|
...
z przemyśleń Elwooda ...

|

... A w ogóle to ruscy byli zajebiści, tak sobie myślę, no bo taki na przykład
Jaczek. Masowo klepany podstawowy myśliwiec frontowy. Wydawać by się mogło, że jego obsługa nie powinna sprawiać żadnego problemu, biorąc pod uwagę jego powszechność. Okazuje się jednak, że nie do końca. Piszę to dlatego, że uważam to za istotne, a ani YoYo ani Schmeiss nie napisali o tym. Chodzi mi o płat w
Jaczku, a ściślej o jego konstrukcję. Nie chodzi o to że był gówniany, że się rozpadał w nurkowaniu bo nie wytrzymywał podciśnienia, że jego drewniane pokrycie, a raczej technologia jego wytwarzania, przerastała częstokroć możliwości sowieckich stolarzy. Chodzi mi o to, że ten płat miał taką ciekawą właściwość, że nie dzielił się. On był po prostu w całości, nie dzielił się na centropłat i skrzydła. Efekt tego był taki, że po uszkodzeniu jego konstrukcji gdzieś na lotnisku, np. przy kolizji, aby cokolwiek poważnego zrobić z dźwigarem, trzeba było wymontować cały płat. Na lotnisku ok., nie ma problemu, dźwig bramowy i można się bawić, tylko że na wojnie rzadko kiedy był na to czas, a na lotniskach polowych raczej rzadko bywał tak poważny sprzęt jak dźwig bramowy do samolotów. Dlatego też naprawy Jaków to był koszmar senny mechaników, którzy musieli siłami ludzkich (wielu) rąk wymontowywać z kadłuba cały płat, od końcówki do końcówki. To jest jednak jeszcze pikuś. Wymontować i zamontować jakoś w końcu można. Tylko że nie trzeba być specjalnie mocno zorientowanym w temacie mechaniki lotu i aerodynamiki, by domyślić się, że taki płat po zamontowaniu raczej nie był „zapięty” tak jak powinien, czyli idealnie w osi kadłuba. Stąd właśnie głównie bierze się słynna cecha Jaków, czyli „każdy jest inny”. To głównie dlatego jeden egzemplarz w tym samym pułku świetnie skręcał, ale tylko w lewo, a inny miał takie opory interferencyjne że nie mógł dogonić własnego klucza. Kwestia jakości pokrycia i gównianego wykonania oczywiście też miała tu istotne znaczenie, ale nie aż tak drastyczne. Inną typową cechą Jaczków (a, tak piszę bo mi się akurat przypomniało,
LOL) było to że pierwsze serie były wszystkie
cabrio. A to dlatego że ruscy nie mieli dobrej technologii produkcji pleksi na osłony kabin, i ta ich wersja miała te wadę że na słońcu bardzo szybko matowiała, do tego stopnia że stawała się nieprzezroczysta. I dlatego piloci po prostu zrzucali osłony, żeby w ogóle coś widzieć. To samo zresztą było w pierwszych
LaGG. Co innego Włosi i ich Saetta (Macchi M.C.200). U nich po prostu jak to u Włochów nie mogło być normalnie, i dlatego skądinąd nowoczesny samolot trzeba było nieco uwstecznić w osiągach (opory indukowane) odkrytą kabiną, bo paru ważniaków u nich uznało że to im powoduje dyskomfort (powaga!)...
LOL, oni są cudowni, mam takich paru w pracy. Nie kumam, jak oni mogli prowadzić wojnę? Chociaż skądinąd była taka jednostka, Corpo di Spedizione
Italiano, która właśnie na M.C. 200 spuściła prawie dziewięćdziesiąt ruskich samolotów, tracąc piętnaście swoich i dziewięciu pilotów na froncie wschodnim. Zresztą wątek włoski też podlega pod KG 200, tak
BTW, bo oni tam używali tych piętrowych
S.M. 82 Canguru, skądinąd bardzo ciekawy samolot, nawet RAF używał zdobycznych jeszcze w 1947 roku. A w ogóle to w najbliższej przyszłości trzeba będzie coś skrobnąć o Piaggio P.108 (na takim samolocie zginął Bruno Mussolini, jedyny oficjalny syn tego oszołoma), bardzo udanej i ciekawej moim zdaniem konstrukcji, a zupełnie zapomnianej (moja ulubiona wersja miała działo bezodrzutowe 102 mm, ja wiem że na B-25 założyli haubicę 105 mm, tylko że jej wpływ na konstrukcję był co najmniej wyraźnie zauważalny, więc to żadna rewelacja. To tak jak Jaczek z armatą 45mm, gdzie każdy strzał wiązał się z ryzykiem znalezienia się na świeżym powietrzu. A ten P.108 bezproblemowo, a o to chodzi. To że go nigdy nie użyto bojowo, to inna sprawa). Ale się rozpisałem,
LOL, ale z drugiej strony kto dziś jeszcze pamięta że i my mieliśmy włoski epizod w postaci wodnosamolotu Cant Z.501, posiadacza 16 (!) światowych rekordów, m.in. prędkości, pułapu i udźwigu, pozostającego w linii do końca lat pięćdziesiątych, którego trzy egzemplarze zamówiliśmy tuż przed wybuchem wojny dla wzmocnienia Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku, używającego Lublinów
R-XIIIter, a samoloty te Włosi przetrzymywali bo ich niemieccy koledzy nie wyrażali zainteresowania pomyślnym sfinalizowaniem zapłaconej już transakcji wiedząc że zaraz będzie wojna; ostatecznie podczas lotu próbnego Airone jeden z tych samolotów został po prostu porwany przez pilota, członka polskiej misji wojskowej dokonującej zakupu, i przetransportowany lotem do kraju. Niestety bez uzbrojenia i wyposażenia, a był już 27 sierpnia. Samolot ten ewakuowany z Zatoki błąkał się później po jeziorach Kujaw i Mazowsza unikając niemieckich pocisków, ale ostatecznie dopadły go Stukasy zakotwiczonego na jeziorze. Nawet ostatnio wyłowiono jeden z jego trzech silników, i można go będzie oglądać w Krakau w muzeum (o ile czegoś nie popieprzyłem). Poza tym samolot ten najbardziej jest znany chyba z tego, że jak wieziono nim angielskich jeńców, tj. pilotów Beaufightera z Malty spuszczonego przez
BeeFa, to ci angole porwali ten samolot razem z całą jego pięcioosobową załogą która jak się później okazało miała wszystko w dupie, z wojną na czele, a leciała w ogóle na urlop i miała pełno gorzały i żarcia z przemytu (na urlop się leci, a co?), i jak oni wodowali na redzie portu La Valetta i podpłynął do nich cokolwiek zdziwiony i zaniepokojony angielski trałowiec, to nie było komu otworzyć drzwi, bo wszyscy ewrybody nawaleni jak świnie leżeli na podłodze półżywi. Jest to zresztą jedyny znany przypadek porwania samolotu przez jeńców. A w ogóle to dlaczego Schmeiss się tłumaczysz z obecności swastyki na waszej stronie? Polskie samoloty też nosiły swastyki, tyle że podczas zwalczania wysiewu czerwonej zarazy podczas wojny polsko-bolszewickiej, i co z tego? To miał być symbol szczęścia, powodzenia. To że kojarzy się przeważnie z faszystami, no cóż; swastyka jest starożytnym symbolem szczęścia w religiach hinduistycznych bliskiego wschodu, skąd trafił on do Cesarstwa Rzymskiego a potem do ery nowożytnej. To że sobie ją przywłaszczyli faszyści na znak firmowy, to inna sprawa.

He
343
Przy
okazji, jak już poruszamy temat rzeczy
znanych ale ciut zapomnianych, to był
sobie taki samolot pod tytułem He 343,
i właściwie to był to taki trochę
przerośnięty znany i lubiany Arado Ar
234, tyle że czterosilnikowy (czyli ściślej
mówiąc Arado Ar 234C). Samolot ten
przygotowywano pod kątem programu
Amerikabomber, czyli STRABO (Strategischebomber).
Nazwa tłumaczy chyba wszystko, więc się
nie będę produkował, za to garść
faktów; samolot powstał w 1943 roku na
zlecenie RLM, w czerwcu rok później już
go w Goettingen dmuchano w tunelu, a
chwilę potem miały się odbyć loty próbne.
Nie odbyły się, bo szybciej
przylecieli wizjonerzy z 8 Armii
Powietrznej USAAF i zmienili nieco
krajobraz okolicy; w czasie tych szeroko
zakrojonych prac ziemnych jedyny
prototyp znalazł się zbyt głęboko
pod zburzoną fabryką w zbyt wielu częściach,
by warto było go szukać. Samolot miał
być dwumiejscowy, całkowicie metalowy.
Cztery turboodkurzacze Hirth (właściwie
Heinkel –Hirth, bo za kasę
wydojoną od Udeta przy okazji programu
He 280 chłopcy wykupili fabrykę
Hirth`a na własność) He S11A po 13 kN
każdy. Ciekawostka, rosół do nich był
tylko w kadłubie. Projektowano wersję
myśliwską i bombową (specjalnie
przygotowana pod bombę Fritz-X albo nóweczkę
S.C.2000, ale tak czy inaczej samolot
nie był udany, bo obliczeniowo nie byłby
w stanie wrócić z powrotem znad USA do
baz we Francji. Z których zresztą
startowały w ramach tego samego
projektu Junkersy Ju 290, z których
jeden doleciał do Nowego Jorku i zawrócił
do bazy. Był to czerwiec 1944, a ten
program to jest jako wyjaśnienie
dlaczego angole poświęcili życie dwóch
pełnych obsad komandosów SAS którzy
ze Skitten w Szkocji przez Szetlandy po
800 kilometrowym locie na holu (!) w
Horsach ciągniętych przez Halifaxy
lecieli do Norwegii rozpieprzyć
niemiecką siłownię w Vemork (było
tam laboratorium produkujące tzw. ciężką
wodę na potrzeby niemieckiego programu
nuklearnego) a potem mieli 300 kilometrów
z buta spierdalać przed oddziałami SS
(nieco zdenerwowanymi zaistniałą
sytuacją) do Szwecji. Do dziś zresztą
nie rozumiem jak to możliwe by Niemcy
mieli tylko jedno takie lab, i by mimo
ochrony SS mogło dojść później do
jego zniszczenia. O ile bowiem operacja
ta przyniosła angolom 100% strat, to
skutecznie powtórzono ją później ale
już przy pomocy glebotłuków. Straty
tym razem też były zresztą kosmiczne.
A w ogóle to czy ktoś kiedyś przyzna
się, po co tak naprawdę te Ju 290 latały
z Niemiec do Chin (tzw. operacja mandżurska,
1944 rok), i co one tam zawiozły? Co za
kicha, to lepszy film niż niemiecka
stacja badawcza na Grenlandii na którą
mieli ostatecznie uciec wysocy
dygnitarze III Rzeszy w razie draki, która
zresztą nastąpiła, ale ostatecznie za
pomocą okrętów podwodnych zdecydowano
się na bardziej przyjemny klimat
Ameryki Południowej. Choć okazało się,
że niektórych Żydki stamtąd potem
wyciągnęli, a ich prochy rozrzucili po
morzu... ale to już inna bajka. A co do
tej Grenlandii, to przypomniał mi się
fajny numer, bo szkopki mieli tam stację
dalekiego nasłuchu i meteo, i jak tam
był jakiś problem i trzeba było
ewakuować jej odciętą od świata załogę.
Stacja ta służyła jako radar pogodowy
dla oceanicznych lotów patrolowych
Luftwaffe, i była bardzo ważna, i jak
wysłano z odsieczą Fw 200 pełnego
zapasów, to ten Condor się przy lądowaniu
zakopał i złamał goleń (czyli jak
zwykle, bo to przecież była normalka w
tych maszynach), i wysłano drugi, z częściami
do tego pierwszego. A pamiętajmy że to
było na lodowcu na Grenlandii, a
Goretexu jeszcze nie produkowano. Ale
ostatecznie naprawili tego pierwszego
FockeWulfa, zabrali towar i wszystko
dobrze się skończyło. Fajną minę
musieli mieć ci Niemcy w tej stacji,
jak pierwszy przysłany Condor zatoczył
nad nimi koło i odleciał, bo nie miał
gdzie wylądować. Następny był
dopiero za tydzień, i w dodatku się
zapadł... LOL. I jeszcze chciałem
powiedzieć że kabina pilota w He 176-
rewelacja.
He 176 V1 (projekt)
Zero
zegarów, nic, koleś leżał w kabinie,
a nad czołem miał szybę-lusterko, w
którym odbijały się zegary
umieszczone po jego bokach. Widoczność
z kabiny jak w Sturmowiku no cockpit.
Zresztą podobnie jak w DFS 346, który
ostatecznie oblatali już ruscy, a wyników
tych prób nigdy nie ujawnili. A szkoda;
był to samolot rakietowy podobny
koncepcją do F-104 Starfighter. W roku
1944 policzono jego teoretyczne możliwości
na 2280 km/h a pułap na 30 km. LOL.
Ciekawostka, osłona kabiny była
dwuwarstwowa i wypełniona ciepłym
powietrzem, a pilot w razie draki był
odstrzeliwany od kadłuba razem z kabiną.
Jak w B-52 np. I nawet sprawdził się
ten system, bo gdy ruscy odpalali
podwieszonego pod Tu-4 J niemieckiego
niewolnika Wofganga Zeisse w tym cudeńku,
to coś tam nie zagrało i wspomniany wyżej
delikwent przetestował ten system w
praktyce. Samolot ten zresztą zdobyli
tak naprawdę jankesi, ale go nie
zabrali na czas, a jak po niego wrócili
ze sprzętem to na miejscu gdzie stał
walały się już tylko puste butelki i
stara kufajka oparta o śmierdzące
gumofilce. Heh, dali dupy w trzeciej
rundzie, nie ma co, niech ich drzwi ścisną.
Zresztą podobnie zrobili z B-2 Spirit,
bo Go 229 powstała już pięćdziesiąt
lat wcześniej, i dla ówczesnych radarów
też była niewidzialna.
Go 229
Amerykanie
testowali po wojnie niemieckie systemy
radarowe na niezdobytych czyli
nieuszkodzonych odcinkach frontu, np. w
Holandii, obsadzone przez niemieckie obsługi
w pasiakach, i byli nieprzyjemnie
zaskoczeni. Zresztą, o konstrukcjach
Goeppingena, Lippischa, Jacobsa, Voighta
czy Lorentza nie piszę bo jestem na to
za króciutki, a wspomniany samolot
braci Horten to przy tamtych zupełnie
normalna, klasyczna wręcz konstrukcja.
No dobra, a o He 280 machnie się cos
osobno, bo to naprawdę ciekawa sprawa i
kamień milowy lotnictwa. Korzystając z
okazji chciałem pozdrowić mamę, tatę,
ciocię, YoYo, Schmeissa i Doktora
(odezwałbyś się wreszcie luju!).
Naraziczku. Elwood OUT.
Autorem
tekstu jest : Elwood
|