|
Messerschmitt
Me 262 Schwalbe

|

Lol,
dawno nic nie nabazgroliłem. Aż nawet
Doktor już o mnie zapomniał. Ale nie
mogłem, bo zatrzasnąłem się w kiblu
(to żarcie w McSzicie kiedyś mnie wykończy).
Tym samym pojawiające się ostatnio
plotki, jakobym wpadł pod FSO Poldasa
(dotarły do mnie takie sygnały)
niniejszym stanowczo dementuję. Nie ma
takiej możliwości, po pracy staram się
trzymać z daleka od wyrobów
samochodopodobnych na „F”,
czyli Fordów, Fiatów, Francuzów i
Folonezów. Te ostatnie traktuję jako
nieruchomości, ew. autosugestie. Oczywiście
nie żebym miał coś do wyrobów
fabryki na Żeraniu, których jestem po
prostu fanem (zawodnik pod tytułem
Sprinter: dzięki za ten link, jesteś
moim guru, jesteś wielki, jeśli masz
jakiekolwiek pytanie o jakikolwiek
samolot- jestem dla Ciebie). Ostatnio
zauważam wzmożone wysiłki mojego
przyjaciela Schmaissera w przebijaniu się
z kagankiem techniczno-historycznej oświaty
przez mroki ogólnej niewiedzy, zalegającej
szczególnie młodsze pokolenia naszych
współtowarzyszy broni. Z pomocą
mojego drugiego niezastąpionego funfla,
który ostatnio za pół litra
jagodzianki kupił na targu pod Mławą
szpanerski beretopodkoszulek w którym
dumnie teraz paraduje po forum,
spieszymy więc z pomocą (YoYo ma
jeszcze do kompletu krawatoslipy, ale
nie zmieściły się w kadrze).
Odpowiadając
na parę maili, wyjaśniam, że nie
potrafię zająć stanowiska w dyskusji
na temat „dlaczego”. Nie
wiem. Może po prostu mieli technologię,
może mieli gości którzy mieli ideę.
A może mieli nieograniczone zasoby
darmowej niewolniczej siły roboczej,
pozwalającej na pewne posunięcia
nieosiągalne dla normalnych gospodarek.
Myślę, że wszystko na raz. Tak czy
inaczej na pewno byli najbardziej
zaawansowaną technologicznie nacją
swoich czasów. Niemcy, bo oczywiście o
nich tu mowa, stworzyli podwaliny współczesnej
techniki. Niestety, setki tysięcy osób
które się do tego przyczyniły, nawet
o tym nie wiedząc, musiały zapłacić
za to życiem, często w nieludzkich
warunkach i strasznych męczarniach z
nim się rozstając. Nowe metody
leczenia, lekarstwa, środki transportu,
komunikacja, chemia, biologia,
socjologia. Genialna architektura której
nie widać, bo jest skryta głęboko pod
ziemią. Inżynieryjne arcydzieła, całe
fabryki pod górami, podziemne tunele
zaopatrujące np. oblężony Wrocław w
gaz i wodę z odległego co nieco Wałbrzycha.
Nowe źródła energii, nowe napędy,
radiolokacja, hydroakustyka, optyka,
metalurgia. Bismarck wyciągający 32 węzły
i zaparkowany na dnie tylko bardzo szczęśliwym
trafem, do którego trzeba było jednak
zaangażować większość brytyjskich
sił morskich na Atlantyku, okręty
podwodne typu XXIV, nieosiągalne dla żadnych
alianckich kajaków, czołg Tygrys, którego
średni stosunek strat do zniszczenia
(czyli najczęściej zniszczenia przez własna
załogę z braku paliwa) wynosił
kilkanaście do jednego, termowizyjne
systemy celownicze, broń precyzyjnego
rażenia sterowana bez- albo przewodowo,
fantastyczna logistyka, sieć autostrad
której my nie mamy sześćdziesiąt lat
później, i niestety ślepy fanatyzm,
który pchnął do wojny, ludobójstwa,
a ostatecznie klęski i katastrofy na własne
życzenie.

Taki
na przykład Mesio 262. Fajna sprawa. Może
parę słów od razu, bo warto poświęcić
mu parę linijek. Historia zaczyna się
nieco później niż w Anglii, gdzie pan
Whittle swoją Idee Fix próbuje ucieleśniać
już od 1928 roku (to bardzo ciekawy,
osobny temat, może kiedyś YoYo mnie
naciągnie to się machnie jakiś
elaboracik), jednak w Niemczech prace te
nabrały trochę innego tempa. Oficjalne
zlecenie RLM na budowę samolotu o napędzie
odrzutowym wpłynęło do Messerschmitt
AG w 1938 roku. Dlaczego akurat do
Messerschmitta, odpuszczając
ostatecznie Heinkla He 280- nie trzeba
chyba wyjaśniać, pisałem już zresztą
o tym wcześniej. Tak czy inaczej
koncepcja samolotu z silnikami BMW 3302
o mocy 3,11kN, tj. 315kG każdy i
uzbrojonemu w działka 20 mm była
gotowa już po kilku miesiącach,
niemniej jednak konstrukcja silnika
odrzutowego jest nieco bardziej
skomplikowana niż konstrukcja agregatu
do przepalania benzyny z dodatkową
funkcją toczną marki FSO, tak więc
ani silniki BMW, ani zastępcze Junkersy
Jumo 004 nie były jeszcze dostępne. W
lipcu zakłady BMW opracowały nowy
silnik, już o ciągu 5,93 kN (600kG).
Istotną cechą tej turbiny było
zastosowanie na niej sprężarki odśrodkowej
na wale. Ten temat opisali bardzo dobrze
moi przyjaciele Schmeiss z Doktorem na
ich merytorycznie wypieprzonej w kosmos
stronie KG200 (niestety, nie mam z nią
nic wspólnego, co akurat jednak mnie
nie dziwi bo przy tym poziomie pewnie mógłbym
co najwyżej przynosić im pizzę albo
sprzątać kibel), więc nie będę się
tu produkował o zaletach tego rozwiązania.
Cały czas sprawa rozbijała się
jednak o trwałość łopatek na
turbinie, pamiętajmy że był to rok
1939! Ówczesna metalurgia i jej
technologia nie były jeszcze w stanie
dostarczyć stopu odpornego na działanie
w tak dużych temperaturach przy tak małych
powierzchniach jak łopaty turbiny. W międzyczasie,
już w czerwcu gotowe były plany
prototypu P.1065. Pełnowymiarowa
makieta z drewna była przygotowana na
początku 1940 roku. Wkrótce też
zbudowano na tej podstawie cztery
prototypy (czwarty do prób statycznych,
pozostałe do prób w locie), co dało
sporo materiałów do analiz
konstrukcji. Przekonstruowano główny dźwigar,
dopracowano kadłub, zmieniono osłonę
kabiny z takiej a la kroplowy Bf 109D na
tę którą wszyscy znamy z książek, i
na podstawie zebranych doświadczeń
zbudowano pierwszego Me 262V1. Niestety,
prace z silnikami BMW postępowały
bardzo powoli, ponieważ były to działania
całkowicie pionierskie, nikt wcześniej
nie produkował silnika odrzutowego i
nie mógł dostarczyć gotowych rozwiązań
inżynierom z BMW, którzy przy okazji
na żywo opracowywali nowe technologie
produkcji na skale masową. Totalna
improwizacja, tyle że w wykonaniu
profesjonalistów. Z powodu braku
docelowych odkurzaczy, samolot wyposażono
w zwykły silnik tłokowy Junkersa Jumo
610Ga, który miał moc 486kW (około
670 KM), i który napędzał drewniane
dwułopatowe śmigło o dużej sprawności
(duże prędkości były tu nieistotne,
zbierano głównie dane aerodynamiczne).
Silnik oczywiście umieszczono
klasycznie, z przodu, śmigło również.
Pod przednią częścią kadłuba był
szeroki wlot powietrza, zresztą ten sam
co w Gustavie, dostarczający zimnego
powietrza do chłodnicy. Oczywiście było
to rozwiązanie tymczasowe. Samolot ten
(PC+UA, WerkNr 000 0001) oblatano 18
kwietnia 1941 roku, jako klasyczny
samolot śmigłowy. Pilotem był
Flugkapitan Fritz Wendel (prywatnie
szwagier Schmeissera dziadka). Już w
pierwszym locie samolot ten, mimo
konstrukcji raczej ociężałej jak na
napęd klasyczny, rozpędził się bez
problemu do 420 km/h, a pięć dni później
do 550 km/h.
Wrogie AAA zniszczone !
Próby
zakończono 27 czerwca, silnika tłokowego
jednak nie zdemontowano i pierwszy
prototyp latał później jako hybryda z
silnikami BMW 003 i tłokowym Jumo. Jako
ciekawostkę należy dodać, że początkowo
planowano wyposażyć go w popularne
rakietowe pomocnicze silniki startowe
Walter HWK R II-203b o ciągu 7,41 kN
(750 kG) każdy, które po wyholowaniu
samolotu przez Heinkla 111 H-6 miały go
rozpędzić do maksa. Odpuszczono to
jednak sobie, cierpliwość zwyciężyła
nad radosną twórczością. Silniki BMW
dostarczono dopiero w listopadzie 1941
roku, ale i tak próby w locie wykazały
ich ciągle niedostateczną sprawność.
Dzięki temu że pozostawiono w
prototypie V1 tłokowego Jumo, 23 marca
1942 roku uniknięto katastrofy, bo
pierwszy lot odrzutowy zakończył się
dość szybko; oba odkurzacze planowo
zakończyły ciąg podczas wznoszenia i
tylko niskoskokowe śmigło uratowało
pierwszy na świecie seryjny odrzutowiec
i jego pilota. Niemniej jednak faktem
pozostaje, że był to pierwszy lot
samolotu odrzutowego z prawdziwego
zdarzenia na świecie. Równolegle
prowadzono próby prototypu
przystosowanego do Jumo 004, które choć
mniej zaawansowane, były jednak
bardziej niezawodne; wymagało to
przekonstruowania skrzydeł, gondol i
wszystkich instalacji.

Na
dzień dziecka 1 czerwca 1942 Me 262 V3
(PC+UC, WkNr 000 0003) z Jumo 004 (7,4
kN/ 765 kG) był gotowy, jako pierwszy
wzorzec produkcyjny. 18 czerwca Wendel
wykonał trzy loty próbne, a wkrótce
jeszcze kilka. Był to już prawdziwy Me
262, w takiej konfiguracji w jakiej każdy
bez problemu by go rozpoznał. Prędkość,
bagatela, 720 km/h bez specjalnych scen
rozpaczy, na dzień dobry. Kruzowanie
przerwał drobny incydent przy lądowaniu
(spokojnie, to tylko awaria), co
spowodowało przesiadkę na Me 262 V2.
Na tym samolocie Wendel wykonał
pierwszy 20 minutowy lot już nie w
Augsburgu, ale w Lechfeld, gdzie
przeniesiono program. W międzyczasie
naprawiono V3, który latał nadal jako
hybryda, a także zbudowano doświadczalny
szybowiec skonwertowany z Me 262, który
sobie latał osiągając prędkość,
powiedzmy, 820 km/h. W kwietniu loty
rozpoczął V4 (PC+UD, WkNr 000 0004),
ale osiemnaście dni później rozklepał
się V2. 22 maja do chłopaków wpadł
na chwilkę Adi Galland, który się w
locie próbnym lekko zgarbił patrząc
na wariometr, a jego frend Edgar
Petersen (kolo odpowiedzialny za
jednostki doświadczalne) napisał do E.
Milcha żeby ten ostatni przestał mu
pierdolić o rozwoju Me 209/309, który
w porównaniu z Me 262 był
niedorozwojem. W końcu powstał
także pierwszy egzemplarz z
podwoziem trójkołowym, V5 (WkNr 000
0005, PC+UE). Podwozie to było wypróbowane
już wcześniej na Me 309, co miało
nieobliczalne konsekwencje później,
ale wtedy jeszcze nie zdawano sobie z
tego sprawy. Na samolocie tym testowano
nowy typ zacisków do hamulców
tarczowych, które dziś każdy może
sobie zobaczyć po zdjęciu koła w
swoim samochodzie (o ile nie jest to FSO
Poldolot, który ma tylko spowalniacze).
Oblotu dokonał Karl Baur. Samolot ten
miał zabudowane pomocnicze silniki
startowe Walter, testowane w zakresie od
4,93 do 9,89 kN (450-1000kG). Listopad
1943 (mieli czas, co?) to V6 (WkNr 131
001, VI+AA), na którym zabudowano po
raz pierwszy lawety pod uzbrojenie.
Pojawiły się też po raz pierwszy Jumo
004B-1 (8,88 kN/ 900 kG). Ostatnim
prototypem był V7 (WkNr 130 002, VI+AB),
na którym zabudowano docelową kabinę
ciśnieniową. V6 i V7 miały później
przerabiane gondole silnikowe i przednie
podwozia, a 29 maja oba prototypy zamknięto
i ustalono jako wzorce seryjne Me 262
A-1a Schwalbe (Jaskółka; samoloty z
silnikami BMW 003A wprowadzone w samej
końcówce wojny nazywały się A-1b).

Początkowo
planowano uzbroić je w 3 niezawodne
działka MG 151/20, po 320 naboi na lufę
(!!!; @PSIIK mógłby wreszcie spuszczać
ruskich nonstop przez całą noc),
docelowo miały je zastąpić MK 108 w
ilości... 6 (sześć). Dopiero jakiś
czas później okazało się to
niepotrzebne, gdy z listy typowych zadań
Me 262 skreślono ostatecznie ataki na
alianckie bunkry i pancerniki J.
Na wszelki wypadek pozostano jednak przy
ilości czterech. Nie, ja na poważnie,
początkowo miało być naprawdę sześć
MK 108... Wewnętrzne miały po 100
naboi, zewnętrzne po 80. Samoloty
seryjne miały być pozbawione hamulców
aerodynamicznych i fotela
katapultowanego. Wszystko było fajnie aż
do 26 listopada, kiedy to w Insterburgu
(Wystruć) V6 prowadzony przez H.
Lindnera (pokrewieństwa ze Schmeissem
nie udało mi się ustalić) pokazano
temu głupkowi Hitlerowi. Już sam fakt,
że nie pompowano w ten program żadnych
kosmicznych pieniędzy, jak np. w
durnego Ba 349 (BP-20), a i nie
spieszono się z jego rozwojem, świadczy
o dość dużej niefrasobliwości
kierownictwa KC III Rzeszy.

Ale
to co nastąpiło 26 listopada było
katastrofą, i zarazem akceptacją
przyszłej zagłady niemieckiej
gospodarki i miast. Otóż Adolfuś zażyczył
sobie, aby samoloty przystosować do
przenoszenia bomb i zrobić z nich
bombowce. Od tego uzależnił zgodę na
produkcję seryjną (jak wiadomo, jednym
z dyżurnych filmów Adasia był- oprócz
spotkań klubu okrągłego stołu w
podziemiach Kancelarii Rzeszy i seansów
quasiokultystycznych- zmasowany atak
odrzutowych bombowców przeciw alianckim
siłom inwazyjnym. Oni zresztą wszyscy
się nieźle tam dobrali; Goering lubił
na przykład chadzać po swojej willi w
todze, najszybsza droga kariery młodych
pilotów Luftwaffe wiodła przez jego łóżko,
a miał kompletnego pierdolca na punkcie
otaczania się antykami. Miał tego pełną
chatę nakradzionego stafu z całej
Europy. Kariera Himmlera- też miodzio..).
Pierwszy lot bombowego Me 262 dokonał płk.
Dietrich Peltz na V6, z dwiema SC 250.
Zaowocowało to powstaniem seryjnej
wersji A-2a Sturmvogel (Burzyk-to taki
mały ptaszek).
Wersja A-2, marzenie Hitlera ... ładunek
2x250 kg i blitz bombowiec
Spowodowało
to nieodwracalne na tym etapie wojny
zmiany logistyczne, których nigdy nie
zdołano już nadrobić. Tylko osobiste
żebrania Gallanda spowodowały warunkową
zgodę na wznowienie programu
odrzutowych myśliwców. W efekcie po
czterech (!) miesiącach proszenia osiągnięto
tyle, że zaledwie co dwudziesty
(niestety, nie przesadzam) Me 262 mógł
być myśliwcem, co spowodowało załamanie
tego programu i zdławienie w zarodku
jedynego ratunku przed dywanowym walcem
amerykańskiej 8 armii powietrznej.
Powstały wtedy kolejne prototypy, czyli
V8
(WkNr 130 003, VI+AC), pierwszy z
czterema działkami MK 108 (wzorzec myśliwskiego
seryjnego A-1a), V9 (WkNr 130 004, VI+AD)
z inną osłoną kabiny i radiostacją
krótkofalową oraz nowym systemem swój-obcy
FuG 25. Było to wbrew pozorom bodaj
najważniejsze wyposażenie
elektroniczne tego samolotu, przypominam
że od końca 1943 roku większość
strat jakie poniosła Luftwaffe było
spowodowanych przez własny Flak
(kuriozum stanowiła operacja
Bodenplatte, LOL); szczególnie
pojawienie się w niemieckiej linii
radarowo naprowadzanej artylerii
przeciwlotniczej spowodowało duże
zagrożenie dla myśliwców nocnych. V11
i V12 były wzorcami dla serii Me 262 S1
i S2 (WkNr 130 007 VI+AF i WkNr 130 008
VI+AG).

Był
to początek 1944 roku, a 25 czerwca
Flugkapitan J. Herlitzius rozbujał tego
S2 do 1004 km/h. Do końca 1944 powstały
jeszcze S3 i S4, które służyły także
do prób. Do lata zakończono produkcje
maszyn przedseryjnych (tzw. seria
informacyjna), które oznaczano Me 262S
(albo A-0). Pod koniec czerwca ustalono
też założenia produkcyjne, i tak w
lipcu miało to być 60 samolotów, w
sierpniu 100 a potem kolejno co miesiąc:
150, 225, 335 i 500. ROFL, w rzeczywistości
bombardowany przemysł high-tech nie był
w stanie w tym czasie wytworzyć więcej
niż trochę ponad 500 maszyn zamiast
oczekiwanych 1310. Alianci wiedzieli
gdzie te samoloty są budowane i
wiedzieli też że warto bombardować każdy
ślad ich obecności, co dodatkowo
komplikowało sprawę. Podziemne fabryki
nie do końca mogły rozwiązać
problem, gdyż nie sposób było przy
tak zaawansowanej technologii rozczłonkować
produkcję pomiędzy dowolnych
poddostawców. Pierwsze samoloty seryjne
pozostały na miejscu, tworząc jednostkę
testową EprobungsKommando (EKdo) 262
Lechfeld, dowodzonego przez kpt. W.
Thierfeldera. Obsadzili je piloci
rozbitych na froncie 8 i 9 Staffel ZG
26. Loty treningowe przebiegały bez zakłóceń,
potwierdzając fantastyczne osiągi
nowych maszyn. W pierwszym locie
zapoznawczym spuszczono na dzień dobry
dwa Lockheed P-38 (F-5) i poprawiono
Mosquito (XVI), zasilając lokalne
punkty skupu tak potrzebnych Niemcom w
tym czasie metali kolorowych. Alianci
doskonale zdawali sobie sprawę z zagrożenia
jakie niesie ze sobą Me 262, toteż na
samoloty te urządzano prawdziwe masowe
polowania całych grup P-51 i P-47, które
czasem zaskakiwały startujące lub lądujące
odrzutowce. Tak właśnie zginął
Thierfelder na S6; Lechfeld ostatecznie
zabombardowano kompletnie, 19 lipca
(czyli specjalnie w urodziny YoYa ! LoL
!) lotnisko i stojące na nim samoloty
przestały się liczyć jako jednostka
bojowa. Przedtem jednak kontynuując
loty treningowe spuszczono (kurdelebele,
podoba mi się to słowo, taki mały wkładzik
w rozwój frazeologii naszej sceny Il2
Sturmovik) jeszcze dwa Mosquito XVI i
B-17F. Z kolei z resztek EKdo 262
Lechfeld znany i lubiany Heinz Bar
utworzył 10/EJG 2 (ten koleś był
farciarzem; osiemnaście razy spuszczony
i nigdy nic mu się nie stało, ale
niestety 28 kwietnia 1957 na podejściu
pod Brunszwikiem szczęście go opuściło
na zawsze. Kategoria wypadku: głupia,
niepotrzebna śmierć), a ci co z tej
grupy pozostali przy życiu przyłączyli
się do JV 44; jako ciekawostkę podaję,
że Bar woził się Me 262 C-1a, czym
doprowadzał ścigających go amerykańskich
amatorów vulchingu do nerwicy. Tamże,
w JV 44 jak wiadomo swój rzut na taśmę
wykonali Galland (został ranny), Lutzow
(zginął), Steinhoff (został ciężko
ranny), Bar, Krupinski, Barkhorn (ranny,
dziewiąty raz zestrzelony). Jednostka
startowała najczęściej z autostrady
pod Wiedniem, przesuwając się wzdłuż
jej przebiegu w miarę postępu zniszczeń
po bombardowaniach poszczególnych jej
odcinków. Bajecznie.
„Lotnisko” JV 44 pod
Salzburgiem-Maxlam do którego Galland
DreamTeam dotarło trzy dni wcześniej,
zostało zdobyte przez amerykanów 3
maja, nie było już zresztą paliwa
by ewakuować samoloty, a
jednostka była otoczona; samoloty
zniszczono już na oczach wkraczających
jankesów. Tak zakończył się ten
chyba najpiękniejszy epizod w historii
Luftwaffe; wszystkie zresztą odrzutowce
miały ten sam problem: brak nafty F2, służącej
do ich napędu. W 1945 roku latano już
tylko na zapasach, bo dostawy już nie
były możliwe. Wiele odkurzaczy spalono
nie mogąc ich zabrać w czasie odwrotu
na kolejne lądowiska, kilkanaście z
nich których obsługa ścigana przez
amerykańskie czołgi nie zdążyła
spalić wpadło w ręce aliantów. Ogólnie
rzecz biorąc historia bojowa Me 262
przedstawia się podobnie żałośnie,
jak paru innych genialnych Wunderwaffe
zastosowanych za późno i w za małej
ilości. Co z tego że samoloty te
potrafiły w jednym ataku kluczem
zestrzelić kilka czterosilnikowych
bombowców, skoro proces technologiczny
wytworzenia B 17G w 1945 roku trwał
mniej niż dobę... Co z tego że do
wyczerpania paliwa i amunicji Staffel
potrafił spuścić kilkanaście bombowców,
skoro leciało ich kilkaset, albo dajmy
na to 1200 (!, 18 marca 1945, bitwa o
Berlin; ponadto bombowce osłaniało 14
dywizjonów Mustangów). Nikt i nic nie
był w stanie zatrzymać aliantów, którym
pozwolono aż tak się rozpędzić w
marszu do Berlina.
Działkom Mk-108 mało co może się
oprzeć
Zdarzały
się bezsensowne tragedie, jak np.
przypadkowe wmanewrowanie 8 listopada
1944 dwóch Staffel z EKdo Nowotny w
walkę manewrową z chmarą P-51D z 361
FG. Samolot
Waltera Nowotnego został dosłownie
rozstrzelany na strzępy przez Mustangi,
pilot zginął na miejscu, podobnie jak
dwa inne odrzutowce które nie zdążyły
się rozpędzić. Burdel był taki, że
tak naprawdę do dziś nie wiadomo kto
Nowotnego dopadł. Tak zginął facet,
który paręnaście miesięcy wcześniej
w dmuchanej łódce przez trzy (!) doby
dryfował na otwartym Bałtyku
kilkadziesiąt kilometrów od brzegu
zanim przypadkiem go zauważono i wyłowiono,
i osiem dni po tym kąpu kąpu miał już
następnego Laparcha zaparkowanego dwa
metry pod poziomem gruntu, facet który
mógłby spuścić chyba nawet
Schmeissera. Wielki pilot. Jeden z moich
faworytów. A tak w ogóle to
najpopularniejszą metodą walki z
odrzutowcami były zasadzki na lądujące
lub startujące samoloty. Tak właśnie
7 października 1944 pan ppor. Urban L.
Drew z 375 FS/ 361 FG (Bottisham, Cambs)
zniszczył dwa Me 262 startujące z
Achmer, jeden z ich pilotów zginął
(ppor. Gerchard Kobert). Najśmieszniejsze
jest w tym to, że ten facet stał się
wkrótce asem (siedem zestrzeleń), a na
słynnym obrazie pana Turnera (to taki
znany w Stanach Zj. malarz-batalista;
reprodukcje tego obrazu są zresztą w
paru polskich książkach) jego żółtonosy
Mustang „Detroit Miss”
(Serial No. AAF 44-14164) defiluje na
tle spadającego z dymem Me 262. Ciekawa
koncepcja, skąd ten odrzutowiec spadał
niestety nie podpisano... Podobnie
nieciekawie mieli piloci odrzutowców którym
przyszło do głowy skakać ze spadakiem.
Za trafienie takiego delikwenta było więcej
punktów niż za trafienie Poldasem na
przejściu dla pieszych babci o kulach z
wózkiem w ciąży. Jednak to nie
zestrzelenia w walce, ani nawet w
zasadzkach przy podejściach do lotnisk,
były główną przyczyną strat
odkurzaczy. Tak naprawdę zdecydowana większość
z nich po prostu rozbiła się przy
starcie i lądowaniu. Składało się na
to kilka przyczyn; po pierwsze, lądowanie
nie odbywało się w pięknych,
betonowych bazach lotniczych, ale na
ukrytych gdzieś na skraju lasu lądowiskach
polowych, często oblężonych i
ostrzeliwanych, słabo przygotowanych i
niedostatecznie utwardzonych, do tego
dorzućmy o wiele większą prędkość
lądowania odkurzacza i przyzwyczajenia
pilotów którzy mogli nim latać
maksymalnie parę miesięcy, choć
raczej tygodni, paskudny obowiązek lądowania
i startu w parach lub kluczach (czas w
którym FW-190D9 mogły otworzyć
bezpieczne okno startowe nie trwał
przecież dłużej niż parę minut)
owocujący częstymi zderzeniami, co
wykończyło m.in. jednostkę Nowotnego
(28 samolotów rozbitych!), ale co najważniejsze:
Me 262 od początku nękane były
awariami podwozia. Wspominałem już o
tym wcześniej. Podwozie i opony
przetestowane na tłokowym Me 309 nie
wytrzymywały zwiększonych prędkości
i sił towarzyszących lądowaniom
odrzutowców. Przyczyną ponad 60% strat
Me 262 nie były straty bojowe, ale
wypadki, najczęściej przy lądowaniu.
Niestety, nie udało się rozwiązać
tego problemu w samolotach seryjnych do
samego końca. Nie starczyło już
czasu, a zbyt późno zorientowano się,
że kiedyś te samoloty będą musiały
startować bezpośrednio (na przykład)
ze zbombardowanej i ostrzeliwanej
autostrady A1 pod Wiedniem (tam właśnie
ciężko poparzony w wypadku przy
starcie został płk. Johaness Steinhoff,
skrzydłowy Adolfa Gallanda, który nota
bene lądował wkrótce w tym samym
miejscu już podczas bombardowania i
omal nie zginął na „pasie”
(Galland jeszcze w czasie dobiegu
wyskoczył z samolotu i to uratowało mu
życie). Najbardziej znaną normalną
jednostką operacyjną stosującą Me
262 (i prawdę mówiąc jedyną) był
oczywiście JG 7, złożony z niedobitków
EKdo Nowotny, II/JG 3 i IV/JG 54.
Kolejne Staffel miały numery w kolejności
jak wyżej, twórcą całości był
jeden z bardziej kumatych
„ostatnich wielkich”
Luftwaffe, płk. Johannes Steinhoff.
Steinhoff nie był głupim bezwolnym
faszystą walczącym do ostatniego
czternastoletniego żołnierza, ale był
dobrym dowódcą realizującym jakąś
taktykę i szanującym życie swoich
pilotów latających w warunkach sto na
jednego nonstop. To oczywiście wymagało
interwencji samego Goeringa, który
zdegradował go i odwołał. Na jego
miejsce powołano mjra Theodora
Weissenbergera, który jednak równie
skutecznie dowodził tą najbardziej rzeźnicką
jednostką wszechczasów. Ci goście od
dnia powstania w końcu listopada 1944
do 8 maja 1945 roku spuścili do kibla
427 samolotów (to jest wersja minimum,
bo są też źródła podające ponad
500, choćby Bill Gunston), z czego
ponad trzysta to czterosilnikowe amerykańskie
bombowce. Żeby było jasne- ja wiem, że
JG 52 zestrzeliła ogółem około 11
000 (słownie: jedenaście tysięcy)
samolotów przeciwnika (głownie front
wschodni), ale nie o to chodzi- JG 7
działała tylko pięć miesięcy, w
warunkach całkowitego panowania
przeciwnika w powietrzu, wobec ciągłych
braków paliwa, zaopatrzenia, zaplecza,
itp. Piloci tej jednostki znani byli z
tego, że w pojedynczym ataku klucza na
stromym wznoszeniu, poza zasięgiem
chmary Mustangów osłony, spuszczali od
razu kilka bombowców, rozpieprzając od
razu cały Combat Box w drzazgi,
powstawało zamieszanie, a odłączone
od szyku maszyny dopadały Foki A8/R8. Z
kolei odkurzacze wykonywały górkę i
zawracały. I od nowa. Nie trzeba dodawać,
że salwa czterech MK 108 robiła dość
duże zmiany w konstrukcji atakowanego
delikwenta, zasadniczo odciążając
konstrukcję od zbędnych elementów,
niestety wpływało to dość negatywnie
na zachowanie jego parametrów lotnych.
Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
JG 7 była też jednostką która zgasiła
światło po Luftwaffe; 8 maja około
godziny 16:00 Me 262 A-1a pilotowany
przez Fritza Stehle, dowódcę pierwszej
eskadry, spuścił nad Lasem Czeskim
ruskiego Jaka 9U który wymusił
pierwszeństwo a w dodatku był bez świateł
i miał nieważny dowód; zresztą pilot
był pijany. Było to prawdopodobnie
ostatnie zestrzelenie w Drugiej Wojnie
Światowej w Europie; ci którzy zaraz
zasypią mnie mejlami w stylu „ale
Hartmann też blablabla...: owszem, ale
było to po piętnastej (zresztą w tej
samej okolicy i też Jaczka). JG 7 często
nazywano również JG 7 Nowotny, ale to
jest inna bajka niż Kdo Nowotny,
przypominam; poza tym JG 7 w ostatnich
dniach wojny wykonywała także ataki
„rozpaczy” na cele naziemne,
wspomagając wycofujące się przed
sowietami do amerykańskich stref
okupacyjnych jednostki Wehrmachtu.
Podczas jednej z takich akcji doszło do
bodaj jedynego starcia czterech
odrzutowców z nieokreśloną (szukałem)
ilością naszych ulubieńców; stan
meczu: dwa do sześciu (ale tylko jeden
spuszczony przez strzelców Sturmovików).
Jest to ciekawostka, bo to właśnie te
odrzutowce atakowały
„polski” I Korpus Pancerny
II Armii WP pod Budziszynem (tak tak,
ten ostrzeliwany również przez myśliwskie
Ju 88C z działek pokładowych; to ta
sama historia). Ważniejszymi
operacyjnymi wariantami A-1a były
Umrust-Bausatze: U1, czyli 2x MG151/20,
2x MK108 i 2x MK 103 (nareszcie ktoś na
to wpadł; przecież wiadomo że MK 108
były niedopracowaną konstrukcją i
wiecznie się zacinały. Ich wielka jak
na ten kaliber szybkostrzelność 650
strz./min. i prędkość wylotowa
pocisku 520 m/s
przy masie własnej zaledwie 58
kg były okupione wysoką niestety
zawodnością. Schwalbe miał cztery, więc
pół biedy, ale Bf tracił w jednej
chwili kły i zostawały mu już tylko
pazurki, czyli MG 131 albo 151. MK 103
– 420 strz./min., aż 860 m/s i aż
145 kg - był
mimo tego samego kalibru o wiele
bardziej niszczycielską bronią, a przy
tym niezawodną. Tyle tylko że jego
olbrzymie jak na myśliwiec rozmiary były
nie do przeskoczenia na małych
samolotach tłokowych); U2 miał
kompletne wyposażenie do lotów IFR
(sowieci w tym czasie ciągle jeszcze
podczas zamglenia wystawiali śmierdzącą
syrę z kabiny, żeby sprawdzić czy już
wylądowali); U3 to wariant
rozpoznawczy, 2x Robot Rb 50/30 i
zdemontowane uzbrojenie (i tak straszyły
samą obecnością), a U4 miał na nosie
zamiast lawety z działkami zamontowaną
armatę Rheinmetall MK 5 (50 mm). Później
zresztą zamienioną na MK 114 (55 mm;
czemu od razu nie osiemdziesiąt
osiem???). Na szczęście tylko jeden
taki cwaniak zdążył wzlecieć.

Me
262 miał parę innych wersji, które zdążyły
się wykazać, i parę raczej
eksperymentalnych. Z tych bojowych
trzeba wspomnieć o nieszczęsnej wersji
bombowej, A-2a, działającej m. in. w
Kdo Schenk (mjr. Wolfgang Schenk), która
walczyła na froncie zachodnim i wsławiła
się m.in. półsamobójczymi atakami na
minimalnej wysokości na amerykańskie
przeprawy na Renie, ostatniej naturalnej
linii obrony Niemiec. Ataki te
prowadzono wspólnie z Arado 234, nie były
one jednak w stanie powstrzymywać w
nieskończoność alianckiego marszu na
Berlin. Niedobitki brały udział w próbie
wydostania oblężonych jednostek
Wehrmachtu pod Nijmegen. Inne jednostki
używające A-2a zostały utworzone z
„osieroconych” pilotów KG
6, KG 27 „Boelcke” i KG 55
„Greif”. Powstały
w ten sposób KG 6, 27, 30, 54 i
55. Oczywiście tylko na papierze, bo była
to zbieranina niedobitków i rozmaitych
jednostek, działająca na tyle na ile
pozwalał stan paliwa i maszyn.
Uszkodzone maszyny były
„dobijane” i rozbierane na
części dla pozostałych, bo jednostki
działały najczęściej w oddzieleniu,
zresztą i tak logistyka już nie istniała.
Było zwyczajnie: np. 24 stycznia
Mustangi z 78 i 357 FG zestrzeliły 5 z
15 krążących
na resztkach nafty nad
zbombardowanym lotniskiem Me 262 A-2a.
Zginął wtedy m.in. pułkownik i szef
tego interesu, niejaki Volprecht
Freinherr Reidesel zu Eisenbach. 25
lutego ta sama jednostka została
zaskoczona podczas startu przez Mustangi
55 FG, pięć odrzutowców zostało na
pasie na zawsze. Samoloty A-2a występowały
tez jako U1, czyli 2x Schloss 503A-1 lub
ETC 504 lub WikingerSchiff. Z uwagi na
obciążenie (2x 250 lub 2x 500 kg) wewnętrzne
działka demontowano. Ponadto montowany
był tu automatyczny pilot
połączony z TSA (to taki
kontroler kursu); totalną jazdą w
lateksie po pustyni był A-2a/U2: z
przodu w oszklonej kabinie było
stanowisko bombardiera-nawigatora.
Uzbrojenia defensywnego brak, tylko dwie
bomby jak wyżej. Do tego dochodził
automatyczny celownik żyroskopowy Lofte
7H, którego zdążono wyprodukować
tylko dokumentację, i dobre chęci.
Jeden prototyp na chodzie. Z innych używanych
„operacyjnie” wersji A liczyła
się jeszcze A-5a, czyli nieosiągalny
dla nikogo samolot rozpoznawczy, wyposażony
w zestaw kamer Rb 50/30, 20/30 i 75/30.
Uzbrojenie zredukowano do
„tylko” dwóch MK 108.
Samoloty te przeważnie zabierały na
podkadłubowych ETC 504 dwa zbiorniki
paliwa (zwykłe 300 litrowe zbiorniki
Junkers). Razem z wcześniejszymi,
przerabianymi na rozpoznawcze A-1a w
wersji U3, samoloty A-5a z EKdo Braunegg
operowały z praktycznie odciętych baz
w północnych Włoszech do samego końca
wojny, a w dniu ogłoszenia kapitulacji
zostały zniszczone przez własne obsługi
naziemne. Łatwo je odróżnić po
charakterystycznej opływce na nosie kadłuba;
miały też wycięte w podłodze kabiny
okienko do obserwacji ziemi pod
samolotem, ale tego nie widać na zdjęciach.
Oczywiście trzeba także wspomnieć o
dwumiejscowej odmianie B. Początkowo
powstała ona jako wersja szkolna B-1a,
poprzez zwykłe wydłużenie kabiny
kosztem tylnego zbiornika paliwa, toteż
samoloty te na każdym chyba zdjęciu
widać z podwieszonymi pod kadłubem
dwoma baniakami. Dla wersji B była to
norma, odrzucano je tylko w przypadku
zagrożenia. Samoloty te przeważnie były
nieuzbrojone, lub uzbrojone
„tylko” w dwa MG 151/20
(oczywiście z przodu). Samolot okazał
się bardzo rozwojowy, dając początek
współczesnym dwumiejscowym myśliwcom
przechwytującym z operatorem uzbrojenia
na pokładzie. Tak właśnie wyglądał
nocny myśliwiec B-1a/U1, pierwszy tego
typu samolot na świecie. Zakłady Blohm
und Voss zanim zostały zamienione w
stan gazowy-lotny przez amerykańskie
bombowce, zdążyły wyprodukować tylko
12 takich samolotów. Samolot miał
kompletne uzbrojenie plus radary Neptun
V (FuG 218) i Naxos (Mmmmm... FuG
350ZG). Ciekawostka, w tylnej kabinie
pozostały sterownice. W marcu 1945 roku
powstał nocny ponury żniwiarz, samolot
który mógł zakończyć nocne
wycieczki alianckiego lotnictwa nad
Niemcy. Był to B-2a, z przedłużonym
nieco kadłubem mieszczącym tylny kadłubowy
zbiornik paliwa dla którego zabrakło
miejsca wcześniej, radar Berlin (FuG
240) z anteną typu Morgenstern,
kompletnym uzbrojeniem a na deser
jeszcze Schrage Musik odpalane fotokomórką
(dwa MK 108 albo MG 151/20). Na szczęście
tylko jeden z tych ptaszków zdołał się
„uoperacyjnić”. I na koniec
to co najlepsze, czyli obrońca
ojczyzny. W lutym 1945 roku powstał
pierwszy Me 262 C-1 Heimatschutzer. Bazą
był A-1a WkNr 130 186, któremu z tyłu
kadłuba zabudowano silnik rakietowy
Walter HWK 509 (R II-211 3) o mocy 16,8
kN (1700 kG) w czasie pracy około
trzech minut. Ponadto start był
wspomagany przez typowe dwa silniki
rakietowe Rheinmetall-Borsig, masowo używane
dla skracania startu np. bombowców.
Samolot ten miał fantastyczne osiągi,
i zwiastował kres epoki samolotów
rakietowych jako jedynych mogących
odpowiednio szybko dokonać
przechwycenia na wysokich pułapach
(wspomniałem o tym przy okazji Me 163 w
tekście o BI-1). Wysokość 8000 metrów
osiągał w 3 (trzy) minuty, za kolejne
120 sekund był już na dwunastu tysiącach.
Odlot. 12 000 metrów w 4,5 minuty...

Powstał
też Me 262 C-2b Heimatschutzer II, już
z silnikami BMW 003R, które miały tę
właściwość, że poza
„typowymi” silnikami
odrzutowymi BMW 003A w gondolach były
tam jeszcze na skrzydłach dodane
rakietowe BMW 718, samolot ten
przebudowano z A-1b WkNr 170 074. W
marcu 1945 roku samolot ten w pierwszy
locie próbnym osiągnął 7600 m w
czasie 120 sekund (1,5 minuty), a osiągnięcie
12 000 m od startu zajęło mu 4
(cztery) minuty. Nieukończone samoloty
C-3 i C-4 zostały pogrzebane w gruzach
fabryki w Leipheim. Innymi ciekawymi
kierunkami rozwoju Me 262 mogły być:
wersja HG I-III ze całkowicie skośnymi
skrzydłami, wyposażona w silniki
Heinkla He S 011A (BTW- wszystkie nocne
wersje B miały mieć docelowo te
silniki, tylko że 011 S, ewentualnie DB
021; ten Daimler-Benz był zresztą
jednym z pierwszych silników
turboodrzutowych na świecie). Poza tym
dziwaczny Mistel, gdzie Schwalbe
naprowadzałby małe samoloty rakietowe
Messerschmitt P 1103. No i projekty
samolotów bombowych, P 1099 i P 1100.
Nawet ostatnio pojawił się model
Revella w 1:72 (jakość jak zwykle u
Revella niesamowita- wtryskarki mieli
chyba z FSO). Próbowano też na zwykłym
A-1a (WkNr 170 056) działanie radarów
Neptun IV (FuG 218) i Neuling (FuG 226).

Po
wojnie samolot produkowany był nadal, w
wersji A-1a i B-1a, w Czechosłowacji.
Na terenach byłego protektoratu zalegało
mnóstwo stafu do odkurzaczy, bo tam było
kupę manufaktur produkujących różne
części na potrzeby rozproszonej
seryjnej produkcji. Okazało się, że
można spokojnie to wszystko poskładać
do kupy, przenieść w jedno miejsce i
produkować dalej. Tak też uczyniono,
bo Pepiki co prawda jedzą knedle, ale głupi
nie są, i tak
z czternastu znalezionych kadłubów,
z których trzy były dwumiejscowe,
i paru Jumo 004, już w 1945 roku
powstał pierwszy Avia S-92.1, oblatany
przez Antonina Kraussa w sierpniu rok później.
We wrześniu oblatano drugi, a
10 października trzeci. W 1947
skompletowano czwarty samolot, jednocześnie
ukończono też dwumiejscowy CS-92.7.
Ponieważ apetyt często rośnie w miarę
jedzenia, Pepiki podjęli też próbę
odtworzenia na potrzeby swoich odrzutowców
silników BMW 003, z mizernym jednak
skutkiem, bo tu już nie wystarczyły
dobre chęci. Samoloty te wzięły udział
w defiladzie nad Pragą 9 maja 1950
roku, a wtedy Czechosłowacy mieli ich
już cały dywizjon, 8 jednomiejscowych
i trzy dwumiejscowe. Odrzutowce te
zaprezentowano paru delegacjom
zagranicznym, ale gdy Jugole wyrazili chęć
ich zakupu, Ruscy przestali tolerować tę
sytuację zamykając ostatecznie rozdział
historii rozwoju lotnictwa pt. Me 262 i
Czesi musieli ich dobrowolnie poprosić
o zgodę na zakup licencji MiG 15, którą
to zgodę otrzymali, a Jugole za swą ogólną
bezczelność zostali na długie lata
wzięci przez Ruskich na cenzurę. Do
dziś zachowały się dwa czechosłowackie
Me 262; jeden jednomiejscowy, i jeden
dwumiejscowy. Stoją sobie w muzeum na
lotnisku Praha-Kbely. Tak w ogóle to
Pepiki generalnie mieli łeb do
interesu- przecież tak samo wznowili
produkcję rozmaitych odmian Bf 109G i K
(wszystkie jak leci oznaczano C-10),
zależnie gdzie znaleziono jakiś kadłub
albo podzespoły, łącznie wraz ze
znalezionymi porzuconymi kompletnymi Bf
109 dało to poważną już liczbę 21
sztuk, i wszystko poszło by jeszcze
lepiej gdyby im ruscy agenci nie puścili
z dymem starej
cukrowni w Zlinie, gdzie
zmagazynowano większość znalezionych
DB 605, aby powstrzymać te praktyki.
Efekty znamy; program kontynuowano, na
siłę zastępując DB silnikami
Junkersa Jumo 211F, z wiadomym skutkiem.
Powstały w efekcie samolot S-199 miał
przydomek „Mezek” (muł), a
jego cechą charakterystyczną był
kapotaż przy lądowaniu (tu
ciekawostka: specjalnie dlatego w S-199
opracowano kabinę odsuwaną do tyłu,
żeby ewentualny delikwent mógł wyjść,
co w normalnej kabinie BeeFa po wywrotce
nie byłoby możliwe), oraz notoryczne
zatruwanie pilota dwutlenkiem węgla
(tak właśnie zginął wspomniany już
A. Krauss), a w ogóle to pepiki coś
napierdolili w instalacji hamulcowej, co
w efekcie dało częste przypadki
samoczynnego blokowania kół (najlepiej
przy dobiegu, LOL; gdyby ktoś jednak
nie był zorientowany jak toto wyglądało:
normalny Bf 109G, tyle że z chwytem
wlotu powietrza do sprężarki po
drugiej stronie i takim bardziej okrągłym
w przekroju przodem, typowym dla Jumo,
no i kabina odsuwana do tyłu. Jeżeli
do tego leżał do góry kołami na końcu
pasa, to możecie być niemal pewni że
to właśnie S-199). I żeby było
jeszcze śmieszniej, oni te gówniane
samoloty jeszcze sprzedali do Izraela, w
kwietniu, za 1,8 mln $ ! 20 maja 1948
roku pierwsze 10 sztuk w ramach mostu
powietrznego (operacja Balak) na pokładach
C-46 i C-54 przerzucono na Bliski Wschód
(my natomiast jak dotąd pomogliśmy w
Indonezji w latach osiemdziesiątych
uruchomić fabrykę lotniczą, sprzedać
licencję i pomóc w rozruchu produkcji
PZL 104 Wilga, i dalej klepiemy Wilgę,
a tymczasem Indonezja ma już własny
seryjny odrzutowy samolot
szkolno-bojowy). Tu YoYo wstaw jakieś
dane techniczne.
Sam
płatowiec był wolnonośnym całkowicie
metalowym dolnopłatem, oczywiście pełna
skorupa; składał się zasadniczo z
trzech części, środkową była kabina
z węzłami mocującymi skrzydła (nie
było prawdziwego centropłata). Osłona
kabiny miała wiatrochron z triplexu, 35
mm, ale osłona nie była opancerzona. W
przedniej części kadłuba znajdowała
się specjalna laweta, na której
mocowano różne zestawy uzbrojenia. Za
nią umocowano kuliste zbiorniki tlenu,
a za nimi zbiornik paliwa 900 l. Pod tyłkiem
pilota był drugi zbiornik, 170 l, a za
jego plecami trzeci, 600 l. Wszystkie
oddzielały od kabiny ściany ogniowe i
wypełniacz w pokryciu na wypadek
przestrzelenia. Praktyka dowiodła
jednak że otulanie pilota paliwem kończyło
się dla tegoż przymiotnikiem crunchy w
razie wypadku, co zdarzało się
niestety notorycznie. Za pilotem
znajdowała się też radiostacja (FuG
16ZY przeważnie) i radiopółkompas. Na
grzbiecie, za kabiną, to kółko, to
FuG 25, żeby własny Flak nie zrobił
dziury w dupie. Wbrew pozorom, malowanie
osłaniających starty JV 44 długich
fok od spodu na czerwono w białe pasy
też było jakąś odmianą tego urządzenia
J. Z kolei u samej nasady, na nosie, ta
dziurka, to nie dysza Venturiego, tylko
zwykły fotokarabin (BSK 16, czyli jak
zwykle), ew. kamera. W kwestii
celownika, to standardowy Revi 16B zastępowano
z czasem Askanią EZ 42. Płatowiec miał
bardzo nowoczesną linię, skrzydła o
zupełnie nowatorskim jeszcze skosie 17
stopni, całkowicie zmechanizowane,
wyposażone w automatyczne sloty systemu
Handley-Page na całej długości, lotki
szczelinowe oraz parę innych ciekawych
rozwiązań konstrukcyjnych. Np. gondole
silnikowe stanowiły integralną część
płata, którego dźwigar przechodził
przez te gondole. Dźwigary zresztą były
dwa; główny stalowy i pomocniczy
duralowy. Podwozie główne lewe było
mocowane do tego pomocniczego (tylnego),
a prawe do głównego (przedniego).
Podwozie w prototypach aż do V5 miało
układ klasyczny, tj. kółko ogonowe, później
już trójkołowe. YoYo, to dla Ciebie:
kółko przednie chowane do przodu, równolegle;
amortyzator olejowy VDM na pojedynczej
goleni (która wiecznie się pierdoliła,
bo nie znano jeszcze tak dużych prędkości
lądowania i stąd tyle wypadków), kółko
660x160 mm; podwozie główne na
pojedynczych kołach 840x300 mm, na
pojedynczych goleniach, amorki
olejowo-gazowe; koła chowały się do
wewnątrz, pod pilota; wszystkie opony,
jak zwykle u Niemców, Continental (nie
wiem czemu nie profesjonalny sprzęt dla
kaskaderów marki Stomil Olsztyn, ale cóż,
może nie mieli tyle kasy); osłona
jednoczęściowa. Statecznik poziomy był
przestawialny na ziemi, można było
zmieniać kąt jego zaklinowania zależnie
od założeń profilu lotu. Statecznik
pionowy był wyposażony w klapkę
Flettnera (do wglądu w każdym chyba większym
aeroklubie na Zlinie 42M), a wszystkie
stateczniki wyposażono w listwy wyważające.
Projektowano także wyposażenie
samolotu w fotel wyrzucany, ostatecznie
jednak nie zrealizowano tego pomysłu.
Podkreślenia wymaga tu fakt, że
technicznie nie stanowiło to już
problemu, zadecydowały tu inne odgórne
czynniki decyzyjne skutecznie uwalające
rozwój większości samolotów które
mogły uczynić Luftwaffe potęgą nawet
w 1944 roku (śmierć gen. Udeta, głównego
inspektora lotnictwa, który dzielił i
rządził państwowymi zamówieniami od
Speera i Milcha, niestety nie zmieniła
wiele, bo reszta ćwoków pozostała.
To właśnie tym panom zawdzięczamy
utopienie góry pieniędzy w Ba 349,
uwalenie projektu pierwszych prawdziwych
niemieckich samolotów bliskiego
wsparcia Hs 129 i Ju 187, do czasu aż
było już za późno, uwalenie He 219
który miał wreszcie zrobić porządek
z nocnymi Mosquito czyniącymi
spustoszenie w formacjach Wilde Sau,
itd.). Silniki to przeważnie Jumo
004B1, choć Bi-em-dablju miały lepsze
parametry. Były jednak tak wypieprzone
technologicznie w kosmos, że w 1944/45
roku nikt nawet nie mógł marzyć o ich
normalnej produkcji. Jumo miał sześć
komór spalania i ośmiostopniową sprężarkę
osiową (Schmeiss, to dla Ciebie), jego
ciąg wynosił 8,7 kN przy 8700 obrotów
na minutę, a temperatura robocza wynosiła
w komorze nieco ponad 600 stopni. Dziś
takimi parametrami operują modelarze
redukcyjni budujący większe makiety,
ale wtedy to był pełen szpan a
panienki piszczały jak się zajechało
takim Mesiem pod klub. Silnik ten miał
długość ponad 3,8 m a średnicę 0,76
m. Około, oczywiście. Ważyło to
ustrojstwo ponad 760 kilogramów, ale
porównywalny z nim osiągami ruski
RTD-1 był cięższy choć nie potrafił
utrzymać więcej niż 5 kN stałego ciągu,
zresztą angielski W.1 (3,5 kN, czuje się
tę moc, co? Jak w Poldasie!) a potem
Rover W.1B (5,97 kN) oraz Rolls Royce
W.2b/23C Welland (7,7 kN, ale to już w
Meteorze czyli trochę później) oraz
amerykański GE J31 (7,3 kN o ile sobie
nagle nie zgasł) również. Więc
spoko. Tak w ogóle, to tu taka mała
dygresja, bo jak ruscy przerabiali
Schwalbe na Su 9, to okazało się że
nie mają do niego silników, bo jeszcze
za mało nałapali niemieckich inżynierów,
i był cyrk z szukaniem tych silników.
Oczywiście angole i jankesi to samo. A
tymczasem na bocznicy kolejowej w jakimś
granicznym wypizdowie we Włoszech stał
sobie spokojnie wagon kolejowy, a w nim
leżakował kompletny, fabrycznie nowy
Jumo 004B1. Po prostu zapodział się
(to ten znany epizod z włoskimi
eksperymentami nad Reggiane Re 2007
hrabiego Capproni, które po kapitulacji
Włoch przeniesiono z Udine do Bawarii,
ale oczywiście jak zwykle makaroniarze
wszystko spierdolili i sprawa się zesrała,
a Niemcy w końcu nie wytrzymali nerwowo
i wywalili ich z całym majdanem z
powrotem do Taliedo. Tam 25 lipca 1945
przyjechała aliancka komisja i
skonfiskowała cały ten burdel, kończąc
ostatecznie cały ten chory film.
Tymczasem silnik odrzutowy, który Włosi
zabrali ze sobą, a był to właśnie
Jumo 004B1, podczas tej przeprowadzki
zapodział się, bo jak się okazuje u Włochów
może zapodziać się nawet cały wagon
kolejowy, i tak sobie spokojnie przeleżał
na bocznicy cały ten czas kiedy
jego wartość była dla wielu ceną życia.
Jak go ktoś w końcu znalazł, to
wszyscy już mieli swoje silniki,
zbudowane różnymi metodami prób i błędów
na zapchanych ziemią i pogiętych
innych Jumo i BMW z rozbitych odrzutowców,
i nikt go już nie potrzebował. I teraz
stoi sobie jako eksponat w Caserta, ale
nie wiem gdzie to jest). Tak w ogóle to
jeszcze trzeba wspomnieć o silniku
rozruchowym Riedel, który był
zabudowany na osi sprężarki, przed
wlotem powietrza (ta bulwa z przodu). To
był taki sobie dwusuwowy
motorek-rozrusznik Zasilany benzyną B5,
bo Jumo oczywiście był na naftę J2,
podobnie jak bolid w kolorze Monza
Racing Schmeissera (dupa mi się trzęsie
ze śmiechu za każdym razem, Sarge! J).
Samoloty Me 262 zostały wyprodukowane w
łącznej liczbie 1433 wszystkich sztuk,
ale na szczęście tylko 220 z nich weszło
do linii i osiągnęły gotowość
operacyjną. Pozostałe, dostarczane do
jednostek często w naturalnej barwie
metalu z powodu braku farb i czasu,
nigdy nie oderwały się od ziemi z
powodu braku paliwa i zaplecza
technicznego. Z kolei według źródeł
zachodnich, np. wspomnianego już
Gunstona, nie więcej niż sto
egzemplarzy wzięło udział w działaniach
bojowych. Na nasze szczęście. Na Me
262 zastosowano i użyto następujące
rodzaje uzbrojenia: wyrzutniki bombowe
(o których pisałem wyżej), na nich:
dodatkowe zbiorniki paliwa Junkers 300
l, podwieszane na Schloss 503A-1 (Schwalbe
miał niewielki bez nich zasięg
operacyjny, około 400 km, przy całkowitym
1000 km), albo 2x W.Gr. 21 lub 2x R 100
BS (obie rakiety niekierowane, kaliber
odpowiednio 210 i 100 mm), albo 4x
X4 (rakiety kierowane
powietrze-powietrze, notabene pradziadek
Sidewinder`a, powaga), po dwie pod
skrzydłami na zamkach ZK 60, albo SG
500 Jagerfaust, albo 24x R4M 55
mm, po 12 pod skrzydłem na drewnianej
prowadnicy (takimi rakietami ostatnie
zwycięstwo odniósł Adolf Galland
trafiając dwa B-26 Marauder jedną salwą,
w okolicach Landsberg, oczywiście tylko
kupa śmieci została). A o wartości
bojowej tego samolotu może wymownie świadczyć
fakt, że w czasie krótkiej służby w
JG 7 aż sześciu pilotów odniosło na
nim ponad 15 zwycięstw powietrznych. W
sferze projektów, choć zrealizowanych,
pozostały jeszcze inne wersje, ale nie
zastosowane operacyjnie. Był na przykład
wariant z wymontowaną przednią lawetą
pod uzbrojenie, a w jej miejscu znajdowała
się kabina pilota, podobnie jak w Me
263. Miał to być samolot rozpoznawczy,
albo nosiciel dwóch rakiet kierowanych
powietrze-ziemia Hs 294. Samolot ten w
swej koncepcji odpowiadał mniej więcej
chyba ogólnie znanemu płatowcowi
Canberra (choć wysnuwanie powiązań
tych konstrukcji zahacza już o
historical fiction, i jest ryzykowne).
No i projekt LORIN, czyli A-1b
Heimatschutzer II. Bajka....
Ciekawe
Linki o Me-262:
Start
Me 262 (animacja)
Start
Me 262, lotnisko polowe
Prototyp
trójkołowy
Kołowanie
+ start
Strony
o Me-262:
http://bedasovo.misto.cz/_MAIL_/Me-262/index_2.htm
- fotki
http://grobar.search.bg/bakers/me262.html
- Latajac na Me 262
http://hotel.wineasy.se/ipms/stuff_eng_detail_me262.htm
- Modelarskie szczegóły
Autorem
tekstu jest : Elwood
|