|
Nietypowe
konstrukcje Reich'u - ciąg
dalszy
Ju
287, Me 321, Ju 322, He111Z
|
Heloł,
tu Elwood, w dzisiejszych grafomańskich
wypocinach mojej sklerozy przeplatanej
resztkami świadomości chciałbym
poruszyć temat Ju 287, jako kolejnego
moim zdaniem ważnego samolotu w
historii rozwoju lotnictwa, i jednocześnie
na tym (o ile nie wyrazicie innego
zdania) chcę poprzestać opisywanie
samolotów nie związanych z naszą
ulubioną grą, prowadzi to bowiem na
zupełnie nie związane z tematem tory.
A ja nie mam czasu na pisanie nowej
historii lotnictwa, którą mądrzejsi
ode mnie już dawno napisali. Zresztą
za cienki na to jestem.
Ju
287
Dlatego
też opis He 280, który kiedyś
anonsowałem, nie powstanie. Chyba że
napisze to ktoś inny. Chętnych
zapraszam, szczegóły do ustalenia na
yoyo251.republika.pl lub kg200.prv.pl.
Ostatnio
znowu mało się tu produkowałem za co
przepraszam, ale dopóki nie znajdę
lepszej pracy tak być musi. Po prostu
nie mam czasu, bo przez pół doby
uczestniczę w rozwoju włoskiej myśli
motoryzacyjnej na polskiej ziemi, a
pozostałe pół albo molestuję
Schmeissa, albo jestem molestowany przez
YoYo, albo wreszcie śpię. Ale mam
nadzieję że to się w końcu zmieni.
„I wtedy czarny cień zstąpi na
ziemię, księżyc zasnuje słońce, a
noc stanie się wiecznością. Szalony
wicher zerwie się znad horyzontu, a
czarne chmury zastąpią niebo bijąc
piorunami. A wtedy nastanie czas, i
otworzą się przepustnice, i wzleci
czterech jeźdźców, na czterech
Gustavach, i spuszczą psy wojny... I będą
palić i mordować, i będą plenić
czerwoną zarazę po wieczne czasy, i
nie ostanie się nic... A gniew ich będzie
ogromny, a furia nieskończona... I wypełni
się słowo, jak zapisano, i czas
okrutny dla czerwonej zarazy nastanie,
czas apokalipsy... I będą lecieć,
przynosząc jej kres... Pierwszy Doktor
przyniesie jej głód, drugi YoYo
przyniesie jej cierpienie, trzeci Ponury
przyniesie jej wojnę, a ostatni
Schmeisser sprowadzi jej śmierć...”
LOL... Ale niemniej oznacza to, że
Ponury jeszcze żyje (choć ma nieco
przesrane), co miłe, bo poza wąskim
gronem towarzyszy broni nikt już o nim
nie pamięta że w ogóle był taki...
Heh, śmieszne, czas w internecie płynie
szybciej nawet niż w ruskim zegarku...
No dobra, z ostatnich przemyśleń które
można by tu jeszcze rozwinąć to chciałem
zaznaczyć, że o ile podobno dodatek FB
ma nieco rozszerzać niezbędną obsługę
urządzeń samolotu o iskrowniki (czy
dobrze słyszałem?), to nadal nie ma
ani słowa ani o skomplikowaniu
nawigacji w oparciu o nawigację wzrokową
i wątłą sieć radiolatarni (to chyba
nie problem zaimplementować?), co
zdecydowanie poprawiłoby realizm i
podniosło poziom gry do PRO, choć z
drugiej strony zdaję sobie sprawę że
szczegóły grafiki niezbędne do na
tyle wiernego odwzorowania terenu by można
było się w nim połapać raczej
wyeliminowałyby z zabawy większość
naszej społeczności z uwagi na
wymagania sprzętowe... Inną sprawą
jest absolutne uproszczenie obsługi
samolotu, sprowadzające poziom
komplikacji (a raczej zaawansowania)
Foki do I-16... Tego czasem mi brakuje,
choć oczywiście na HL gdzie w dogfight
większość lata samolotami bez kabin,
a przeciwników komputer sam pokazuje
strzałkami, to raczej nie przeszkadza,
a wręcz przeciwnie... Tam liczy się
tylko Boost i MK 108. No ale dość tych
mentorskich narzekań. Jeszcze
tylko oblodzenia mi naprawdę brak, tego
elementarnego zagrożenia dla wszystkich
ówczesnych samolotów..
A
jeśli chodzi o Ju 287, to wspominam o
nim dlatego że był samolotem w którym
po raz pierwszy praktycznie zastosowano
skrzydło o ujemnym skosie. Dane
otrzymane dzięki temu projektowi miały
kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju
aerodynamiki.
Zdjęcie
Ju 287 z amerykańskiego samolotu
Ale
od początku:
Wspominałem
już wcześniej o panu A. Busemannie z
Instytutu Techniki Lotniczej. Badano tam
problemy aerodynamiki wysokich prędkości,
i tam zrodziła się koncepcja skrzydła
o ujemnym skosie. Asystentem prof.
Busemanna był Siegfried Kneymeyer, inżynier
aerodynamik. W kwietniu 1943 roku został
on konsultantem grubasa ds.
technicznych. Jego kontakty osobiste z
Goeringiem pominiemy, niemniej od
listopada wskoczył na stołek szefa
działu uzbrojenia RLM. Kneymeyer
wykorzystał swoje nowe możliwości i
zorganizował w Dessau (czyli u Junkersa)
zespół prowadzący projekt szybkiego
bombowca odrzutowego. Szefem został
Hans Wocke i prof. Hertel, również już
wspominany wcześniej. Samolot wyszedł
im dość ciekawy. Skrzydło miało skos
35 stopni, co dało koszmarne właściwości
samolotu w małych i średnich zakresach
prędkości (aeroelastyczna dywergencja
skrzydeł, wiadomo), ale wady te traciły
na znaczeniu wobec możliwych osiągów
przy wielkich prędkościach dla których
powstawał ten samolot. Skrzydła
stworzono od zera, kadłub pochodził od
nieukończonego He-177, całe usterzenie
od prototypu Ju-388, a podwozie wzięto
z Ju-352. Najlepsze były podwójne kółka
przednie, które jeszcze niedługo wcześniej
podpierały nosy jakimś B-24, ale potem
nie były im już potrzebne. Taki to
konglomerat pan Ernst Zindel poskładał
w jedną całość, podwozie zabudowano
jako stałe (szkoda było czasu), i
przyczepiono cztery turboodrzutowe Jumo
004 B-1 (każdy po 9 kN). Układ tych
silników również był dość
oryginalny, zresztą później Bardini w
swoich ekranoplanach powtórzył to
rozwiązanie (silniki z przodu kadłuba
i skrzydłowe). Faza startu wspomagana
przez cztery Walterki HWK 105-509 (po 11
kN), podwieszane do silników skrzydłowych.
W sierpniu 1944 V1 był gotowy do
startu. Przewieziono go do Brandis, i
tam 16 sierpnia Siegfried Holzbauer
poleciał tym w górę. W sumie wykonano
17 lotów, ale to okazało się zbyt mało
by zgromadzić odpowiednią ilość
danych. Mimo to wiadomo już było że
samolot okazał się udany, nie było
jakichś przykrych niespodzianek. W
czasie tych lotów zrobiono jedyne dobre
zdjęcie tego samolotu w locie, ale
niemiaszki mogli obejrzeć je dopiero po
wojnie. Zdjęcie zrobił bowiem aliancki
samolot rozpoznawczy z 8 Armii
Lotniczej, próbujący dogonić naszego
bohatera przyłapanego na wznoszeniu po
starcie. Nie dogonił, mimo że tamten
miał zabudowane na stałe podwozie, z
przodu podwójne... Prace zamierzano
kontynuować przy użyciu V2, który miał
sześć silników (BMW 003 Mmmmm....) i
chowane podwozie. Kadłub również uległ
modyfikacjom. Niestety, prace przerwano
w lipcu, gdyż priorytet uzyskał wtedy
Jaegernotprogramm. Projekt wznowiono gdy
było już po wszystkim, z początkiem
1945 przenosząc prace do Rechlina. Tam
V1 został zniszczony w czasie
bombardowania, co nie przeszkodziło
rozpocząć w Brandis prac nad V3 mającym
być wzorcem dla serii. Miał on ciśnieniową
trzyosobową kabinę, zdalnie sterowane
stanowiska strzeleckie (podwójne MG 131
w lawetach FHL 131Z) oraz miejsce na
4000 kG żelastwa z wkładką. Powrócono
też do koncepcji czterech silników
(ale BMW). Uważam że naprawdę trzeba
być jajcarzem żeby ponownie rozpoczynać
w lutym 1945 roku program prototypowego
bombowca generacji wyprzedzającej możliwości
produkcyjne jakiejkolwiek ówczesnej w
miarę niezniszczonej niemieckiej
fabryki. No ale to tylko moje zdanie. V1
zdobyli jankesi w stanie agonalnym,
natomiast V2 i V3 w całości przejęli
ruscy, wraz z całym dotyczącym ich
personelem. Herr Wocke również się załapał.
Chłopaki zostali zabrani na wycieczkę
po Kraju Rad, który tak im się spodobał
że już nigdy z niego nie wrócili ani
nie napisali nawet. Chamy. Natomiast
wiadomym jest że w 1947 roku samolot
ten widziano jak latał obsługiwany
przez niemieckich niewolników. Kto wie,
być może współczesny Suchoj S-37
korzysta z jakichś ówczesnych danych
zebranych w tych lotach?..

No
dobra, jest już następny wieczór i
nowe siły, więc jedziemy dalej. Teraz
wreszcie zabierzemy się za
rozgrzebanego od wakacji Giganta.
Nareszcie.
Messerschmitt
321 Gigant powstał specjalnie pod kątem
operacji „Seeloewe”. Niemcy
mieli bowiem duże doświadczenia w
zakresie operacji powietrznodesantowych,
i doskonale zdawali sobie sprawę z
potrzeby wyposażenia zdobytych przyczółków
w niezbędny do kontynuacji działań ciężki
sprzęt; byli także świadomi silnego
przeciwdziałania lotnictwa przeciwnika.
Transport statkami nie rozwiązywał
kwestii dostaw w głębi wyspy, co
wymuszało konieczność szybkiego
przerzutu ciężkiego sprzętu na
miejsce akcji drogą powietrzną. Mimo iż
flota inwazyjna w Breście czekała już
na sygnał do rozpoczęcia operacji,
rozkaz ten nigdy nie nadszedł. Rozmawiałem
o tym wiele razy z Ponurym, i jego
zdaniem jest to jedna z wielu niewyjaśnionych
zagadek dlaczego nie mówimy dziś
wszyscy po niemiecku. Ostatecznie Bitwę
o Anglię wbrew obiegowej opinii
Luftwaffe wygrała, rzucając pozbawiony
rezerw RAF na kolana, podobnie
Kriegsmarine spowodowała w pewnym
momencie załamanie się amerykańskich
dostaw dla brytyjskiej gospodarki (w
szczytowym momencie tzw. bitwy o
Atlantyk angole znaleźli się w
momencie, gdy ich rezerwy strategiczne
zapewniały im zapasy na 2 słownie dwa
tygodnie). Ale na szczęście kurdupel z
wąsikiem i sexi grzywką dał sobie
spokój. Tym niemniej założenia
taktyczne dla projektu
Grossraumlastensegler pozostały, a
tymczasem szykowała się Barbarossa.
Wkrótce po rezygnacji z inwazji na
wyspy, RLM ogłosił wymagania na ciężki
szybowiec transportowy. Program nazwano
„Unternehmen Warschau”,
czyli przedsięwzięcie Warszawa. Nie,
nie wiem dlaczego i proszę mnie o to
nie pytać. Do programu przystąpiły
dwie firmy, Messerschmit i Junkers. Obie
firmy miały w ciągu dwóch tygodni
przedstawić swoje koncepcje takiego
szybowca, na 1 listopada 1940. Obie miały
też zabezpieczyć się materiałowo na
produkcję stu egzemplarzy. Obie firmy
utworzyły osobne komórki projektowe
specjalnie dla tego programu, u
Messerschmitta było to Warschau–Sud
w Leipheim, a Junkers miał Warschau-
Ost w Merseburgu. Obie propozycje zostały
przyjęte przez RLM i skierowane do
produkcji po dwieście sztuk. Junkers
stworzył wtedy słynnego Ju 322, o którym
słów parę zanim wrócimy do głównego
wątku
Ju
322
Samolot
ten powstał tylko w dwóch prototypach,
i prace przerwano. Przegięli pałę po
całości, pan prof. Hertel który już
się tu gdzieś przewijał wcześniej,
miał skrajną fazę megalomanii.
Potworek którego stworzyli, początkowo
nazwany Goliat, a ostatecznie Ju 322
Mammut, był prawdopodobnie największym
obiektem latającym II wojny (nawet
ruski ANT-20 Maksim Gorki odpada). Jego
konstrukcja była całkowicie drewniana,
a w praktyce było to latające skrzydło
ze szczątkowym kadłubem, służącym w
zasadzie tylko jako platforma pod
usterzenie. Cacuszko to podobne było w
formie do wcześniejszego Junkersa
G 38, tyle że był chyba jedynym
Junkersem z drewna, no i był trochę
przerośnięty (G 38 miał
„tylko” 23 metry długości
i 44 metry rozpiętości). Problemy
pojawiły się już na początku. Drewno
potrzebne do konstrukcji takiego czegoś
musiało mieć parametry jakie chyba
nawet dziś trudno byłoby otrzymać nie
wiem jaką obróbką chemiczną.
Wytrzymałość płatowca który miał
62 metry rozpiętości (info dla
niekumatych: standardowy w polskich
blokowiskach 11 piętrowy „wieżowiec”
ma 45 metrów wysokości) była kwestią
bardzo dyskusyjną, szczególnie że
absolutnie wszystko tam było z drewna,
łącznie z dźwigarem.
Kiedy
w czasie prób do ładowni zapakowano
czołg, to okazało się że stoi on od
razu na ziemi bo zarwała się podłoga.
Efektem tragicznych wyników prób
statycznych i obliczeniowych było
wzmocnienie konstrukcji, co z kolei
spowodowało taki wzrost masy, że ciężar
ładunku spadł z początkowych 20 ton
do 16. Kadłub w swej środkowej części
mieścił ładownię, do której dostęp
zapewniały dwie zdejmowane pokrywy
przodu kadłuba. Na profilach tych były
zabudowane dwa stanowiska strzeleckie,
trochę wysunięte przed samo skrzydło.
Na grzbiecie był trzeci strzelec, na spływie.
Kabina pilotów umieszczona była na
grzbiecie po lewej stronie osi kadłuba.
Kierowcy siedzieli obok siebie. Na szczęście
sterownice wyposażono we wzmacniacze
(nie drewniane), bo inaczej to chyba
nawet Conan Barbarzyńca by się zesrał.
Klapy natomiast wychylane były
elektrycznie. Chyba tylko tak dla jaj,
bo przy takiej powierzchni i układzie
aerodynamicznym to służyły pewnie
raczej jako daszki przeciwdeszczowe dla
załogi. Ale to jeszcze nic, bo również
elektrycznie wypuszczano prawdziwą
kotwicę (przepraszam; to się fachowo
nazywało lemiesz) będącą elementem płozy
podwozia, okazało się bowiem że nie
ma takiej siły która byłaby w stanie
zatrzymać taką rozpędzoną stodołę
po lądowaniu. Nie bardzo wyobrażam
sobie amortyzację wstrząsu jaki musiał
nastąpić po chwyceniu przez tę kotwicę
oporu.... Szybowiec miał cztery płozy,
po dwie jedna za drugą, a do startu
ustawiano go (jak, kurdelebele !?) na
wielokołowym wózku. Zależnie od
wersji wózka, miał od 16 do 32 kół...Wbrew
pozorom, ta kupa desek oderwała się
nawet od ziemi. Jedynym samolotem
zdolnym uciągnąć to cudo był
„wysprzątany” Ju 90, bo
nawet Condor okazał się za słaby!
Wszyscy się chyba posrali ze śmiechu,
jak zespół ten złożony z wyjącego
na mocy startowej holownika i wesoło
podrygującego na sznurku składu drewna
przesmarował przez całe lotnisko, by
ostatecznie ledwo co oderwać się przed
końcem pasa na tak małej wysokości że
wózek startowy odrzucony już awaryjnie
rozleciał się waląc na przemian o
glebę i kadłub. Tuż po starcie
okazało się, że śmiesznie to dopiero
będzie, bo ten latający barakowóz był
praktycznie niesterowny, a w dodatku
zaczął myszkować (każdy
aeroklubowiec wie o co chodzi), czyli że
za dobrze to nie jest. Piloci holówki (heh,
Ju 90 holówka, LOLOLOL!!!) wyczepili więc
swojego pupilka w osi pasa, ale lądowanie
nie wypadło najlepiej. Właściwie to
wcale nie wypadło. Może kotwica nie
wyszła, LOL. Na szczęście pod ręką
był drugi prototyp, któremu zmieniono
(powiększono) usterzenie, i znowu
rozpacz przy starcie. Wtedy ktoś
wreszcie oprzytomniał i puknął się
jedną z pozostałych po budowie desek w
głowę i stwierdził: panowie, skórzana
bielizna i rzemienne pejcze lepiej nadają
się do realizacji waszych fantazji, a
przy tym są o wiele tańsze. I tym
stwierdzeniem program Junkersa zakończono.
98 szybowców o różnym stopniu
zaawansowania konstrukcji jeszcze na
linii montażowej pocięto na drewniane
klocki, które rozdawano później
mieszkańcom Merseburga na opał.
Ciekawostką jest, że większość z
nieukończonych Mammutów posłużyła później
za paliwo do napędzanych gazem drzewnym
samochodów w mieście. Tak w ogóle, to
oni się chyba jednak później opamiętali
w swym szaleństwie, bo zniszczono całą
dokumentację programu (wstydzili się?),
a do dziś zachowało się
prawdopodobnie tylko jedno, i to
nieostre, zdjęcie tego potwora. Jeśli
ktoś ma więcej zdjęć tego wynalazku,
albo wie gdzie są, to bardzo proszę o
kontakt ze mną albo z Ponurym (on
zbiera takie wynalazki).
Dane:
Ładunki
do 15400 kG, w tym dwóch pilotów i stu
żołnierzy. Rozpiętość 62 metry, długość
29,5 metra, wysokość 9 metrów,
powierzchnia nośna 595 m2.
Masa własna 25500 kG, startowa 40800 kG.
Me
323 czyli nasz "Gigancik"
A wracając do Giganta: jego konstrukcja była mieszana,
drewniano-stalowa. Początkowo miał się nazywać Me 263, a jego budowa, co ciekawe, przebiegała prawie bez żadnych trudności. W 14 tygodni ukończono prototyp, był to luty 1941 roku. Seria informacyjna liczyła 11 sztuk, kilkadziesiąt było w fazie składania pod serię. Była to bardzo udana konstrukcja, ale wymagająca fachowej i troskliwej opieki. V1 rozpoczął próby 25 lutego, holowany przez Ju 90. Szybowiec był bardzo grzeczny na holu, miał tylko tę oczywistą wadę, że z powodu gigantycznych powierzchni sterowych, działały na nie gigantyczne siły. W efekcie mimo zastosowania serwosterownic pilot musiał mieć krzepę kierowcy Jelcza-ogórasa (kto dziś pamięta te czasy, te cieplutkie osłony silników obok kierowcy, na których się jeździło, Mmmmmm... ). Rozwiązano ten problem iście po niemiecku, czyli skandalicznie prosto i skutecznie. Dodano drugi komplet sterownic, ale drugi pilot operował tylko sterem wysokości. Tym niemniej bezwład produkcji spowodował, że pierwsze Me 321 A-1 miały tylko jednego pilota. Dopiero od B-1 była dwumiejscowa kabina, opancerzona i z rozdziałem na poszczególne stery. W szybowcu tym decydującą o wszystkim rolę odgrywało zamocowanie i rozmieszczenie ładunku, do czego służyły specjalnie opracowane tabele. Jeśli chodzi o konstrukcję, to był to klasyczny górnopłat, o mieszanej drewniano-metalowej budowie. Jednodźwigarowy płat, dźwigar spawany, kratownica z rur stalowych, drewniane żebra. Nosek płata sklejkowy, spływ pokryty płótnem. Skrzydła podparte pojedynczymi zastrzałami, jak każdy widzi na zdjęciach. Lotki i klapy dwuczęściowe, w sumie mechanizacja spływu płata zajmowała całą jego rozpiętość. Kadłub spawany z rur stalowych, prostokątny, pokryty drewnianymi listwami profilującymi, na których rozciągano płótno przesączane płynem impregnującym który zarazem ściągał i naprężał tkaninę. Ładownia z przodu kadłuba, ze wzmocnioną stalowymi dźwigarami podłogą, drzwi łupinowe dwuczęściowe, także ze stalowej kratownicy pokrytej płótnem. Tworzyły zarazem profil przodu kadłuba. Dodatkowe drzwi dwuskrzydłowe były umieszczone na lewym boku za skrzydłem. W ładowni można było zabudować dodatkowy pokład, mieściło się tam wtedy 200 żołnierzy w transporcie. Pupcia w całości drewniana, statecznik poziomy z zastrzałami (wiele samolotów miało mniejsze skrzydła niż ten statecznik,
LOL) popychany hydraulicznie. Wyważenie powierzchni sterowych poprzez ciężarki na końcach (tzw. rogowe), klapki wyważające na każdym sterze. Wózek podwozia sam ważył 1260
kG, jego kółeczka miały 160 cm średnicy, a było ich cztery. Dwa przednie były trochę mniejsze, dwa tylne główne tak jak na zdjęciach. Żeby postawić to maleństwo na wózku, opracowano specjalny dźwig. Potrzebne były dwa takie dźwigi aby dokonać tej operacji. Samolot miał seryjnie dwa stanowiska strzeleckie (jakieś śmieszne MG 15, u góry przednich drzwi), ale w praktyce często ich liczba i rozmieszczenie była wynikiem praktyki i prozy życia

Samolot
miał seryjnie dwa stanowiska
strzeleckie (jakieś śmieszne MG 15, u
góry przednich drzwi), ale w praktyce
często ich liczba i rozmieszczenie była
wynikiem praktyki i prozy życia.
Drewniane elementy, żebra, itp.
wytwarzała fabryka mebli MAY w
Stuttgarcie, a usterzenie w całości
produkował Wolf Hirth w Nabem.
Konstrukcje stalowe kadłuba i skrzydeł
wytwarzano w Komotau, w fabryce
Mannesmannrohrwerke, a potem zamaskowane
jako słupy wysokiego napięcia
transportowano je do Regensburga, gdzie
składano to wszystko do kupy. Gigant
bez większych problemacji zabierał
działo „88” wraz z łożem,
ciągnikiem, zapasem amunicji i obsługą.
Albo np. dwa Ople Blitze zapakowane max.
Albo czołg klasy PzKpfw III/IV. Masa
zabieranego ładunku osiągała 22 000
kG, ale jeśli start miał nastąpić z
prawdziwego lotniska z betonowym pasem,
to masa ta mogła wzrosnąć nawet do 27
000 kG. Kubatura ładowni wynosiła 100
m3, a maksymalna masa
startowa sięgała 39 500 kG.
No
i kwestia holowania. Docelowo Ju 90 nie
nadawał się do tego na dłuższą metę,
bo przy tak dużym obciążeniu
radykalnie spadał jego sensowny zasięg.
Tu też ciekawa sprawa, bo w wersji zwykłej
czyli Ju 90 z silnikami BMW 132H (4x660
kW), to można było holować tylko
puste Giganty. Z kolei z nowszymi
silnikami BMW 139 (4x1147 kW) i
dodatkowymi rakietami startowymi (Walterki,
dwa albo cztery, pod skrzydłami) można
było je już częściowo obciążać, a
seryjne Giganty holowane były przez Ju
290 wypożyczane na te okazje z ich
macierzystych jednostek. Te samoloty miały
już silniki BMW 801A (Brum brum brum...),
więc nie było problemu. Tyle że
samolotów tych było zawsze za mało, a
często nie można ich było na czas
sprowadzić. Ciekawostką może jest też
to, że niektóre wspomniane Ju 90 napędzane
były amerykańskimi, zdobycznymi
silnikami.
Problemy
logistyczne frontu wschodniego, którego
przestrzenie w końcu uniemożliwiły
dorywcze korzystanie z Ju 290 latających
normalnie w patrolach atlantyckich,
wymusiły zastosowanie rozwiązań
tymczasowych. Nie był to jednak
szczęśliwy pomysł. Do holowania
Gigantów zaprzęgnięto pospolicie występującego
Bf 110C (2x650 kW), których wszędzie
było pod dostatkiem, tworząc z nich
trzysamolotowe zespoły holownicze.
Oczywiście trzy Bf 110 dysponowały
sumaryczną mocą umożliwiającą
bezproblemowy hol Giganta, tyle tylko
jak nietrudno zgadnąć hol taki był
skrajnie niebezpieczny i wymagający
ekstremalnego zgrania i wyszkolenia załóg.
Taki zespół holowniczy nazywano
„Troika-Schlepp”, na pewno
kojarzycie lub znacie ruską Troikę-
trzy konie ciągnące jeden wóz
(sanie). Było bardzo wiele wypadków
związanych z tym niebezpiecznym
sposobem holowania, jednostka tych
holowników miała przydomek
Himmelkommando (oddział idący do
nieba). Praktycznie pęknięcie liny
holowniczej gwarantowało momentalnie
taką asymetrię, że mało który z
holowników zdążył się wyczepić i
odzyskać prędkość by uciec z przeciągnięcia.
Szybowiec miał teoretycznie większe
szanse, w praktyce jednak przeważnie
wpadał na któregoś z holowników którzy
w przeciągnięciu stawali mu na drodze
w miejscu. Z bardziej znanych wypadków:
nieodpalenie podskrzydłowych rakiet
startowych pod jednym skrzydłem, dwie
holówki zderzają się ze sobą,
trzecia wpada w korek i zachacza o
Giganta, szybowiec wali w gościnną
radziecką glebę i grzebie w sobie
ponad 120 żołnierzy i 9 członków załóg.
Albo gigantyczny pożar w bazie Wielkije
Łuki, kiedy dwa Bf 110C zderzają się
ze sobą wskutek pęknięcia liny i pociągają
za sobą pełnego transportowanego
paliwa Giganta w stojące na ziemi
transportowce.
Ciągły
festiwal wypadków spowodował bardzo
intensywne prace nad profesjonalnym
samolotem holowniczym specjalnie dla
Gigantów. W efekcie powstał nasz znany
Zwilling (Bliźniak), czyli połączone
wspólnym skrzydłem dwa He 111H-6, z piątym
silnikiem pośrodku wspólnego płata.

Wprowadzenie Zwillinga radykalnie zakończyło serię katastrof i znacznie usprawniło transport na froncie wschodnim, gdzie często Giganty były jedynym źródłem poważnego zaopatrzenia dla walczących w odciętych od świata roztopami albo okrążonych jednostek. Giganty, z racji konieczności ustawiania ich na wózku poprzez specjalne dźwigi, były bardzo uciążliwe w eksploatacji, ale ich zdolności transportowe i płynące z tego korzyści były niepodważalne. Giganty stosowano tylko w transporcie, nie brały udziału w operacjach bojowych, chociaż w ramach operacji „Hercules” planowano ich użycie w czasie inwazji na Maltę. Co ciekawe, nie zdołano Gigantów użyć w końcowej fazie klęski pod Stalingradem, gdzie Wehrmacht rozpaczliwie czekał na zaopatrzenie, z uwagi na brak miejsca do lądowania. Lotniska i lądowiska zawalone były wrakami samolotów i innego
staffu, których nie można było usunąć z uwagi na warunki pogodowe i taktyczne. Zwilling był jednym z kilku samolotów tego typu, Luftwaffe miała już doświadczenia z tego typu konstrukcjami (był nawet Bf 109Z). He 111 Zwilling był jedynym tego typu specjalnym samolotem holującym jaki powstał w czasie II W.Ś. Jego napęd stanowiło pięć Jumo 211F-2 każdy po 1000
kW. Pilot leciał w lewym kadłubie, drugi pilot w prawym, choć ich obu rola była raczej zamienna w czasie długodystansowych przelotów. W lewym kadłubie był ponadto nawigator i mechanik, natomiast strzelcy byli w obu kadłubach. Front wschodni rządził się oczywiście swoimi prawami, ale oficjalnie w prawym kadłubie z przodu było działko, a ponadto MG 131. Na grzbietach miały być MG 15, podobnie w oknach bocznych. W „wannach” były MG 131. W praktyce samoloty te przeważnie obwieszone były uzbrojeniem jak choinka bombkami na gwiazdkę jeśli loty odbywały się w strefie przyfrontowej, a jeśli latano na zapleczu to nierzadko odchudzano maszynę ze zbędnego uzbrojenia. Ponadto MG 15 był raczej karabinem maszynowym spotykanym w instrukcjach, masowo bowiem stosowano nowocześniejsze MG 131
Holujący
He111Z
Zwilling
był bardzo stabilny i prawidłowy w
pilotażu, potrafił utrzymać z
Gigantem na holu 220 km/h, a z dwoma Go
242 można było lecieć nawet 250 km/h.
To naprawdę dużo w takim układzie.
Zbudowano, prócz dwóch prototypów
(1941/1942 rok), dwanaście Zwillingów.
Były bardzo intensywnie wykorzystywane,
praktycznie zajeżdżono je na techniczną
śmierć. Jako ciekawostkę dorzucę, że
wskutek takiej konfiguracji i takich śmigieł
jakie miał Zwilling, a więc podporządkowanych
osiągom z holem, nawet pusty samolot
ten nie mógł przekroczyć 260 km/h. Był
prawdopodobnie najwolniejszym, ale też
najsilniejszym samolotem holującym jaki
zbudowano.
W
tym miejscu wypadałoby też wreszcie
wspomnieć o tych, którzy zawsze
pozostawali w cieniu, niedoceniani, ale
odwalali najważniejszą robotę. Oczywiście
chodzi o rakiety startowe. W przeciwieństwie
do aliantów, niemiaszki nie stosowali
techniki podrywu (poza próbami
podchwytywania DFS 230 przez He 111),
ale za to masowo stosowali wspomagające
start rakiety na paliwo stałe lub ciekłe.
Generalnie, z paliwem ciekłym
najpowszechniej stosowane były oczywiście
Walterki HWK 109-500 (nadtlenek wodoru i
roztwór nadmanganianu potasu) rozwijające
przez 30 sekund prawie 5 kN, a ze stałym
materiałem pędnym prym wiodły
Rheinmetall-Borsig RI-502 dające ten
sam ciąg ale będące bardziej
skomplikowane w produkcji i ważące około
50 kg (stosowano je np. w bateriach po
cztery na specjalnym wysięgniku za kadłubem
Go 242). Tadeusz Królikiewicz, facet
znający ten temat lepiej niż ja
konstrukcję Poldasa, podaje że z użyciem
Walterów wykonano w czasie wojny przeszło
3000 startów. Zresztą nie tylko startów,
bo np. szybowce DFS 230C-1 które
przywiozły Skorzenny`s Team na herbatkę
do Mussoliniego, dzięki Walterkom
wykonały najbardziej chyba brawurowe lądowanie
w historii lotnictwa. Oni tam wtedy
znaleźli się dosłownie „na krawędzi”...

Me 321 miał jeszcze swoje drugie życie. Niezbyt udane doświadczenia z Go 244, czyli Go 242 z silnikami Argus mającymi zapewnić im samodzielność, skłoniły Messerschmitta do podjęcia próby zabudowy napędu na Gigancie, co miało przekształcić go w prawdziwy samolot transportowy. RLM propozycję zaakceptował, i zespół J. Frohlicha zabrał się do roboty. Istotnym ułatwieniem prac było uniezależnienie się od dostaw standardowych silników, których wiecznie brakowało do myśliwców i bombowców służących w linii. Tymczasem po kampanii francuskiej, w magazynach znalazły się stosy francuskich Gnome-Rhone 14N 48/49. Silniki te miały moc 840 kW i czternaście cylindrów w dwóch gwiazdach. Samolot powstawał w dwóch wersjach, cztero i sześcio silnikowej. Ten pierwszy wkrótce zarzucono, jako że i tak do startu wymagał samolotu holującego, ale drugi wariant wyewoluował z czasem w całkowicie samodzielnego Me 323. Wzmocniono konstrukcję dźwigara, zabudowano łoża i samouszczelniające się zbiorniki. Kadłub praktycznie niezmieniony, poprowadzono tylko instalacje. W marcu 1942 roku RLM zatwierdził projekt i powstała seria informacyjna 10 sztuk. Latem rozpoczęto w Leipheim i Obertraubling produkcję seryjną, co zakończyło w sposób naturalny rozwój linii Me 321.
„Motogigant” miał parę wersji, i tak: D-1 miał pochodzące również z francuskich zapasów śmigła trójłopatowe
Ratier, aż do wyczerpania stanu; D-2 miał więc śmigła Heine, znanej wytwórni drewnianych śmigieł sportowych, które dawały mniejszą prędkość maksymalną, ale za to miały większy uciąg i lepsze parametry wznoszenia; D-6 to najbardziej rozpowszechniona wersja, podobna do D-1, ale napędzana rozmaitymi pozostałymi mutacjami Gnome-Rhone 49 i śmigłami Ratier albo
Chauviere, zależnie co było pod ręką. Następnie powstała wersja przeznaczona do lotów nad Morzem Śródziemnym
(Afrika Korps), wyposażona w środki ratownicze na wypadek wodowania. E-1 miał większe zbiorniki paliwa kosztem udźwigu, E-2 miał dodatkowo dwa zdalnie sterowane elektrycznie działka MG 151/20 między dwoma zewnętrznymi silnikami (w lawetach HDL 151, później EDL 151). Chodziło o coraz częstsze spotkania brytyjskich myśliwców w okolicach Malty, Pantellerii czy Tunezji. Praktyka pokazała jednak że olbrzymy te były (jak to często z dobrymi olbrzymami bywa) całkowicie bezbronne. M.in. 22. kwietnia 1943, straszny pogrom grupy około 20 Me 323 osłanianej przez ponad 30 Bf 109 i Mc 202, lecących z Sycylii w kierunku Cap Bon, miało pecha i nadziało się na Cyrk
Skalskiego, lecący w składzie 244 Skrzydła Myśliwskiego (łącznie w walce brały udział 42 alianckie myśliwce). Zazwyczaj Me 323 były wyposażone w stanowiska strzeleckie w przednich drzwiach (z obu stron) oraz przy krawędzi spływu skrzydeł (również dwa stanowiska). Z czasem montowano także stanowisko strzelca na grzbiecie kadłuba. Praktyka i proza wojennego życia powodowały oczywiście przeróżne kombinacje umiejscowienia stanowisk strzeleckich i ich wyposażenia, co nie było trudne przy tak wielkiej powierzchni do wykorzystania. Powstał też egzemplarz w ramach niemieckiej mutacji projektu samolotu eskortowego opracowywanego przez jankesów (YB-40), nazwano go Waffentrager (Me
323E-2/WT). Jedenaście opancerzonych stanowisk ogniowych, każde z MG 151/20, i cztery dodatkowe MG 131. 17 osób załogi, z czego jeden specjalnie do donoszenia amunicji... Nic oczywiście z tego nie wyszło, samolot ten nie miał sensu w warunkach bojowych. Zbudowano w latach 1942-1944 ogółem 201 Me 323, używano ich głównie na froncie wschodnim gdzie niczym gigantyczne płaszczki szybowały w morzu chmur dosyć często i wbrew pozorom nie były rzadkim widokiem. Chyba ze gdzieś lądowały przymusowo wśród cywili, jak np. w 1943 roku, jesienią, koło Białej Podlaski, gdzie lądujący Gigant wzbudził popłoch wśród mieszkańców wsi Nosów (nie wiem czy dokładnie Nosów, ale Ponury jest pewien na bank że gdzieś w tamtym rejonie, zresztą tam było przecież lądowisko polowe, stały tam nawet Łosie we Wrześniu). Projektowano także wersje rozwojowe, z mocniejszymi silnikami Jumo 211R (1088
kW) jako 323F, oraz Gnome-Rhone 14R (970
kW) jako 323G. Produkcja Gigantów samolotów odbywała się od końca 1942 roku w Friedrichshafen w zakładach Zeppelin, i tam została zakończona.
Autorem
tekstu jest : Elwood
|