|
Messerschmitt
Me P.1101

|

Niewymownie
witam ponownie, tak sobie myślę że
skoro już rozgrzebałem temat samolotów
ciekawych ale nieco zakurzonych gdzieś
na zapleczu archiwum historii to wątek
ten pociągnę jeszcze nieco, licząc na
niedługie wsparcie ze strony Doktora
oraz poskramiacza Monza Racing Turbo GT
Nitro Super Boost. Tak właściwie to
jest sporo samolotów o których trzeba
by wspomnieć choćby z uwagi na ich wpływ
na współczesną myśl techniczną. Na
pewno He 162 Salamander, jako
przykład jak można zrobić coś z
niczego (dosłownie).Ale podejrzewam że
Doc kontynuując wątek Arado 234 wkrótce
dotrze i do tego podpunktu programu, więc
nic straconego. Tymczasem ja napomknę
może o pewnym mało znanym samolocie,
traktowanym przez historię zupełnie po
macoszemu, który tak naprawdę nigdy
nie oderwał się od ziemi ani nawet nie
został ukończony, ale był zarazem
jednym z kamieni milowych w historii
rozwoju lotnictwa, mając takie
znaczenie jak „Flyer” braci
Wright, Bell X-1, X-15, Tu-144, BAe
Harrier itp. Mam na myśli
Messerschmitta P.1101.
Prototyp P.1101 V1, widok od frontu
Samolot
ten choć powstawał przy
akompaniamencie ruskiej artylerii za
oknem, swój rodowód wywodził jeszcze
z lat trzydziestych. Wtedy to powstały
pierwsze prace dotyczące zastosowania
na samolotach skrzydeł skośnych,
autorstwa prof. Adolfa Busemanna. Prace
te rozwinął później dr Albert Betz,
którego nazwisko często pojawia się w
tle większości niemieckich samolotów
high-tech. Tę mieszankę wybuchową
uzupełnił dr Waldemar Voigt (dziadek
Schmeissa mówił mu po prostu Waldek),
czyli szef działu rozwojowego biura
konstrukcyjnego Messerschmitta. Masę
krytyczną przekroczyło jednak dopiero
dodanie do tego koktajlu niejakiego
prof. Alexandra Lippischa (tak, tego
Lippischa), co zaowocowało tym czego można
było się spodziewać: technologicznym
wielkim buuuuum! W lipcu 1944 roku RLM
zatwierdziło specyfikację nowego
samolotu dla Luftwaffe, mającego
zapewnić jej rację bytu w powietrzu całkowicie
zdominowanym i kontrolowanym przez
Aliantów poprzez wprowadzenie do linii
samolotu przekraczającego jakościowo
całkowicie epokę w jakiej znajdowali
się Alianci. I tak też pewnie by się
stało, ale samolot ten nigdy nie został
zbudowany, ponieważ taktyka
„czapkami nakryjemy” jeszcze
raz okazała się bardziej skuteczna niż
zdrowy rozsądek. (dopiero wprowadzenie
napalmu i taktycznych głowic
nuklearnych zakończyło ten model
prowadzenia działań wojennych).
Umiejscowienie
silnika i MG 151
Przekrój,
widoczne zbiorniki
P.1101
to typowy przedstawiciel Wunderwaffe,
zbudowany w myśl zasady coś z niczego
(brak dostępu do surowców
strategicznych) ale z zastosowaniem
najnowszych zdobyczy niemieckiej
techniki. Wstępny projekt samolotu
przedstawiono w dziesięć dni później,
co dowodzi że prace nad nim trwały równolegle
pełną parą, tyle że jako fucha. Tu
pojawia się inż. Hans Hornung, ale
ostateczny kształt maszynie nadaje w październiku
osobiście sam Messerschmitt. W
listopadzie ukończono drewnianą makietę
do dmuchań (tradycyjnie w Gottingen).
Prototyp zaczęto składać w grudniu, a
ukończono w kwietniu, z tym że do
samego końca nie ukończono prac nad
dedykowanym dla tego samolotu silnikiem.
Miał to być Heinkel (czyli Hirth) HeS
190-011A-C rozwijający stały ciąg
12,9 kN. Samolot miał konstrukcję
metalową, w większości dural, ale
ciekawostka: w dolnej części pokrycie
komory silnikowej było wykonane z
blachy stalowej. O podwoziu nie mogę
napisać więcej niż to że było trójkołowe
z kółkiem przednim, chowane i
pojedyncze (sry YoYo).
Podwozie P.1101 w pełnej krasie (główne)
i schowane (koła i hamulce z Bf109K,
740x210cm)
Kabina
na grzbiecie, z widocznością 360o,
kroplowa, przygotowana pod zabudowę
foteli wyrzucanych pirotechnicznie (dotąd
pneumatycznie). Uzbrojenie miały
stanowić cztery MK 108 (czyżby ktoś w
RLM zauważył że minęła już epoka
MG 17? LOL). Skrzydła posiadały skos
około 40o. Samolot w stanie
permanentnego rozgrzebania przejęli
amerykanie, w zasadzie zbiegiem
okoliczności, 28 kwietnia 1945.
Wszystkich kręcących się w pobliżu
techników, inżynierów i konstruktora
przewieziono wraz z samolotem (nie:
„wywleczono w bydlęcym wagonie
pod lufą”) do ośrodka badawczego
Bell Aircraft Corp. na zaproszenie szefa
działu rozwoju tej firmy Roberta Woodsa
(w tym czasie ten facet miał takie
znaczenie jak później Clarence Johnson
w Skunk Works, więc o czym jest
rozmowa?..), gdzie prace kontynuowano i
ukończono już pod nazwą Bell X-5, m.
in. opracowując technologię i zasady
budowy skrzydeł o zmiennej geometrii;
ta właśnie wiedza znalazła
zastosowanie m.in. przy programie TFX z
którego wyewoluował później F-111, a
jeszcze później F-14 (gdy okazało się
że sto jedenastka, projektowana przecież
do tego w czym później zastąpił ją
Tomcat, była za duża i za ciężka;
rola tylko platformy startowej dla AIM
54 Phoenix była ślepą uliczką, w którą
zabrnęli również ruscy ze swoim
Tu-128).
X-5 w barwach USAF
W
Europie korzystali z tych doświadczeń
francuzi przy Mirage-G (ten projekt upadł
wyparty przez prostsze i tańsze Mirage
F-1). Znamy takie samoloty jak m.in.
SAAB J-29A, Ambrosini „Sagittario”,
Folland „Gnat”, Ławoczkin
Ła 160 „Striełka”,
Jakowlew Jak-19/21/23, Bell X-1? One nie
wzięły się znikąd, wywodzą się w
prostej linii z tej maszyny.
Zdecydowanie uważam P.1101 za najważniejszą
konstrukcję końca lat czterdziestych,
szkoda tylko że trzeba było aż wojny,
by mogło powstać coś tak wspaniałego.
Historia ta jest zresztą analogiczna do
początków amerykańskiego programu
rakietowego, zapoczątkowanego przez
V-2, V-4, i kontrowersyjnej co nieco
postaci pana Wernera von Brauna; zresztą
pod amerykańskimi oznaczeniami jankesi
używali sami tych rakiet podobno nie
tylko do badań... To tak jak z morską
przeciwokrętową wersją V-1/Fi-103,
rozwiniętą z Reichenberga IV i
kierowaną radiowo. Przypadkiem tak się
złożyło że przećwiczyli ją na
Atolu Bikini na pohitlerowskim krążowniku
Prinz Eugen, zanim go wykończono bombą
wodorową. I efekt tych ćwiczeń
zaowocował pierwszym seryjnym
taktycznym pociskiem rakietowym
woda-woda. Tyle tego... taki He 219 Uhu,
który miał przydomek MosquitoJager, mógł
stać się najlepszym nocnym myśliwcem
na świecie, gdyby nie decyzja o
zaprzestaniu jego budowy, z całą pewnością
dziesiątkujące formacje Wilde Sau i będące
sennym koszmarem Hajo Hermanna
angielskie drewniane cuda musiałyby co
nieco ograniczyć swą bezkarną działalność;
albo taki Me 410 Hornisse,
Me-410 bazujacy na Me-210 (na fotce
wersja A-3)
to
że miał zdalnie sterowane MG 131 na
bokach (!) kadłuba to jeszcze nic, ale
sześć rakiet W.Gr.210 na rewolwerowej
wyrzutni w kadłubie z pewnością zrobiły
śmiertelnie poważne wrażenie na
przynajmniej paru ruskach gnanych chęcią
posmakowania leczo aż nad Balaton w
1944 (abstrahując od jego czterech lub
sześciu MG 151/20). Swoją drogą był
to jedyny front tak naprawdę gdzie te
samoloty na większą skalę użyto,
m.in. w powietrznej bitwie o Budapeszt.
Wspominam o niej przy okazji, bo miał
wtedy miejsce naprawdę niezły numer,
który wykonał ppor. Antal Szebeny z
101/III (ta węgierska jednostka broniła
później Wiednia) na samolocie Bf 109
G-14 (W.Nr. 782205). To był koleś który
podczas przymusowego lądowania po
„walce” z Jakami 9 zgodnie z
procedurą pozbywał się wszystkiego co
mogło odciążyć samolot, czyli paliwa
i amunicji. Pragnących go dobić Jaków
było tyle dookoła, że jeden z nich
nawinął się przed nos Mesia i otrzymał
przypadkowy strzał z MK 108 w dupę, której
zresztą w tym momencie się pozbył.
Ale żeby nie było nieporozumień, to i
tak faworytem ponurego jest Oblt. Franz
von Werra, dowódca I/JG53 Pik As (to ta
jednostka z którą w czasie Bitwy o
Anglię była awantura bo zamalowali
swastyki na samolotach na znak analnego
stosunku do kretynów z NSDAP którzy
prowadzili Niemcy po równi pochyłej ku
samozagładzie) i latali z samymi krzyżami,
bo tylko one były faktycznie
prawdziwymi oznaczeniami Luftwaffe. Był
to problem dotyczący generalnie każdej
jednostki, wielu pilotów nie utożsamiało
się bowiem i nie miało nic wspólnego
z ideologią głoszoną przez NSDAP (to
tak jak nasz prezydent wszystkich Polaków,
chociaż frekwencja nie przekroczyła
nawet 50 %). Werra wykonał parę
naprawdę niezłych numerów, ale po tym
jak spierdolił z obozu jenieckiego w
Kanadzie i wrócił po roku tułaczki do
swojej jednostki jakby nigdy nic, to
nawet ponury wymiękł, a parę życiorysów
zdążył już przejrzeć.. nawet
Marseille który wylądował Friedrichem
wśród samochodów na autostradzie pod
Berlinem, bo się założył z kolegą,
to przy nim leszcz. A dla Sz. P. Kosa (PZDR)
mam taką informację, że był sobie
taki koleś który nazywał się Theo
Osterkamp, i on był generał-majorem i
szefem całego JaFu 3, i on był asem I
wojny, miał na koncie 32 zestrzelenia
na jakimś tam drewniano-metalowym
wynalazku- plątaninie drutów i płótna,
i jak się kiedyś wkurzył to pokazał
podgryzającym go młodym wilczkom jak
się uprawia prawdziwy seks kiedy sam
sobie przydzielił BeeFa i spuścił sześć
samolotów. A druga wojna to już nie była
dżentelmeńska wymiana ołowiu na
samolotach z których po pewnych przeróbkach
można by zrobić co najwyżej abażur
(potem mu odgórnie zabroniono takich
praktyk bo był bardzo potrzebny żywy).
Ja wiem że takich kolesiów z życiorysem
to jest na pęczki i zaraz posypią się
maile, że ppor. R. Dyrgałło na
lotnisku Benson k/Oxfordu wystartował
Spitfirem (P9426) z siedzącym okrakiem
na gonie mechanikiem (st. szer. H.
Rhodes) który po próbie silnika nie zdążył
zeskoczyć i tak kurczowo trzymając się
statecznika wykonał dosłownie na
Spitfire pełen krąg nadlotniskowy (dla
niezorientowanych: pilot połapał się
i próbował jak najłagodniej przyziemić,
co w efekcie zakończyło się oczywiście
rozbiciem samolotu, ale obaj panowie
przeżyli i wylądowali potem w tym
samym szpitalu), a jakiś inny
generał znał Elvisa, itd., więc
spodziewając się czym to pachnie
urywam i zamykam ten temat. Chciałem
tylko powiedzieć jeszcze, że na
fotoreportażu z LuftMuseum am Krakau
Sarge niepotrzebnie się tak podnieca
tym latającym gnojorozrzutnikiem M-15
(jedyny turboodrzutowy samolot rolniczy
na świecie, po malowaniu kadłuba i
charakterystycznych aerofłotowskich
pasach na bokach nietrudno zgadnąć skąd
wypłynęła inspiracja do tego
wynalazku), ponieważ nasz całkowicie
rodzimy An-2Puls to był dopiero
wynalazek, przy którym nawet amerykański
B-36 Peacemaker z napędem atomowym i
betonową kabiną (do której jedyny właz
zdejmować musiał specjalny dźwig) był
króciutki. Polak Potrafi !

Wracając
do głównego wątku, to chciałem
powiedzieć, że koniecznie będzie
trzeba napisać o He 280, i może ktoś
się za to wreszcie zabierze, bo to ważny
materiał, można by pod niego od razu
podkleić elaboracik o rozwoju systemów
ratowniczych, ja tu może tylko
naszkicuję od razu póki mam do tego
wenę zarys problemu; otóż gdy
samoloty zaczęły osiągać prędkości
ponad 500 km/h to okazało się, że
warstwa przyścienna tak mocno dociska
limuzynę do ramy, że praktycznie nie
sposób jej odrzucić (to dlatego Foki
miały odstrzeliwaną osłonę, ponieważ
właśnie u nich zjawisko to miało dzięki
długiej owiewce z tyłu szczególnie duże
znaczenie). Tym samym proces oddzielenia
się pilota od kadłuba wydłużał się
o sekundy które miały często cenę życia.
Już w 1940 roku Ernst Rohner
zaprojektował pierwszy fotel wyrzucany,
który początkowo wyrzucała z samolotu
bardzo silna sprężyna, a później sprężone
powietrze w dwóch szynowych
prowadnicach. RLM podjęło temat i
przekazało program pod opiekę Heinkla.
Po roku prób pierwszy raz katapultowano
fotel (pusty) strzelca ze specjalnie
przerobionego Ju 87 (tak naprawdę to był
właśnie pierwszy przypadek użycia
fotela wyrzucanego, ale nie o to
chodzi). Po kolejnym roku testów próbę
podjął spadochroniarz Wilhelm Buss, który
zasiadł na tym fotelu i katapultował
się pomyślnie. Pierwsze prawdziwe użycie
tego systemu miało miejsce 13 stycznia
1943 roku, kiedy to oblatywacz Wolfgang
Schenk (późniejszy dowódca Kdo Schenk)
naprawdę musiał się ratować podczas
prób prototypu He 280, który uległ
silnemu oblodzeniu w czasie szybowcowego
lotu za holem Bf 110 (oblodzenie to
bardzo poważna sprawa, z której wiele
osób nawet nie zdaje sobie sprawy, i
trochę szkoda że nie uwzględniono
tego bardzo ważnego czynnika w
Sturmoviku. Ale to temat do działu
opinie, może kiedy indziej?..). To była
jeszcze epoka foteli pneumatycznych, ale
systemy pirotechniczne były tuż-tuż,
i w 1949 roku Wolfgang Zinse, niemiecki
niewolnik-oblatywacz testujący dla
sowietów zdobytego DFS 346 zrzucanego
ze zdobycznego B-29 uratował swe życie
właśnie dzięki takiemu systemowi.
A
można by jeszcze wspomnieć o DFS 228,
czyli protoplaście amerykańskiego U-2.
Niemcy mieli taki pomysł już w 1942
roku. Zbudowali szybowiec z silnikiem
rakietowym wielorazowego użytku, dzięki
któremu maszyna mogła kruzować
sinusoidą na wysokościach nieosiągalnych
nawet dla Tempestów, i robić pamiątkowe
fotki. Szybowiec miał być wynoszony na
13 000m na grzbiecie Dorniera Do 217K, i
na tym pułapie operacyjnym rozpoczynać
swój lot. Silnikiem miał być Walter
HWK 109-509 o ciągu 14 albo 15 kN (zależnie
kto pisze). Ciekawostką była kabina, w
razie draki odstrzeliwana w całości i
opadająca na spadochronach (tak jak w
amerykańskim bombowcu B-1B Lancer).
Chodziło oczywiście o barierę
technologiczną niepozwalającą w tych
czasach na ratunek pilota powyżej
granicy śmierci czyli 6000m. W 1943
roku w Hirsching prototyp wykonał
kilkadziesiąt lotów próbnych, ale
amerykańskie bombowce wykonały
zaawansowane prace ziemne w okolicy i
programu prób nigdy już nie udało się
ukończyć. Prototyp wpadł w ręce
amerykanów, którzy mieli więcej
czasu, i tam niemiaszki dokończyły i
próby i prototyp, stopniowo udoskonalając
i rozwijając konstrukcję. I potem
Chruszczow na pierwszomajowej trybunie
bardzo się wkurwił na Powersa. Ale to
już inna historia. Zresztą sami sobie
winni, bo swój prototyp (to był drugi
prototyp) który czekał na nich w
zdobytym przez skośnookich
mongoidalnych bandytów Rechlinie sami
najpierw puścili z dymem razem z całym
ośrodkiem doświadczalnym i bezcenną
dokumentacją, a potem sprawdzali co
zostało (dużo nie zostało LOL)...
Tradycyjnie
pozdrawiam YoYo, Schmeissa i Doca,
naraziczku. Elwood out bo mi się już
spać bardzo chce.
A
nekst tajm będzie o Ju 287. Między
innymi.
Autorem
tekstu jest : Elwood
Tematy
na pulpit czyli P.1101 jako tapeta LOL !
- fajne pliczki do sciagniecia (nie
tylko P.1101)
|