy szybciej. Nasz lider nadal milczy
jak zaklęty, tymczasem w radio słychać
kolejne wywoływania od samolotu prowadzącego
wyprawę. Słyszę jak zgłaszają się
kolejne dywizjony. Zgłasza i potwierdza
się nasz dywizjon, ale lider poza tym
nie wydaje nam żadnego polecenia. Nadal
lecimy wzdłuż głównego strumienia
bombowców, jakieś dwieście-czterysta
metrów wyżej, prędkość przekroczyła
już 650 kilometrów na godzinę. Nigdy
nie lubiłem tych anglosaskich zegarów,
i nigdy chyba już się do nich nie
przyzwyczaję. Bombowce pod nami
przelatują do tyłu jakby stały w
miejscu. Jeden z przednich dywizjonów
eskorty schodzi w płytkim lewym zakręcie
w nurkowanie i rusza na spotkanie intruzów.
Mamy całkowitą przewagę taktyczną,
liczebną, i naprawdę nie wiem czego ci
Niemcy tu szukają, chyba guza.
W
tym momencie radio oszalało.
Jakiekolwiek rozkazy o ciszy radiowej
nie istnieją, przekrzykujące się wywołania
kodowe i komendy zlewają się w
kakofonię dźwięków. Niemcy atakują
!
Nasz
lider wymienia szybko kilka uwag z
prowadzącym lecącego za nami innego
dywizjonu. Zarządził przełączenie na
nasz wewnętrzny kanał. Przełączam.
Nastała cisza.

W
tym momencie widzę wyraźnie przód
kolumny bombowców, zbliżyliśmy się
już prawie do samego przodu wyprawy, i
momentalnie rozumiem po co tu
przylecieliśmy. Od czoła widzę wyraźnie
rosnące w oczach czarne punkty i błyski
słońca odbitego w szkle kabin. Niebo
dookoła roi się od kolorowych rakiet.
Widzę wyraźnie wybuchy na prowadzących
formację samolotach. W tym momencie
pomiędzy nami a bombowcami poniżej śmignęło
za nas kilka bezkształtnych maszyn. Za
nimi mignęły mi jakieś śmieci i kawałki.
Pewnie z trafionych bombowców.
„Zostać
na pozycjach, utrzymać szyk”. Mam
nadzieję że stary jak zwykle wie co
robi. Kilka niemieckich maszyn z
olbrzymią prędkością minęło nas
przed chwilą na kursie zderzeniowym,
nie byłoby szans ani sensu ich gonić.
Widzę wyraźnie jak kilka z lecących
na czole wyprawy samolotów wyraźnie
zwalnia i przesuwa się na boki, robiąc
miejsce szybciej lecącym pozostałym
maszynom. Pięć bombowców, dokładnie
pięć. Dwa płoną, jeden jak
pochodnia, dla tych chłopaków wojna się
już skończyła. Nie widzę spadochronów,
nie mam czasu ich wypatrywać, kolejny
zwrot, prosto w słońce. Wznosimy się.
Widzę przez ramię że dwa obficie dymiące
bombowce lecą obok siebie ale wyraźnie
wolniej i coraz niżej niż reszta
wyprawy. Widzę daleko trzeci bombowiec,
nie dymi ale leci wyraźnie wolniej i
także coraz niżej. Tamtych dwóch co płonęli
od początku już nie widzę. Wyprawa
bombowa niczym nieprzerwany strumień
znikąd, bez końca, leci dalej. Minimum
kilkaset maszyn. Nigdy nie chcą nam
powiedzieć ile ich jest, nawet na
odprawie po locie trzeba ciągnąć
„inteligentnych” za języki.
Widzę że kolejne dwa bombowce odłączają
się od formacji i zwalniają, jeden
blisko nas, drugi nieco dalej, i po
drugiej stronie wyprawy, jest znacznie
niżej. Pewnie postrzelali się znowu chłopaki
nawzajem. Zakończyliśmy zwrot, lecimy
teraz wzdłuż strumienia bombowców w
przeciwną stronę. Ciągle duża prędkość,
lekko obniżamy się. Zaraz będziemy
poniżej najniższych bombowców w
wyprawie. Widzę po drugie stronie
strumienia inny dywizjon myśliwców,
robią to samo co my. Nasz lider coś mówi
do nich, nie słyszę wyraźnie. Huk
pracującego na wysokich obrotach
Packarda nie pomaga mi w słuchaniu
przemówień radiowych. Jesteśmy już z
pięćset metrów ponad bombowcami, widzę
wyraźnie pojedyncze kumuluski nieśmiało
tworzące się nad zmarzniętą,
brudno-szaro białą ziemią na dole.
Silnik pracuje jak szwajcarski zegarek,
temperatury jak w książce szkolnej.
Bombowce ponad nami wyraźnie przesuwają
się za nas, widzę daleko koniec
wyprawy. Jesteśmy już nad Akwizgranem,
ale Flak milczy. To dlatego że są tu
ich myśliwce, inaczej już by
strzelali. Kolejny zwrot, i znów niżej.
Widzę wyraźnie kotłujące się pod
nami samoloty i serie kolorowych paciorków.
A więc to tam lecimy.
„Pod
nami nieprzyjacielskie myśliwce,
atakujemy”. Głos starego jak
zwykle nie zdradzał najmniejszych
emocji, jakby leciał z nami ćwicząc
loty w szyku. „Sekcja zielona
zostaje, niebiescy wchodzą”.
Ruszamy. Włączam podświetlenie
celownika, trymuję samolot „na łeb”
i odbezpieczam spust. Mój prowadzący
pokazał mi ogniem z rur wydechowych że
będziemy lecieć teraz nieco szybciej,
mimo że już mamy ponad 680 kilometrów
na godzinę. Wlepiam pełnego bosta.
Silnik ryczy, jakby chciał wyskoczyć z
okuć. Prędkościomierz minimalnie
przesuwa się naprzód. W uszach
wzrastające ciśnienie usiłuje wypchnąć
mi bębenki. Jestem lekko z tyłu z
prawej za moim prowadzącym. Jestem jego
oczami do tyłu. Wpadamy z olbrzymią prędkością
w środek powietrznej kotłowaniny. Nie
wiem skąd się tu nagle wzięli ci
Niemcy, jest ich tu co najmniej
kilkunastu. Naszych jest kilkudziesięciu,
przelecieliśmy z olbrzymią prędkością
przez środek wielkiego kłębowiska,
jesteśmy już na siedmiu i pół
kilometrach. Teraz dopiero dostrzegam
sens manewru mojego prowadzącego:
wyprowadzamy, lekkie wznoszenie, a przed
nami trzy dwusilnikowe samoloty na
ostrym wznoszeniu. Prawdopodobnie chcą
się prześliznąć do bombowców, a
tamci mieli odwrócić uwagę eskorty.
Ciągle cisza w słuchawkach, dlaczego
mi nic nie powiedział? Cholera, radio
chyba nie działa. Skaczę po kanałach.
Cisza. Ten bezpiecznik od ogrzewania nie
spalił się chyba przypadkowo po raz
kolejny, tu się dzieje coś niedobrego
z prądem. Nie mam czasu na szukanie
awarii ani na zastanawianie się,
samoloty rosną nam w oczach, walimy
prosto na nie!

Zacieśniamy
wznoszenie, lekki skręt, wychodzimy za
nich. Mamy dużą przewagę prędkości,
widzę że nie będziemy się z nimi
bawić. Widzę jak mój prowadzący
oddaje długą serię do środkowego
szwaba, sekundy później mijamy ich i
wchodzimy ostro w górę. Z naszej
prawej strony widzę jak z góry spływają
ku nam pozostałe maszyny naszego
dywizjonu. Ja nic nie słyszę ! Widzę
wyraźnie sylwetki Niemców pod nami, to
Me-410, nie mają żadnych szans. Jest
ich trzech, nas cały dywizjon. Łaskawie
wreszcie zauważyli nas, rozdzielają się.
Biorę pierwszego z lewej, leci jakoś
tak niemrawo. Mój prowadzący oddala się,
ale nie muszę go pilnować. Panujemy
nad sytuacją. Sylwetka w celowniku rośnie
błyskawicznie, nurkuję wprost na
niego. Naciskam spust, samolotem trzęsie
jakbym jechał po brukowanej kostce na
ulicy. Poprawiam, przenoszę ogień
nieco przed niego, widzę wyraźnie jak
pociski uderzają w skrzydła. Leci mnóstwo
śmieci. Mijam go w odległości może
kilku metrów, śmignął mi tylko do tyłu.
Wychodzę w górę, mam mnóstwo
energii. Widzę teraz jak nasi
rozprawili się z tym prowadzącym
samolotem, dymi, nie-płonie, już jęzor
ognia za nim, spada spiralą w dół.
Gdzie ten trzeci?
Bawię
się sytuacją, efektownym wywrotem
spadam ponownie w dół, jak kamień,
jak orzeł na swoją ofiarę. Widzę
wyraźnie mojego Niemca, widzę też jak
dwóch naszych zbliża się do niego po
krzywej. Jestem szybszy. Oddaję dwie krótkie
serie, widzę wyraźnie jak prawy silnik
zaczyna dymić a śmigło staje w
miejscu. Samolot przewala się przez
plecy i spada w dół, ja robię zwrot
bojowy. Nie potrzebuję już energii,
walka jest skończona. Silnik pracuje na
wolnych obrotach, spadam ponownie, na łeb,
na szyję. Dla wygody, z lenistwa,
trymuję sobie samolot „na mordę”.
Spadam wprost na dymiącego Niemca. Długa
seria, jest dokładnie przede mną.
Pociski wpadają w prawe skrzydło,
spokojnie wyrównuję lot i ustawiam się
niedaleko Niemca. Widzę jak ciągle lecą
z niego jakieś śmieci, kupa dymu.
Odpadają osłony, wyraźnie widzę jak
jedna sylwetka oddziela się od kadłuba.
Po chwili pod moim prawym skrzydłem
zakwita czasza spadochronu. Ten drugi
chyba już nie będzie wysiadał,
samolot w korkociągu spada w dół.
Widzę wyraźnie jak odrywa mu się
skrzydło, i wrak bezwładnie opada.
Zniknął mi już na tle szarej ziemi,
widzę tylko smugę dymu za nim.
Zawracam, widzę kątem oka
spadochroniarza. Widzę też jak z góry
spływają dwa Tempesty, i kierują się
wprost na niego. Nie chcę na to patrzeć.
Pewnie go rozstrzelają. Zwiększam
obroty i wznoszę się w kierunku
bombowców, których smugi kondensacyjne
widzę wyraźnie w górze. Muszę znaleźć
swoich, odłączyłem się przecież a
nie mam radia.
Czuję
potężny wstrząs i słyszę straszny
huk. Kabina wypełnia się kurzem, mam
pełno paprochów w oczach i ustach.
Czuję swąd. Nie zastanawiam się,
machinalnie zdejmuję zupełnie gaz i z
całej siły zaciągam samolot. Słyszę
wyraźnie jak wypadło mi podwozie, nie
wiem jak mocno dostałem, ale na pewno
dostałem, i to po bebechach. Samolot
momentalnie traci prędkość, gdyby nie
pasy to uderzyłbym twarzą w
celownik; dookoła mnie widzę
smugi i kolorowe ogniki przelatujących
pocisków. Jestem sam, nikt mi nie pomoże,
nie mam radia. Klapy na full. Upojony
zwycięstwem zachowałem się jak
szczeniak, dałem się komuś podejść.
Cholera, tak to nie będzie proszę
pana! Nad moją kabiną rozłożył się
w całej swojej okazałości Bf-109, tak
samo jak ja próbujący zwolnić, ale i
tak mnie przegonił, miał dużo większą
prędkość. Za łatwo zwęszył łup,
chciał mnie tylko dobić, a powinien był
wykorzystać prędkość i wyrwać w górę.
To jakiś gówniarz, słyszałem że
tylko tacy im zostali, może mam jeszcze
szansę. Wypadki toczą się błyskawicznie,
messer ostatecznie zwala się przez
skrzydło i spada, mijając mnie o parę
metrów. Omal się nie zderzamy, ja
przepadam ułamek sekundy za nim. Jego
wielka sylwetka za moment śmignie mi tuż
przed nosem!
Teraz!
Wciskam
spust, nie zastanawiam się nad tym co
robię. Walę ile wlezie, aż po koniec
amunicji. Nic nie widzę, czerwono w
oczach, przeciążenie wyrywa mnie z
fotela, wiszę na pasach. Samolotem
zatrzęsło, słyszę wyraźnie jakieś
uderzenia w kadłub. Dookoła owiewki śmignęły
mi jakieś śmieci. Dostał, na pewno
dostał !

Drążek
usiłuje mi wyrwać się z ręki, znów
płynące strugi powietrza gwałtownie
ruszyły sterami. Zamykam klapy, wlepiam
pełen gaz, muszę odzyskać prędkość
i wyrównać lot. O powrocie do swoich
nie ma już mowy, są zbyt daleko.
Celownik zgasł, lampki na tablicy nie
świecą. Co się dzieje z samolotem?
Rozglądam się. Widzę cienką smugę
dymu oddalającą się na południe, ciągnie
się za coraz mniejszym myśliwcem.
Oddala się. Trafiłem go, na moje szczęście
nie był doświadczonym pilotem, takim z
jakimi mieliśmy tyle gorących chwil
nad Kanałem. Skąd się tu wziął i
czemu był sam, nie mam pojęcia. Mam
nadzieję że martwi się teraz o siebie
i już po mnie nie zawróci. Gorzej jeśli
zawoła kolegów. Patrzę w górę.
Setki małych obłoczków otacza kropki
ciągnące za sobą białe kreski. Flak
strzela ogniem zaporowym do bombowców,
a więc nie ma chyba już Niemców w
powietrzu, mam szczęście. Widzę w
oddali Akwizgran, przez te kilka minut
oddaliłem się znacznie na zachód, w
stronę naszych wojsk. To dobrze, bo
lepiej się nie zapuszczać bez potrzeby
samemu nad Niemcy. Dobra, teraz co ze mną.
Instalacja elektryczna chyba siadła w
kabinie, działają mi tylko przyrządy
napędzane pneumatycznie. I termometry.
Silnik na szczęście pracuje równo.
Nie jest wesoło, jestem nad terenem
wroga, sam, nie mam łączności i nie
wiem co się dzieje z samolotem.
Wybieram kurs mniej więcej do swoich,
potem się będę martwił. Ustabilizowałem
lot, obroty przelotowe, samolot
wytrymowany ale nie bardzo chce lecieć
sam, wyraźnie ściąga go na prawo, i
zadziera nos. Muszę się z nim trochę
siłować. Teraz dopiero czuję że jest
przeraźliwie zimno w kabinie i paruje
mi rama owiewki. Obracam się i widzę
dziurę w owiewce, tuż za swoją głową.
Omal nie dostałem w głowę. Jestem na
sześciu kilometrach, gdyby nie maska
tlenowa byłbym już trupem. Muszę zejść
natychmiast niżej. Lampki na tablicy
nie działają, prawdopodobnie mam ciągle
wysunięte podwozie z prawej strony,
albo klapa od podwozia odkształciła się
i wisi pode mną. Lecę bardzo
grzecznie, 350 kilometrów na godzinę,
ale mocno opadam. Muszę mieć duże
opory spowodowane uszkodzeniami. Palce w
rękawiczkach powoli sztywnieją z
zimna. Tarcze zegarów zaczynają parować,
niech to szlag. Opadam. Oglądam teraz
na spokojnie maszynę. Widzę wyraźnie
dziury w skrzydłach, i mnóstwo odprysków
i zarysowań. To pewnie odłamki z tego
messera. Śmigło też musiało coś wyłapać,
czuję wyraźnie jak samolotem
delikatnie trzęsie. Niedobrze, wał
silnika może tego nie przeżyć, a do
naszych pozycji jeszcze kawałek.
Wychylam głowę za zagłówek i widzę
że mam oderwany prawie cały lewy
statecznik. Poza tym ciągnę za sobą
jakąś smugę, paliwo albo olej, ale
nie wiem co się dzieje bo tablica
przyrządów częściowo zaparowana, częściowo
nie działa. A to co działa chyba kłamie,
bo temperatura głowic spadła poniżej
obrotów jałowych, a ja lecę na średnim
gazie. Silnik jednak chodzi jak na
razie. Widzę dym spod lewego łokcia.
Pali się coś chyba. Zaczynają lecieć
spod tablicy iskry, nie słyszę
skwierczenia przez martwy hełmofon, bez
którego chyba odmroziłbym sobie całą
głowę. Wysokość cztery i pół
kilometra, prawdopodobnie zaraz będę
po naszej stronie frontu, o powrocie do
Anglii mogę zapomnieć. Mustang umiera.
Wpadam w chmurę, jakiś mocno wypiętrzony
altokumulusik, nie chciałem go omijać
żeby nie tracić prędkości. Czuję że
silnik słabnie, prawdopodobnie siada
elektryka i poszły już iskrowniki z
pierwszego obwodu. Dookoła biało, widzę
tylko końcówki skrzydeł. Nagle następuje
to czego zawsze tak bardzo się bałem,
i co zabiło już tylu przede mną:
oblodzenie. Wypadam z chmury, jestem na
niecałych trzech kilometrach, może
nawet nie, ale wyraźnie widzę jak
skrzydła migoczą i świecą w słońcu.
Pokrywa je gruba warstwa lodu. Zlodzilo
mnie w tej cholernej chmurze, której
nie chciałem omijać ratując resztki
prędkości. Samolot momentalnie zrobił
się jak cegła, stery nie reagują na
moje wysiłki. Stałem się prawie
niesterowny. Samolot zaczął zwalniać,
czuję to wyraźnie, pasy wbijają mi się
w ramiona. Do ziemi jakieś dwa tysiące
metrów, wysokościomierz wciąż działa,
nie ma na co czekać, pora się
przewietrzyć. Zrzucam osłonę, na szczęście
odchodzi bez problemów, uderzenie
wiatru w twarz odrzuca mi głowę.
Uwalniam się z pasów, samolot staje
powoli, jakby od niechcenia, na ogonie.
Teraz albo będzie za późno!
Odbijam
się z całej siły nogami, i wypadam z
kabiny. Wiatr uderza mnie jakbym wpadł
na ścianę, jest lodowato zimno, ale i
tak na pewno cieplej niż tam w górze.
Koziołkuję, nie wiem gdzie jest góra
gdzie dół, mam zamknięte oczy bo ból
lodowatego powietrza walącego w oczy
jest nie do wytrzymania. Gdzie moje
gogle? Szarpię za wyzwalacz, chwila
prawdy. Wstrząs, znowu wstrząs.
Szarpnięcie, pasy wbijają mi się w
ciało z wielką siłą, na chwilę
ciemnieje mi w oczach. Wszystko się
momentalnie uspokaja, nastaje
niesamowita cisza. Huragan gdzieś
znika, czuję tylko normalne smagania
zimnego wiatru. Widzę mój samolot, ciągnący
za sobą ciemniejącą smugę, jak
nurkuje prawie pionowo do ziemi. Jego
cień zbliża się do niego błyskawicznie
na białym tle zaśnieżonego pola.
Wybuch, słup dymu. A ja dyndam tu sobie
wesoło w górze. Ciekawe gdzie jestem,
i czy nie zamarznę zanim opadnę, bo do
ziemi jeszcze z kilometr, a nie mam już
zupełnie czucia w stopach. Myślę o
gorących pierożkach u Grubasa. Opadam
powoli. Widzę w dole jakiś zagajnik,
dookoła pola, w oddali rzeka i jakieś
zabudowania. Strzelanina, teraz wyraźnie
słyszę jej odgłosy, i widzę smugowe
trasery pocisków z broni maszynowej.
Tam jest jakaś bitwa. A więc spadam
niemal na linii frontu, jest szansa że
trafię na swoich. Pode mną także
teraz widzę dziesiątki wybuchów,
ziemia aż kipi, dziesiątki świetlnych
pocisków walą w kierunku jakiegoś
obiektu na drodze… teraz już widzę,
to samochód pędzący drogą pode mną.
Jestem już kilkadziesiąt metrów nad
nim. Widzę wyraźnie jakiegoś faceta
za kierownicą przemykającego pomiędzy
wybuchami i dziurami, a obok wychylony
za okno do połowy z miejsca pasażera
jakiś chyba rolnik, nie wiem, nie widzę,
jakiś kaptur ma na głowie, ale wyraźnie
wymachuje w moją stronę kosą i coś
wyzywa, a tamten co prowadzi wali go w głowę
jakimś wężem gumowym od nagrzewnicy z
Poldasa i wciąga do samochodu. Za nimi
kawalkada Willysów i Kubelwagenów z żandarmerii
wojskowej, jakaś straż pożarna, i
jacyś ruscy na Gazikach. Co tu się
dzieje !?

Uderzam
w ziemię, wstrząs, jeszcze jeden wstrząs.
Czuję że ktoś mnie szarpie, jakieś głosy.
„Marcin! Marcin! Samochód
na dole, ruszaj dupsko, po drodze się
wyśpisz, no wstawaj!”…
autorem
tekstu jest Elwoodzik
|