Witaj Pilocie!

                       FS2004, FSX, IL-2, Battle of Britain, Condor, Lock On, Knights of the Sky ...

       

    jeśli lubisz symulatory lotnicze ...   

 

NEWS

Strona główna
Archiwum news

Forum

Chat

SZKOŁA PILOTA

Tytułem wstępu

Podstawy

Zarządzanie silnikiem w simach

Starty i lądowania

Figury powietrzne

Nawigacja

Pogoda

Porady

TESTY SPRZĘTU

Joysticki

Wolanty

Przepustnice

Track IR

Inne

Polityka oceny

HISTORIA
II Wojna Światowa:

ZSRR

III Rzesza

Inne Państwa

REPORTAŻE

Radom 2002

Orlik Symulator

Góraszka 2003

Sinsheim

Radom 2003

Góraszka 2004

ILA2004

Góraszka 2005

Góraszka 2006

Góraszka 2007

Radom 2007

INNE

Opowiadanka

Malarstwo lotnicze

Fotki :)

Ankieta

Linki: ciekawe strony

GRY

Forgotten Noobs hot!

Balkans on Fire!

STATYSTYKI

Chcesz skomentować działalność strony? Wpisz się do Księgi:

Księga Gości

 


Strona uzyskała pierwsze miejsce w konkursie PODIUM, na najlepszą witrynę onet.pl /Edycja 64/ + nominację


Stronę najlepiej oglądać w Internet Ex. w roz. 1024x768 i na pełnym ekranie (klawisz F 11).


  

Jeśli podoba Ci się zawartość serwisu, a chciałbyś by się dalej rozwijał to wesprzyj dobrowolnie naszą działalność :)

KONTAKT

Twórcy serwisu

Zamów bezpłatną

 prenumeratę:

 

Nietypowe konstrukcje Reich'u - ciąg dalszy

Ju 287, Me 321, Ju 322, He111Z

Heloł, tu Elwood, w dzisiejszych grafomańskich wypocinach mojej sklerozy przeplatanej resztkami świadomości chciałbym poruszyć temat Ju 287, jako kolejnego moim zdaniem ważnego samolotu w historii rozwoju lotnictwa, i jednocześnie na tym (o ile nie wyrazicie innego zdania) chcę poprzestać opisywanie samolotów nie związanych z naszą ulubioną grą, prowadzi to bowiem na zupełnie nie związane z tematem tory. A ja nie mam czasu na pisanie nowej historii lotnictwa, którą mądrzejsi ode mnie już dawno napisali. Zresztą za cienki na to jestem.

Ju287-1s.jpg (23001 bytes) 

Ju 287

Dlatego też opis He 280, który kiedyś anonsowałem, nie powstanie. Chyba że napisze to ktoś inny. Chętnych zapraszam, szczegóły do ustalenia na yoyo251.republika.pl lub kg200.prv.pl.

Ostatnio znowu mało się tu produkowałem za co przepraszam, ale dopóki nie znajdę lepszej pracy tak być musi. Po prostu nie mam czasu, bo przez pół doby uczestniczę w rozwoju włoskiej myśli motoryzacyjnej na polskiej ziemi, a pozostałe pół albo molestuję Schmeissa, albo jestem molestowany przez YoYo, albo wreszcie śpię. Ale mam nadzieję że to się w końcu zmieni. „I wtedy czarny cień zstąpi na ziemię, księżyc zasnuje słońce, a noc stanie się wiecznością. Szalony wicher zerwie się znad horyzontu, a czarne chmury zastąpią niebo bijąc piorunami. A wtedy nastanie czas, i otworzą się przepustnice, i wzleci czterech jeźdźców, na czterech Gustavach, i spuszczą psy wojny... I będą palić i mordować, i będą plenić czerwoną zarazę po wieczne czasy, i nie ostanie się nic... A gniew ich będzie ogromny, a furia nieskończona... I wypełni się słowo, jak zapisano, i czas okrutny dla czerwonej zarazy nastanie, czas apokalipsy... I będą lecieć, przynosząc jej kres... Pierwszy Doktor przyniesie jej głód, drugi YoYo przyniesie jej cierpienie, trzeci Ponury przyniesie jej wojnę, a ostatni Schmeisser sprowadzi jej śmierć...” LOL... Ale niemniej oznacza to, że Ponury jeszcze żyje (choć ma nieco przesrane), co miłe, bo poza wąskim gronem towarzyszy broni nikt już o nim nie pamięta że w ogóle był taki... Heh, śmieszne, czas w internecie płynie szybciej nawet niż w ruskim zegarku... No dobra, z ostatnich przemyśleń które można by tu jeszcze rozwinąć to chciałem zaznaczyć, że o ile podobno dodatek FB ma nieco rozszerzać niezbędną obsługę urządzeń samolotu o iskrowniki (czy dobrze słyszałem?), to nadal nie ma ani słowa ani o skomplikowaniu nawigacji w oparciu o nawigację wzrokową i wątłą sieć radiolatarni (to chyba nie problem zaimplementować?), co zdecydowanie poprawiłoby realizm i podniosło poziom gry do PRO, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę że szczegóły grafiki niezbędne do na tyle wiernego odwzorowania terenu by można było się w nim połapać raczej wyeliminowałyby z zabawy większość naszej społeczności z uwagi na wymagania sprzętowe... Inną sprawą jest absolutne uproszczenie obsługi samolotu, sprowadzające poziom komplikacji (a raczej zaawansowania) Foki do I-16... Tego czasem mi brakuje, choć oczywiście na HL gdzie w dogfight większość lata samolotami bez kabin, a przeciwników komputer sam pokazuje strzałkami, to raczej nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie... Tam liczy się tylko Boost i MK 108. No ale dość tych mentorskich narzekań.  Jeszcze tylko oblodzenia mi naprawdę brak, tego elementarnego zagrożenia dla wszystkich ówczesnych samolotów..

A jeśli chodzi o Ju 287, to wspominam o nim dlatego że był samolotem w którym po raz pierwszy praktycznie zastosowano skrzydło o ujemnym skosie. Dane otrzymane dzięki temu projektowi miały kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju aerodynamiki.

Ju287-zdjecia z amerykanskiego samolotu.jpg (25768 bytes) 

Zdjęcie Ju 287 z amerykańskiego samolotu

Ale od początku:

Wspominałem już wcześniej o panu A. Busemannie z Instytutu Techniki Lotniczej. Badano tam problemy aerodynamiki wysokich prędkości, i tam zrodziła się koncepcja skrzydła o ujemnym skosie. Asystentem prof. Busemanna był Siegfried Kneymeyer, inżynier aerodynamik. W kwietniu 1943 roku został on konsultantem grubasa ds. technicznych. Jego kontakty osobiste z Goeringiem pominiemy, niemniej od listopada wskoczył na stołek szefa działu uzbrojenia RLM. Kneymeyer wykorzystał swoje nowe możliwości i zorganizował w Dessau (czyli u Junkersa) zespół prowadzący projekt szybkiego bombowca odrzutowego. Szefem został Hans Wocke i prof. Hertel, również już wspominany wcześniej. Samolot wyszedł im dość ciekawy. Skrzydło miało skos 35 stopni, co dało koszmarne właściwości samolotu w małych i średnich zakresach prędkości (aeroelastyczna dywergencja skrzydeł, wiadomo), ale wady te traciły na znaczeniu wobec możliwych osiągów przy wielkich prędkościach dla których powstawał ten samolot. Skrzydła stworzono od zera, kadłub pochodził od nieukończonego He-177, całe usterzenie od prototypu Ju-388, a podwozie wzięto z Ju-352. Najlepsze były podwójne kółka przednie, które jeszcze niedługo wcześniej podpierały nosy jakimś B-24, ale potem nie były im już potrzebne. Taki to konglomerat pan Ernst Zindel poskładał w jedną całość, podwozie zabudowano jako stałe (szkoda było czasu), i przyczepiono cztery turboodrzutowe Jumo 004 B-1 (każdy po 9 kN). Układ tych silników również był dość oryginalny, zresztą później Bardini w swoich ekranoplanach powtórzył to rozwiązanie (silniki z przodu kadłuba i skrzydłowe). Faza startu wspomagana przez cztery Walterki HWK 105-509 (po 11 kN), podwieszane do silników skrzydłowych. W sierpniu 1944 V1 był gotowy do startu. Przewieziono go do Brandis, i tam 16 sierpnia Siegfried Holzbauer poleciał tym w górę. W sumie wykonano 17 lotów, ale to okazało się zbyt mało by zgromadzić odpowiednią ilość danych. Mimo to wiadomo już było że samolot okazał się udany, nie było jakichś przykrych niespodzianek. W czasie tych lotów zrobiono jedyne dobre zdjęcie tego samolotu w locie, ale niemiaszki mogli obejrzeć je dopiero po wojnie. Zdjęcie zrobił bowiem aliancki samolot rozpoznawczy z 8 Armii Lotniczej, próbujący dogonić naszego bohatera przyłapanego na wznoszeniu po starcie. Nie dogonił, mimo że tamten miał zabudowane na stałe podwozie, z przodu podwójne... Prace zamierzano kontynuować przy użyciu V2, który miał sześć silników (BMW 003 Mmmmm....) i chowane podwozie. Kadłub również uległ modyfikacjom. Niestety, prace przerwano w lipcu, gdyż priorytet uzyskał wtedy Jaegernotprogramm. Projekt wznowiono gdy było już po wszystkim, z początkiem 1945 przenosząc prace do Rechlina. Tam V1 został zniszczony w czasie bombardowania, co nie przeszkodziło rozpocząć w Brandis prac nad V3 mającym być wzorcem dla serii. Miał on ciśnieniową trzyosobową kabinę, zdalnie sterowane stanowiska strzeleckie (podwójne MG 131 w lawetach FHL 131Z) oraz miejsce na 4000 kG żelastwa z wkładką. Powrócono też do koncepcji czterech silników (ale BMW). Uważam że naprawdę trzeba być jajcarzem żeby ponownie rozpoczynać w lutym 1945 roku program prototypowego bombowca generacji wyprzedzającej możliwości produkcyjne jakiejkolwiek ówczesnej w miarę niezniszczonej niemieckiej fabryki. No ale to tylko moje zdanie. V1 zdobyli jankesi w stanie agonalnym, natomiast V2 i V3 w całości przejęli ruscy, wraz z całym dotyczącym ich personelem. Herr Wocke również się załapał. Chłopaki zostali zabrani na wycieczkę po Kraju Rad, który tak im się spodobał że już nigdy z niego nie wrócili ani nie napisali nawet. Chamy. Natomiast wiadomym jest że w 1947 roku samolot ten widziano jak latał obsługiwany przez niemieckich niewolników. Kto wie, być może współczesny Suchoj S-37 korzysta z jakichś ówczesnych danych zebranych w tych lotach?..

Ju287rzuty.jpg (18059 bytes)

No dobra, jest już następny wieczór i nowe siły, więc jedziemy dalej. Teraz wreszcie zabierzemy się za rozgrzebanego od wakacji Giganta. Nareszcie.

Messerschmitt 321 Gigant powstał specjalnie pod kątem operacji „Seeloewe”. Niemcy mieli bowiem duże doświadczenia w zakresie operacji powietrznodesantowych, i doskonale zdawali sobie sprawę z potrzeby wyposażenia zdobytych przyczółków w niezbędny do kontynuacji działań ciężki sprzęt; byli także świadomi silnego przeciwdziałania lotnictwa przeciwnika. Transport statkami nie rozwiązywał kwestii dostaw w głębi wyspy, co wymuszało konieczność szybkiego przerzutu ciężkiego sprzętu na miejsce akcji drogą powietrzną. Mimo iż flota inwazyjna w Breście czekała już na sygnał do rozpoczęcia operacji, rozkaz ten nigdy nie nadszedł. Rozmawiałem o tym wiele razy z Ponurym, i jego zdaniem jest to jedna z wielu niewyjaśnionych zagadek dlaczego nie mówimy dziś wszyscy po niemiecku. Ostatecznie Bitwę o Anglię wbrew obiegowej opinii Luftwaffe wygrała, rzucając pozbawiony rezerw RAF na kolana, podobnie Kriegsmarine spowodowała w pewnym momencie załamanie się amerykańskich dostaw dla brytyjskiej gospodarki (w szczytowym momencie tzw. bitwy o Atlantyk angole znaleźli się w momencie, gdy ich rezerwy strategiczne zapewniały im zapasy na 2 słownie dwa tygodnie). Ale na szczęście kurdupel z wąsikiem i sexi grzywką dał sobie spokój. Tym niemniej założenia taktyczne dla projektu Grossraumlastensegler pozostały, a tymczasem szykowała się Barbarossa. Wkrótce po rezygnacji z inwazji na wyspy, RLM ogłosił wymagania na ciężki szybowiec transportowy. Program nazwano „Unternehmen Warschau”, czyli przedsięwzięcie Warszawa. Nie, nie wiem dlaczego i proszę mnie o to nie pytać. Do programu przystąpiły dwie firmy, Messerschmit i Junkers. Obie firmy miały w ciągu dwóch tygodni przedstawić swoje koncepcje takiego szybowca, na 1 listopada 1940. Obie miały też zabezpieczyć się materiałowo na produkcję stu egzemplarzy. Obie firmy utworzyły osobne komórki projektowe specjalnie dla tego programu, u Messerschmitta było to Warschau–Sud w Leipheim, a Junkers miał Warschau- Ost w Merseburgu. Obie propozycje zostały przyjęte przez RLM i skierowane do produkcji po dwieście sztuk. Junkers stworzył wtedy słynnego Ju 322, o którym słów parę zanim wrócimy do głównego wątku

Mammut.jpg (21344 bytes) 

Ju 322

Samolot ten powstał tylko w dwóch prototypach, i prace przerwano. Przegięli pałę po całości, pan prof. Hertel który już się tu gdzieś przewijał wcześniej, miał skrajną fazę megalomanii. Potworek którego stworzyli, początkowo nazwany Goliat, a ostatecznie Ju 322 Mammut, był prawdopodobnie największym obiektem latającym II wojny (nawet ruski ANT-20 Maksim Gorki odpada). Jego konstrukcja była całkowicie drewniana, a w praktyce było to latające skrzydło ze szczątkowym kadłubem, służącym w zasadzie tylko jako platforma pod usterzenie. Cacuszko to podobne było w formie do wcześniejszego Junkersa  G 38, tyle że był chyba jedynym Junkersem z drewna, no i był trochę przerośnięty (G 38 miał „tylko” 23 metry długości i 44 metry rozpiętości). Problemy pojawiły się już na początku. Drewno potrzebne do konstrukcji takiego czegoś musiało mieć parametry jakie chyba nawet dziś trudno byłoby otrzymać nie wiem jaką obróbką chemiczną. Wytrzymałość płatowca który miał 62 metry rozpiętości (info dla niekumatych: standardowy w polskich blokowiskach 11 piętrowy „wieżowiec” ma 45 metrów wysokości) była kwestią bardzo dyskusyjną, szczególnie że absolutnie wszystko tam było z drewna, łącznie z dźwigarem.

Kiedy w czasie prób do ładowni zapakowano czołg, to okazało się że stoi on od razu na ziemi bo zarwała się podłoga. Efektem tragicznych wyników prób statycznych i obliczeniowych było wzmocnienie konstrukcji, co z kolei spowodowało taki wzrost masy, że ciężar ładunku spadł z początkowych 20 ton do 16. Kadłub w swej środkowej części mieścił ładownię, do której dostęp zapewniały dwie zdejmowane pokrywy przodu kadłuba. Na profilach tych były zabudowane dwa stanowiska strzeleckie, trochę wysunięte przed samo skrzydło. Na grzbiecie był trzeci strzelec, na spływie. Kabina pilotów umieszczona była na grzbiecie po lewej stronie osi kadłuba. Kierowcy siedzieli obok siebie. Na szczęście sterownice wyposażono we wzmacniacze (nie drewniane), bo inaczej to chyba nawet Conan Barbarzyńca by się zesrał. Klapy natomiast wychylane były elektrycznie. Chyba tylko tak dla jaj, bo przy takiej powierzchni i układzie aerodynamicznym to służyły pewnie raczej jako daszki przeciwdeszczowe dla załogi. Ale to jeszcze nic, bo również elektrycznie wypuszczano prawdziwą kotwicę (przepraszam; to się fachowo nazywało lemiesz) będącą elementem płozy podwozia, okazało się bowiem że nie ma takiej siły która byłaby w stanie zatrzymać taką rozpędzoną stodołę po lądowaniu. Nie bardzo wyobrażam sobie amortyzację wstrząsu jaki musiał nastąpić po chwyceniu przez tę kotwicę oporu.... Szybowiec miał cztery płozy, po dwie jedna za drugą, a do startu ustawiano go (jak, kurdelebele !?) na wielokołowym wózku. Zależnie od wersji wózka, miał od 16 do 32 kół...Wbrew pozorom, ta kupa desek oderwała się nawet od ziemi. Jedynym samolotem zdolnym uciągnąć to cudo był „wysprzątany” Ju 90, bo nawet Condor okazał się za słaby! Wszyscy się chyba posrali ze śmiechu, jak zespół ten złożony z wyjącego na mocy startowej holownika i wesoło podrygującego na sznurku składu drewna  przesmarował przez całe lotnisko, by ostatecznie ledwo co oderwać się przed końcem pasa na tak małej wysokości że wózek startowy odrzucony już awaryjnie rozleciał się waląc na przemian o glebę i kadłub. Tuż  po starcie okazało się, że śmiesznie to dopiero będzie, bo ten latający barakowóz był praktycznie niesterowny, a w dodatku zaczął myszkować (każdy aeroklubowiec wie o co chodzi), czyli że za dobrze to nie jest. Piloci holówki (heh, Ju 90 holówka, LOLOLOL!!!) wyczepili więc swojego pupilka w osi pasa, ale lądowanie nie wypadło najlepiej. Właściwie to wcale nie wypadło. Może kotwica nie wyszła, LOL. Na szczęście pod ręką był drugi prototyp, któremu zmieniono (powiększono) usterzenie, i znowu rozpacz przy starcie. Wtedy ktoś wreszcie oprzytomniał i puknął się jedną z pozostałych po budowie desek w głowę i stwierdził: panowie, skórzana bielizna i rzemienne pejcze lepiej nadają się do realizacji waszych fantazji, a przy tym są o wiele tańsze. I tym stwierdzeniem program Junkersa zakończono. 98 szybowców o różnym stopniu zaawansowania konstrukcji jeszcze na linii montażowej pocięto na drewniane klocki, które rozdawano później mieszkańcom Merseburga na opał. Ciekawostką jest, że większość z nieukończonych Mammutów posłużyła później za paliwo do napędzanych gazem drzewnym samochodów w mieście. Tak w ogóle, to oni się chyba jednak później opamiętali w swym szaleństwie, bo zniszczono całą dokumentację programu (wstydzili się?), a do dziś zachowało się prawdopodobnie tylko jedno, i to nieostre, zdjęcie tego potwora. Jeśli ktoś ma więcej zdjęć tego wynalazku, albo wie gdzie są, to bardzo proszę o kontakt ze mną albo z Ponurym (on zbiera takie wynalazki).

Dane:

Ładunki do 15400 kG, w tym dwóch pilotów i stu żołnierzy. Rozpiętość 62 metry, długość 29,5 metra, wysokość 9 metrów, powierzchnia nośna 595 m2. Masa własna 25500 kG, startowa 40800 kG.

me323.jpg (18898 bytes) 

Me 323 czyli nasz "Gigancik"

A wracając do Giganta: jego konstrukcja była mieszana, drewniano-stalowa. Początkowo miał się nazywać Me 263, a jego budowa, co ciekawe, przebiegała prawie bez żadnych trudności. W 14 tygodni ukończono prototyp, był to luty 1941 roku. Seria informacyjna liczyła 11 sztuk, kilkadziesiąt było w fazie składania pod serię. Była to bardzo udana konstrukcja, ale wymagająca fachowej i troskliwej opieki. V1 rozpoczął próby 25 lutego, holowany przez Ju 90. Szybowiec był bardzo grzeczny na holu, miał tylko tę oczywistą wadę, że z powodu gigantycznych powierzchni sterowych, działały na nie gigantyczne siły. W efekcie mimo zastosowania serwosterownic pilot musiał mieć krzepę kierowcy Jelcza-ogórasa (kto dziś pamięta te czasy, te cieplutkie osłony silników obok kierowcy, na których się jeździło, Mmmmmm... ). Rozwiązano ten problem iście po niemiecku, czyli skandalicznie prosto i skutecznie. Dodano drugi komplet sterownic, ale drugi pilot operował tylko sterem wysokości. Tym niemniej bezwład produkcji spowodował, że pierwsze Me 321 A-1 miały tylko jednego pilota. Dopiero od B-1 była dwumiejscowa kabina, opancerzona i z rozdziałem na poszczególne stery. W szybowcu tym decydującą o wszystkim rolę odgrywało zamocowanie i rozmieszczenie ładunku, do czego służyły specjalnie opracowane tabele. Jeśli chodzi o konstrukcję, to był to klasyczny górnopłat, o mieszanej drewniano-metalowej budowie. Jednodźwigarowy płat, dźwigar spawany, kratownica z rur stalowych, drewniane żebra. Nosek płata sklejkowy, spływ pokryty płótnem. Skrzydła podparte pojedynczymi zastrzałami, jak każdy widzi na zdjęciach. Lotki i klapy dwuczęściowe, w sumie mechanizacja spływu płata zajmowała całą jego rozpiętość. Kadłub spawany z rur stalowych, prostokątny, pokryty drewnianymi listwami profilującymi, na których rozciągano płótno przesączane płynem impregnującym który zarazem ściągał i naprężał tkaninę. Ładownia z przodu kadłuba, ze wzmocnioną stalowymi dźwigarami podłogą, drzwi łupinowe dwuczęściowe, także ze stalowej kratownicy pokrytej płótnem. Tworzyły zarazem profil przodu kadłuba. Dodatkowe drzwi dwuskrzydłowe były umieszczone na lewym boku za skrzydłem. W ładowni można było zabudować dodatkowy pokład, mieściło się tam wtedy 200 żołnierzy w transporcie. Pupcia w całości drewniana, statecznik poziomy z zastrzałami (wiele samolotów miało mniejsze skrzydła niż ten statecznik, LOL) popychany hydraulicznie. Wyważenie powierzchni sterowych poprzez ciężarki na końcach (tzw. rogowe), klapki wyważające na każdym sterze. Wózek podwozia sam ważył 1260 kG, jego kółeczka miały 160 cm średnicy, a było ich cztery. Dwa przednie były trochę mniejsze, dwa tylne główne tak jak na zdjęciach. Żeby postawić to maleństwo na wózku, opracowano specjalny dźwig. Potrzebne były dwa takie dźwigi aby dokonać tej operacji. Samolot miał seryjnie dwa stanowiska strzeleckie (jakieś śmieszne MG 15, u góry przednich drzwi), ale w praktyce często ich liczba i rozmieszczenie była wynikiem praktyki i prozy życia

Me323-8s.jpg (14474 bytes)

Samolot miał seryjnie dwa stanowiska strzeleckie (jakieś śmieszne MG 15, u góry przednich drzwi), ale w praktyce często ich liczba i rozmieszczenie była wynikiem praktyki i prozy życia. Drewniane elementy, żebra, itp. wytwarzała fabryka mebli MAY w Stuttgarcie, a usterzenie w całości produkował Wolf Hirth w Nabem. Konstrukcje stalowe kadłuba i skrzydeł wytwarzano w Komotau, w fabryce Mannesmannrohrwerke, a potem zamaskowane jako słupy  wysokiego napięcia transportowano je do Regensburga, gdzie składano to wszystko do kupy. Gigant bez większych problemacji zabierał działo „88” wraz z łożem, ciągnikiem, zapasem amunicji i obsługą. Albo np. dwa Ople Blitze zapakowane max. Albo czołg klasy PzKpfw III/IV. Masa zabieranego ładunku osiągała 22 000 kG, ale jeśli start miał nastąpić z prawdziwego lotniska z betonowym pasem, to masa ta mogła wzrosnąć nawet do 27 000 kG. Kubatura ładowni wynosiła 100 m3,  a maksymalna masa startowa sięgała 39 500 kG.

No i kwestia holowania. Docelowo Ju 90 nie nadawał się do tego na dłuższą metę, bo przy tak dużym obciążeniu radykalnie spadał jego sensowny zasięg. Tu też ciekawa sprawa, bo w wersji zwykłej czyli Ju 90 z silnikami BMW 132H (4x660 kW), to można było holować tylko puste Giganty. Z kolei z nowszymi silnikami BMW 139 (4x1147 kW) i dodatkowymi rakietami startowymi (Walterki, dwa albo cztery, pod skrzydłami) można było je już częściowo obciążać, a seryjne Giganty holowane były przez Ju 290 wypożyczane na te okazje z ich macierzystych jednostek. Te samoloty miały już silniki BMW 801A (Brum brum brum...), więc nie było problemu. Tyle że samolotów tych było zawsze za mało, a często nie można ich było na czas sprowadzić. Ciekawostką może jest też to, że niektóre wspomniane Ju 90 napędzane były amerykańskimi, zdobycznymi silnikami.

Problemy logistyczne frontu wschodniego, którego przestrzenie w końcu uniemożliwiły dorywcze korzystanie z Ju 290 latających normalnie w patrolach atlantyckich, wymusiły zastosowanie rozwiązań tymczasowych.  Nie był to jednak szczęśliwy pomysł. Do holowania Gigantów zaprzęgnięto pospolicie występującego Bf 110C (2x650 kW), których wszędzie było pod dostatkiem, tworząc z nich trzysamolotowe zespoły holownicze. Oczywiście trzy Bf 110 dysponowały sumaryczną mocą umożliwiającą bezproblemowy hol Giganta, tyle tylko jak nietrudno zgadnąć hol taki był skrajnie niebezpieczny i wymagający ekstremalnego zgrania i wyszkolenia załóg. Taki zespół holowniczy nazywano „Troika-Schlepp”, na pewno kojarzycie lub znacie ruską Troikę- trzy konie ciągnące jeden wóz (sanie). Było bardzo wiele wypadków związanych z tym niebezpiecznym sposobem holowania, jednostka tych holowników miała przydomek Himmelkommando (oddział idący do nieba). Praktycznie pęknięcie liny holowniczej gwarantowało momentalnie taką asymetrię, że mało który z holowników zdążył się wyczepić i odzyskać prędkość by uciec z przeciągnięcia. Szybowiec miał teoretycznie większe szanse, w praktyce jednak przeważnie wpadał na któregoś z holowników którzy w przeciągnięciu stawali mu na drodze w miejscu. Z bardziej znanych wypadków: nieodpalenie podskrzydłowych rakiet startowych pod jednym skrzydłem, dwie holówki zderzają się ze sobą, trzecia wpada w korek i zachacza o Giganta, szybowiec wali w gościnną radziecką glebę i grzebie w sobie ponad 120 żołnierzy i 9 członków załóg. Albo gigantyczny pożar w bazie Wielkije Łuki, kiedy dwa Bf 110C zderzają się ze sobą wskutek pęknięcia liny i pociągają za sobą pełnego transportowanego paliwa Giganta w stojące na ziemi transportowce.

Ciągły festiwal wypadków spowodował bardzo intensywne prace nad profesjonalnym samolotem holowniczym specjalnie dla Gigantów. W efekcie powstał nasz znany Zwilling (Bliźniak), czyli połączone wspólnym skrzydłem dwa He 111H-6, z piątym silnikiem pośrodku wspólnego płata.

He111-Z-22.jpg (30031 bytes)

Wprowadzenie Zwillinga radykalnie zakończyło serię katastrof i znacznie usprawniło transport na froncie wschodnim, gdzie często Giganty były jedynym źródłem poważnego zaopatrzenia dla walczących w odciętych od świata roztopami albo okrążonych jednostek. Giganty, z racji konieczności ustawiania ich na wózku poprzez specjalne dźwigi, były bardzo uciążliwe w eksploatacji, ale ich zdolności transportowe i płynące z tego korzyści były niepodważalne. Giganty stosowano tylko w transporcie, nie brały udziału w operacjach bojowych, chociaż w ramach operacji „Hercules” planowano ich użycie w czasie inwazji na Maltę. Co ciekawe, nie zdołano Gigantów użyć w końcowej fazie klęski pod Stalingradem, gdzie Wehrmacht rozpaczliwie czekał na zaopatrzenie, z uwagi na brak miejsca do lądowania. Lotniska i lądowiska zawalone były wrakami samolotów i innego staffu, których nie można było usunąć z uwagi na warunki pogodowe i taktyczne. Zwilling był jednym z kilku samolotów tego typu, Luftwaffe miała już doświadczenia z tego typu konstrukcjami (był nawet Bf 109Z). He 111 Zwilling był jedynym tego typu specjalnym samolotem holującym jaki powstał w czasie II W.Ś. Jego napęd stanowiło pięć Jumo 211F-2 każdy po 1000 kW. Pilot leciał w lewym kadłubie, drugi pilot w prawym, choć ich obu rola była raczej zamienna w czasie długodystansowych przelotów. W lewym kadłubie był ponadto nawigator i mechanik, natomiast strzelcy byli w obu kadłubach. Front wschodni rządził się oczywiście swoimi prawami, ale oficjalnie w prawym kadłubie z przodu było działko, a ponadto MG 131. Na grzbietach miały być MG 15, podobnie w oknach bocznych. W „wannach” były MG 131. W praktyce samoloty te przeważnie obwieszone były uzbrojeniem jak choinka bombkami na gwiazdkę jeśli loty odbywały się w strefie przyfrontowej, a jeśli latano na zapleczu to nierzadko odchudzano maszynę ze zbędnego uzbrojenia. Ponadto MG 15 był raczej karabinem maszynowym spotykanym w instrukcjach, masowo bowiem stosowano nowocześniejsze MG 131

He111Gigant z H111z.jpg (28676 bytes) 

Holujący He111Z

Zwilling był bardzo stabilny i prawidłowy w pilotażu, potrafił utrzymać z Gigantem na holu 220 km/h, a z dwoma Go 242 można było lecieć nawet 250 km/h. To naprawdę dużo w takim układzie. Zbudowano, prócz dwóch prototypów (1941/1942 rok), dwanaście Zwillingów. Były bardzo intensywnie wykorzystywane, praktycznie zajeżdżono je na techniczną śmierć. Jako ciekawostkę dorzucę, że wskutek takiej konfiguracji i takich śmigieł jakie miał Zwilling, a więc podporządkowanych osiągom z holem, nawet pusty samolot ten nie mógł przekroczyć 260 km/h. Był prawdopodobnie najwolniejszym, ale też najsilniejszym samolotem holującym jaki zbudowano.

W tym miejscu wypadałoby też wreszcie wspomnieć o tych, którzy zawsze pozostawali w cieniu, niedoceniani, ale odwalali najważniejszą robotę. Oczywiście chodzi o rakiety startowe. W przeciwieństwie do aliantów, niemiaszki nie stosowali techniki podrywu (poza próbami podchwytywania DFS 230 przez He 111), ale za to masowo stosowali wspomagające start rakiety na paliwo stałe lub ciekłe. Generalnie, z paliwem ciekłym najpowszechniej stosowane były oczywiście Walterki HWK 109-500 (nadtlenek wodoru i roztwór nadmanganianu potasu) rozwijające przez 30 sekund prawie 5 kN, a ze stałym materiałem pędnym prym wiodły Rheinmetall-Borsig RI-502 dające ten sam ciąg ale będące bardziej skomplikowane w produkcji i ważące około 50 kg (stosowano je np. w bateriach po cztery na specjalnym wysięgniku za kadłubem Go 242). Tadeusz Królikiewicz, facet znający ten temat lepiej niż ja konstrukcję Poldasa, podaje że z użyciem Walterów wykonano w czasie wojny przeszło 3000 startów. Zresztą nie tylko startów, bo np. szybowce DFS 230C-1 które przywiozły Skorzenny`s Team na herbatkę do Mussoliniego, dzięki Walterkom wykonały najbardziej chyba brawurowe lądowanie w historii lotnictwa. Oni tam wtedy znaleźli się dosłownie „na krawędzi”...

Me 321 miał jeszcze swoje drugie życie. Niezbyt udane doświadczenia z Go 244, czyli Go 242 z silnikami Argus mającymi zapewnić im samodzielność, skłoniły Messerschmitta do podjęcia próby zabudowy napędu na Gigancie, co miało przekształcić go w prawdziwy samolot transportowy. RLM propozycję zaakceptował, i zespół J. Frohlicha zabrał się do roboty. Istotnym ułatwieniem prac było uniezależnienie się od dostaw standardowych silników, których wiecznie brakowało do myśliwców i bombowców służących w linii. Tymczasem po kampanii francuskiej, w magazynach znalazły się stosy francuskich Gnome-Rhone 14N 48/49. Silniki te miały moc 840 kW i czternaście cylindrów w dwóch gwiazdach. Samolot powstawał w dwóch wersjach, cztero i sześcio silnikowej. Ten pierwszy wkrótce zarzucono, jako że i tak do startu wymagał samolotu holującego, ale drugi wariant wyewoluował z czasem w całkowicie samodzielnego Me 323. Wzmocniono konstrukcję dźwigara, zabudowano łoża i samouszczelniające się zbiorniki. Kadłub praktycznie niezmieniony, poprowadzono tylko instalacje. W marcu 1942 roku RLM zatwierdził projekt i powstała seria informacyjna 10 sztuk. Latem rozpoczęto w Leipheim i Obertraubling produkcję seryjną, co zakończyło w sposób naturalny rozwój linii Me 321. „Motogigant” miał parę wersji, i tak: D-1 miał pochodzące również z francuskich zapasów śmigła trójłopatowe Ratier, aż do wyczerpania stanu; D-2 miał więc śmigła Heine, znanej wytwórni drewnianych śmigieł sportowych, które dawały mniejszą prędkość maksymalną, ale za to miały większy uciąg i lepsze parametry wznoszenia; D-6 to najbardziej rozpowszechniona wersja, podobna do D-1, ale napędzana rozmaitymi pozostałymi mutacjami Gnome-Rhone 49 i śmigłami Ratier albo Chauviere, zależnie co było pod ręką. Następnie powstała wersja przeznaczona do lotów nad Morzem Śródziemnym (Afrika Korps), wyposażona w środki ratownicze na wypadek wodowania. E-1 miał większe zbiorniki paliwa kosztem udźwigu, E-2 miał dodatkowo dwa zdalnie sterowane elektrycznie działka MG 151/20 między dwoma zewnętrznymi silnikami (w lawetach HDL 151, później EDL 151). Chodziło o coraz częstsze spotkania brytyjskich myśliwców w okolicach Malty, Pantellerii czy Tunezji. Praktyka pokazała jednak że olbrzymy te były (jak to często z dobrymi olbrzymami bywa) całkowicie bezbronne. M.in. 22. kwietnia 1943, straszny pogrom grupy około 20 Me 323 osłanianej przez ponad 30 Bf 109 i Mc 202, lecących z Sycylii w kierunku Cap Bon, miało pecha i nadziało się na Cyrk Skalskiego, lecący w składzie 244 Skrzydła Myśliwskiego (łącznie w walce brały udział 42 alianckie myśliwce). Zazwyczaj Me 323 były wyposażone w stanowiska strzeleckie w przednich drzwiach (z obu stron) oraz przy krawędzi spływu skrzydeł (również dwa stanowiska). Z czasem montowano także stanowisko strzelca na grzbiecie kadłuba. Praktyka i proza wojennego życia powodowały oczywiście przeróżne kombinacje umiejscowienia stanowisk strzeleckich i ich wyposażenia, co nie było trudne przy tak wielkiej powierzchni do wykorzystania. Powstał też egzemplarz w ramach niemieckiej mutacji projektu samolotu eskortowego opracowywanego przez jankesów (YB-40), nazwano go Waffentrager (Me 323E-2/WT). Jedenaście opancerzonych stanowisk ogniowych, każde z MG 151/20, i cztery dodatkowe MG 131. 17 osób załogi, z czego jeden specjalnie do donoszenia amunicji... Nic oczywiście z tego nie wyszło, samolot ten nie miał sensu w warunkach bojowych. Zbudowano w latach 1942-1944 ogółem 201 Me 323, używano ich głównie na froncie wschodnim gdzie niczym gigantyczne płaszczki szybowały w morzu chmur dosyć często i wbrew pozorom nie były rzadkim widokiem. Chyba ze gdzieś lądowały przymusowo wśród cywili, jak np. w 1943 roku, jesienią, koło Białej Podlaski, gdzie lądujący Gigant wzbudził popłoch wśród mieszkańców wsi Nosów (nie wiem czy dokładnie Nosów, ale Ponury jest pewien na bank że gdzieś w tamtym rejonie, zresztą tam było przecież lądowisko polowe, stały tam nawet Łosie we Wrześniu). Projektowano także wersje rozwojowe, z mocniejszymi silnikami Jumo 211R (1088 kW) jako 323F, oraz Gnome-Rhone 14R (970 kW) jako 323G. Produkcja Gigantów samolotów odbywała się od końca 1942 roku w Friedrichshafen w zakładach Zeppelin, i tam została zakończona.   

Autorem tekstu jest   :  Elwood

 

SCREENSHOTS

Screenshots IL2

Arty (screeny)

   SEKCJA SYMULATORÓW

FS2004 / FS X

Flight Simulator 2004

Flight Simulator X

Recenzje - add ons

Downloads

Linki

RISE OF FLIGHT

Recenzja RoF: part 1

Recenzja RoF: part 2

Screenshots

Samoloty-addon's

Multiplayer

Linki

TAKE ON HELI.

Take on Helicopters

Recenzja

Opisy - add ons

Multiplayer

Linki

LOCK ON, DCS

Spojrzenie na LO

Porady

Linki


Flaming Cliffs

DCS: Black Shark

DCS: A-10C

CONDOR

Recenzja Condora

Linki

FALCON 4: AF

Recenzja

Dodatki - add ons

BOB II: WoV

Recenzja BoB 2

IL- 2: COD

Zarys symulatora

Recenzja

Multiplayer

Linki

WINGS OF PREY

Opis gry

Recenzja

Przydatne linki

SERIA IL-2

IL-2 Sturmovik

Forgotten Battles

Ace Expansion Pack

Pacific Fighters


Downloads

Multiplayer

Porady i Tracki

Patche

Hyperlobby

Linki

IL-2 w detalach (foto)


The last days

TARGETWARE

War over Poland'39

Download

Forum

Linki

LONGBOW

Recenzja Janes: L2

JANES F/A-18

Opis symulatora

Linki

                 REKLAMA

 

 

Copyright © 2001-2011 YoYo. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wykorzystywanie artykułów, cytatów i zamieszczanie zdjęć z tej strony bez zgody autora jest zabronione