|
Junkers
Ju-52/3m 
|

Junkers
Ju-52 już w chwili wybuchu Drugiej
Wojny nie był samolotem nowoczesnym.
Wojna przyspieszyła tempo rozwoju
techniki i skróciła czas oczekiwania
na nowe rozwiązania z lat na miesiące.
Pewnym konstrukcjom zdawało się to
jednak wcale nie przeszkadzać; dla
niektórych samolotów czas po prostu
jakby płynął obok (są też takie
samochody, ale pewne kręgi nie pozwalają
mi dalej eksplorować tego wątku). I być
może dlatego „Ciocia Ju”,
która wyglądała jak stare babsko
nawet przy nie mniej archaicznej w
latach sześćdziesiątych
„Dakocie”, czuła się ciągle
świetnie, nieważne czy był to rok
1938 czy 1944 czy 1958. Ciocia miała
swoją klasę i pozostała ponad
zmieniającymi się modami. Nie potrafię
wyjaśnić na czym polega fenomen
sprawiający że jedne samoloty mają to
coś, i przechodzą do historii nie
tylko lotnictwa ale i ludzkiej świadomości,
a inne choć o wielokrotnie większym
znaczeniu, pozostają tylko na łamach
fachowych monografii. Tego nie wiem. Ale
wiem że jednym z takich samolotów jest
właśnie Ju-52, najbardziej żywotne
babsko w historii, i ja Was na herbatkę
do Cioci zapraszam.
Przewodnik każdego pilota Ju-52/3m
Po
traktacie podpisanym w sali lustrzanej
pałacu w Wersalu, o którym Wąsik
potem będzie mamrotał coś o „nożu
w plecy”, Niemcy zostały zobowiązane
do utrzymania pewnych warunków. W
wyniku nałożonych ograniczeń pewne
działania, w tym rozwój lotnictwa i
techniki w ogóle, były silnie
zahamowane i utrudnione. To m.in.
dlatego w latach dwudziestych Hugo
Junkers swoje samoloty budował w
Moskwie, w fabryce która pod przykrywką
filii macierzystych zakładów budowała
i rozwijała nowe konstrukcje, J 10, F
13, A 20, F 24, W 33, W 34, Ju 46. Dzięki
temu kiedy możliwą stała się
produkcja w Niemczech, większość
maszyn była gotowa do wdrożenia. Także
w następnych takich zakamuflowanych zakładach,
w Szwecji, powstał w 1924 roku pierwszy
trójsilnikowy samolot Junkersa G23 i
jego rozwinięcie, bardzo popularny G24.
Także
tam powstał F.13. Mieliśmy takie
maszyny również w Polsce. I tamże
narodziła się geneza konstrukcji
naszej milusińskiej. W 1926 roku, mając
już spore doświadczenie konstrukcyjne
i prof. przed nazwiskiem, Junkers
opracowuje samolot transportowy Ju-52.
Samolot ten jest kwintesencją
dotychczasowych prac i wizytówką
technologii firmy, czyli całkowicie
metalowy, jednosilnikowy, pokryty słynną
blachą falistą i z opatentowaną przez
Junkersa konstrukcją dźwigara. Z tą
blachą falistą to wcale nie ma się z
czego śmiać, bo taka powierzchnia jest
najlepszą przyjaciółką warstwy przyściennej,
dzięki czemu ten wcale nie mały
i pamiętajmy jednosilnikowy samolot miał
osiągi określane dziś mianem STOL.
Oczywiście miało to swoje minusy,
ponieważ po łatwym i szybkim starcie z
uwagi na opory nic dalej się już nie
działo aż do lądowania, ale też damy
nie wypada popędzać, a jako samolot
budowany z myślą o przewozie ładunków
nie musiał on być szybszy niż był.
Konstruktorem
prowadzącym od początku do zakończenia
rozwoju projektu był inż. Ernst Zindel.
Prototyp wyposażano w różne silniki
szukając najlepszego rozwiązania, od
konstrukcji własnych Junkersa włącznie
z silnikiem diesla po BMW. Silniki te
miały od siedmiusetpięćdziesięciu do
ośmiuset koni, co wystarczało do
przemieszczenia 17 pasażerów albo 1850
kg ładunku. Warto zauważyć że był
to jeden z pierwszych na świecie
samolotów z silnikami o zapłonie
samoczynnym. Poza prototypem
zbudowano jednak tylko kilka
egzemplarzy tego samolotu, z których piąty,
prawdopodobnie ostatni, trafił do
Kanady (w której jest do dziś w muzeum
w stanie zdatnym do lotu, co nawet w
1995 roku miało miejsce). Mimo tylko
jednego silnika, co dla większości z
nas przyzwyczajonych do klasycznego dla
Ju-52 układu napędowego mogłoby
sugerować mizerne osiągi, samolot miał
zupełnie poprawne parametry jak na
swoje czasy, co jednak nie powinno dziwić.
Pamiętajmy że od początku samolot ten
zaprojektowano właśnie jako
jednosilnikowy. W końcu jednak w
kwietniu 1931 oblatano model
trzysilnikowy (Ju-52/3m; drei motoren,
czyli trzy silnikowy. Taka jest poprawna
nazwa tego samolotu, ale przyjęło się,
choć niepoprawnie, nazywać go po
prostu Ju-52). Tu uwaga od Elwooda w
kierunku gorącokrwistych młodszych
czytelników, którzy mogą zapytać:
czemu nie od razu trzy silniki, skoro już
wcześniej był Junkers G24, a w owym
czasie taki układ konstrukcyjny miało
bardzo wiele europejskich konstrukcji?
Odpowiedź jest prosta, trzy silniki to
trzy razy większe opory, a wcale nie
trzykrotnie większa moc. Biorąc pod
uwagę sprawność i wydajność silników,
nawet lotniczych, w latach 20`-30`,
trzeba było się poważnie zastanowić
czy trzykrotnie większy koszt napędu
zwrócą wymierne korzyści wynikające
z uzyskanych osiągów. Historia zna
wiele samolotów, którym dodanie
kolejnego źródła napędu parametrów
specjalnie nie polepszyło, bo zjadł je
większy opór i zużycie paliwa,
natomiast pogorszony pilotaż i większe
koszty okazały się barierą nie do
pokonania. W przypadku tego Junkersa był
to strzał w dziesiątkę. Zgodnie z
zasadami nabywca sam decydował na jaki
silnik go stać i jakich parametrów
oczekuje, dlatego w Ju-52 spotkać można
było wszystkie liczące się marki
jednostek napędowych: BMW, Bristol
Pegasus, Hispano-Suiza, Pratt &
Whitney z ich sztandarowymi Hornet i
Wasp a z czasem wszystko co się mieściło
w łożu.
Ju-52 w IL-2
Początkowo
nie było to regułą, ale z czasem
wszystkie trzy silniki były jednakowe,
mimo innej osłony środkowego.
Najbardziej masowo stosowanym silnikiem
(już w czasie wojny) był BMW 132T,
sprawdzony i niezawodny 9-cylindrowy
silnik gwiazdowy o mocy startowej 830 KM.
Jak widać na rzutach pionowych, silniki
zewnętrzne były umieszczone pod kątem,
co w założeniu miało ułatwić pilotaż
w przypadku awarii któregoś z nich i
zminimalizować odchylenie w stronę
niepracującego motoru; o ile jednak nie
było uszkodzeń mechanicznych, silniki
te były raczej niezawodne. Samolot
szybko zyskał opinię idiotoodpornego,
co w porównaniu z niewielkimi kosztami
eksploatacji i wysokim współczynnikiem
bezawaryjności zyskało mu
zainteresowanie wielu linii lotniczych,
nawet po wprowadzeniu megaprzeboju jakim
był DC-2 (na którego nie każdego było
stać). Samolot (jako zamówiony) na
wiele lat zagościł na niebie
Argentyny, Austrii, Australii, Belgii,
Boliwii, Brazylii, Danii, Ekwadoru,
Estonii, Finlandii, Francji, Grecji,
Hiszpanii, Libanu, Mozambiku, Niemiec,
Norwegii, Peru, Polski (dwa bardzo długo
używał LOT), Południowej Afryki,
Portugalii, Rumunii, Szwajcarii,
Szwecji, Turcji, Urugwaju, Węgier, Włoch
oraz republiki Bururu (to oczywiście
wesoły żart humorystyczny z elementami
satyry). Po wybuchu wojny do tego
szacownego grona dołączyły państwa
satelickie nazistów, czyli Bułgaria,
Chorwacja i Słowacja. Pierwszą linią
lotniczą która otrzymała samoloty były
Lloyd Aereo Boliviano, od 1932 roku użytkowano
tam siedem maszyn. Największą flotą
tych maszyn (poza Luftwaffe) dysponowała
Lufthansa. Nawet w czasie wojny, nie
mniej niż 230 tych samolotów obsługiwało
regularne połączenia rejsowe z
Hiszpanią, Portugalią, Szwajcarią,
Szwecją i Turcją, oraz wszystkimi
satelitami, na tyle na ile pozwalała
sytuacja. Po utracie panowania w
powietrzu, od 1944 roku stopniowo
ograniczano liczbę połączeń (do końca
regularne loty po Europie, Afryce i Azji
prowadziła wyspecjalizowana kompania
przewozowa KG 200, ale tylko w klasie
turystycznej).
Kabina
pilotów położona była wyżej niż
podłoga kabiny, mieściła dwóch pilotów,
a radiooperator poza beznadziejną walką
z aparaturą radiową działającą na
początku lat trzydziestych zgodnie z
zasadą „jak Cię widzę tak Cię
słyszę” (czyli jak w większości
dzisiejszych polskich Piratów, Bocianów
i innego sprzętu który na zachodzie
miałby status zabytku), odpowiadał także
za obsługę centrali dystrybucji tlenu,
który za pomocą masek dostarczano pasażerom
w czasie wysokich przelotów, np. przez
Alpy. Kabina oczywiście nie była ciśnieniowa,
chyba że ktoś puścił bąka. Samolot
mógł być na zamówienie dostarczony
na pływakach lub nartach. Rozwijał
zawrotną prędkość przelotową 212
km/h, a lądował przy pełnym obciążeniu
nawet z prędkością 90-100 km/h, o ile
miał czołowy wiatr. Ta ostatnia właściwość
miała kapitalne znaczenie dla operujących
przed wojną radosnych towarzystw
lotniczych, wykonujących loty z kawałka
łąki. Słynne pokrycie blachą falistą,
jak i bardzo wydajne klapy i klapolotki
na całej długości spływu zapewniały
tak dobre właściwości startowe.
Jeszcze jeden plakat reklamowy Luft
Hansy, ciepły Ju wygląda bardzo przyjaźnie
O
samolot wkrótce upomniała się
Luftwaffe. Ponieważ prace nad bombowcem
z prawdziwego zdarzenia opóźniały się
z powodu chałupniczego ich charakteru
(ograniczenia rozbrojeniowe i konieczność
prowadzenia prac w tajemnicy), doraźnie
do roli bombowca przystosowano więc
Ju-52. Chodziło o zapewnienie ciągłości
szkolenia załóg przyszłych bombowców,
aby nie zaczynały od zera. Junkers z
uwagi na swoją konstrukcję nigdy
prawdziwym bombowcem nie był, bo i nie
mógł być, tym niemniej trochę na siłę
zabudowano na nim trzy komory bombowe
(konstrukcja kadłuba uniemożliwiała
zabudowę jednej dużej komory), które
umieszczono pionowo z powodów
konstrukcyjnych. To samo rozwiązanie
pokutowało potem także w Heńku, który
oficjalnie zbudowano jako samolot pasażerski
bez komory bombowej, a potem już było
za późno na przeróbki, których
zakres okazał się konstrukcyjnie niemożliwy
do wykonania. Bomby uwalniał z zamków
pilot dźwignią w kabinie, w której
znajdował się także celownik bombowy
mejd in haraszo. Zabudowano dodatkowe
zbiorniki paliwa w skrzydłach, a także
instalację awaryjnego zrzutu paliwa.
Ponadto na grzbiecie pojawiło się
jedno stanowisko strzelca z karabinem
maszynowym, a pod kadłubem drugie, tzw.
kibel, czyli stanowisko strzelca
przypominające kosz na śmieci wysuwany
z kadłuba i chowany przed lądowaniem.
Loty „treningowe” rozpoczęły
się już wkrótce, w Hiszpanii, chociaż
obecność tych samolotów rozpoczęła
się dużo wcześniej, bowiem służyły
tam głównie jako transportowce, m.in.
przewiozły posiłki
około 10,000 żołnierzy z
Maroka. Jako bombery brały udział
m.in. w bezsensownej rzezi cywili w
Guernice, a między Hiszpanią a
wybuchem wojny zdążyły się jeszcze
udzielić także we francuskich
Indo-Chinach.
Peruwiańska i jak najbardziej cywilna
Ciotka Ju
Podczas
całej kampanii hiszpańskiej Legion
Condor utracił tylko osiem samolotów,
z czego pięć w powietrzu. To niewiele,
biorąc pod uwagę że te wolniejsze
nawet od Czajki i zupełnie
nieopancerzone samoloty wykonały 13000
godzin lotów bojowych w czasie których
zrzuciły aż 6 tysięcy ton bomb (no
nie jest to może porównywalne z 640036
tonami bomb zrzuconymi przez B-17, które
z kolei zabierały 3,5 raza mniej bomb
niż Halifax czy Lancaster, ale zawsze
coś, prawda?).
Samoloty
te były wołem roboczym transportu
Luftwaffe i najpospolitszym samolotem
niebojowym na jakimkolwiek niemieckim
lotnisku. Brały też udział w niemal
każdej ofensywie, co może być dziwne
biorąc pod uwagę ich co najmniej
dyskusyjną wartość bojową. W
Luftwaffe, poza efemerycznym epizodem w
naszej wrześniowej klęsce gdzie
bombardowały m.in. Warszawę (popularna
była wtedy plotka że małokalibrowe
bomby wytaczano z niego szuflami, ręcznie),
raczej używano ich zgodnie z
przeznaczeniem, chociaż do 1943 istniał
pułk KGrzbV (Kampfgruppe zur besondern
Verwendung), który był jednostką doświadczalną
i szkolną. Z czasem zmieniały się
silniki, dodawano płyty pancerne, ale
nie zmieniało to faktu że ciocia
Juhasa była w zasadzie bezbronna,
podobnie zresztą jak jej chrześniak.
Dziś
pewnie łatwiej mi się wymądrzać mówiąc
że na taką beztroskę hitlerowców nie
było stać, mimo ich wysokiego
mniemania o sobie, może wtedy to wyglądało
inaczej. Ale nie trzeba iść do wróżki,
by zauważyć, że bezsensowne straty
prawie 5000 ludzi jakie poniosły
doskonałe niemieckie wojska
spadochronowe podczas desantu na Kretę,
tym bardziej głupie że wobec całkowitego
panowania w powietrzu, były nie do
odrobienia i był to nie tylko moim
zdaniem koniec Blitzkriegu. Większość
strat to zestrzelone jakimkolwiek ogniem
przeciwlotniczym Ju-52, w ilości grubo
ponad 270 maszyn (zależnie od źródeł
może być więcej). Nigdy już Niemcy
nie powtórzyli fantastycznych desantów
typu atak na fort Eben Emael, czy zajęcie
Kanału Korynckiego, a były to akcje które
przeszły do elementarza działań sił
specjalnych. Chłopcy gen. Studenta
ostatecznie zakończyli działalność
broniąc kupy gruzów wcześniej
nazywanej klasztorem Monte Cassino. Już
kampania norweska pokazała jak
bezbronne są te samoloty, i mimo że
latały jak gazeta umożliwiając
wielokrotnie awaryjne lądowanie, to nie
zmieniało to faktu że seria z broni
pokładowej atakującego myśliwca
wielokrotnie robiła krwawą łaźnię wśród
przewożonych żołnierzy. Można o tym
poczytać przy okazji kampanii
francuskiej, czy bałkańskiej. Niczego
to jednak Grubego i Wąsika nie nauczyło,
dalej z uporem maniaka pchali tymi
samolotami ludzi na front, i dalej w
przypadku napotkania nieprzyjacielskich
samolotów była kaszanka.
Yeeeeep !!! Za Fhrüera
!!!
W
1941 roku, w czasie lotów
transportowych na froncie wschodnim,
straty przekroczyły produkcję.
Wyprodukowano w tym roku 451 samolotów
Ju-52, ale ponieważ były celem nawet
dla I-15, bezpowrotnie utracono ponad pięćset
z nich. Mało? Proszę bardzo, w czasie
kampanii afrykańskiej 18 kwietnia 1943
w rejonie Cap Bon (w tym rejonie operował
także Cyrk Skalskiego) myśliwce RAF
przechwyciły wielką wyprawę z
zaopatrzeniem dla Erwina, i z około stu
maszyn zniszczono (trwale, bez możliwości
naprawy po awaryjnym lądowaniu) 52
samoloty. Kilkanaście lądowało
przymusowo. I tak dalej...
Po
akcji nad Cap Bon, alianccy piloci
nazwali Ju-52 karbowaną trumną. I
pozostawiam to bez komentarza. Osobną
kwestią jest Stalingrad. Bezmyślne
straty tam poniesione są nieobliczalne,
bo dotyczą przeważnie również załóg,
i Luftwaffe upadła na kolana z których
miała się już nigdy nie podnieść.
Stalingrad, Junkers Ju-52 był ostatnim
samolotem, który opuścił kocioł śmierci
Ostatnim
zastosowaniem bojowym tej maszyny o którym
warto moim zdaniem wspomnieć, szczególnie
w świetle powyższego akapitu, jest
jedna z jego rozlicznych wersji,
przystosowana do trałowania min
magnetycznych. Alianci masowo minowali
ujścia rzek i podejścia do portów,
szczególnie intensywnie w strefach
operowania swojej eskorty myśliwskiej,
co miało utrudnić życie i transport.
Faktem jest że ta zabawa w minowanie i
rozminowywanie po obu stronach trwała
niemal do końca wojny, bez końca. W
nocy bombowce zrzucały miny, w dzień
trałowce je wyławiały. Ale jak
pokazuje przykład naszego pięknego
transatlantyka „Piłsudzki”,
czy „Scharnhorsta” i „Gneisenau”,
nie wszystkie. Waga problemu była
spora, ponieważ spotkanie trałowca z
poszukiwaną przez niego miną, jeśli
była ona magnetyczna, kończyło się
często smutno i szybko. Dlatego
opracowano tzw. pierścień
demagnetyzacyjny, który w założeniu
miał detonować magnetyczne śmiertelne
pułapki schowane pod wodą, imitując
przepływający statek. Patent był
bardzo skuteczny, i stosuje się go do
dziś (choć nie wymaga już tak
wielkiej antenyJ).
W praktyce wyglądało to tak, że z
podwieszoną wielką kołową anteną
leciał sobie Junkers maksymalnie do 50
metrów nad wodą (powyżej tej wysokości
powodowane zaburzenie pola magnetycznego
było już zbyt słabe) i krążył nad
zadanym akwenem. W formacji z nim leciały
często podobne samoloty, albo inne
zrzucające małe ładunki wybuchowe mające
mechanicznie zdetonować minę. Praktyka
wykazała, że loty takie w przypadku
gazetowego Ju-52 były skrajnie
niebezpieczne, ponieważ maksymalna prędkość
jaką tak obwieszona maszyna mogła
rozwinąć sięgała 200 km/h i zdarzało
się że było to zbyt mało by uciec
przed słupem wody znaczącym miejsce
detonacji miny. Polecam obejrzenie
starych kronik na których można
zobaczyć, że nie było to tylko pluśnięcie
cudnego ciałka Szmajsera w wannie (z której
on chyba nie wychodzi; ile razy dzwonię,
to ten molestuje żółtą kaczuszkę).
Junkers z anteną - tak "wyławiano"
kiedyś miny
Czy
jednak Junkers Ju-52/3m był samolotem złym?
Nie, zdecydowanie nie. Po prostu nie był
to prawdziwy samolot wojskowy, wcielono
go do armii na siłę, i nie mając żadnej
osłony dla załogi czy istotnych
instalacji, było bzdurą pchanie go na
pierwszą linię. Ale Wąsik nie takie
pomysły realizował, więc spoko. Jako
samolot transportowy, w normalnych
warunkach, tam gdzie koszt przelecianego
kilometra z ładunkiem był ważniejszy
od prędkości i opancerzenia, sprawdził
się doskonale. Do dziś zachowało się
siedem oryginalnych Ju-52, z czego jak
już wspomniałem jeden nie-3m.
Wszystkie są na chodzie. Najmłodsze
pochodzą z 1939 roku...
Jeszcze wczesne serie - nie zdjęto
owiewek na kołach
Produkcja
zakończyła się w połowie 1944 roku,
po wojnie samolot jako AAC.1 budowano
jeszcze we Francji (ponad 400 sztuk) i w
Hiszpanii (170 samolotów). Zdecydowana
większość muzealnych egzemplarzy to właśnie
powojenne CASA 352 z Hiszpanii. Ponadto
w Wielkiej Brytanii długi czas latało
odrestaurowane i poskładane z
powojennych rozbitków 10
sztuk na trasie Lądek-Croydon-Liverpool-Belfast.
Najpopularniejsze jednak są trzy ciotki
ze Szwajcarii, które zamówione zostały
i dostarczone w 1939 roku. Regularnie
serwisowane, z dala od burzliwej
historii okolicznej Europy, służyły
na liniach wewnętrznych do 1981 roku,
po czym jedna w pełni sprawna pojechała
do muzeum, gdzie stoi do dziś i nadal
jest sprawna, a pozostałe dwie latają
dalej, bo można sobie je wynająć na
loty widokowe. Są też obowiązkowymi
gośćmi wszystkich poważnych imprez
lotniczych o charakterze międzynarodowym.
Elwood dyskutujący z YoYeczkiem, na
dworcu lotniczym w Mnüchen
1941. Oczekiwanie na organizowaną
wycieczkę turystyczną nad Morze Śródziemne.
Z torby wystają poranne klapki Elwooda
oraz filtr do opalania, factor 26.
Można
by jeszcze coś pewnie napisać, że
skrzydło mocowane było do kadłuba
tylko ośmioma sworzniami, że wcale nie
od razu płozę ogonową zastąpiono kółkiem,
że wszystkie te samoloty miały
fabrycznie montowane i masowo
demontowane w jednostkach aerodynamiczne
osłony na kołach, podobnie jak w
Juhasach błyskawicznie zapychające się
błotem, że nie było serwa i tyko zwykłe
linki napędzały stery, że warto zwrócić
uwagę na Junkersowski patent
umieszczenia lotek i klap poza obrysem
skrzydła, że z lewej strony były
drzwi dla pasażerów/spadochroniarzy a
z prawej duże drzwi ładunkowe (połówki
góra-dół), że antena radionamiernika
(to kółko) mogła być na kabinie albo
w dowolnym innym miejscu zależnie od
serii produkcyjnej, że w kabinie pomiędzy
pilotami mógł stać strzelec z wieżyczką
na dachu kabiny pilotów, i tak dalej,
ale tradycyjnie: to nie monografia,
tylko przybliżenie dla nas, ludzi
polskiej sceny Ił-2, która o
samolotach i tak wie wszystko. Więc na
tym historię latającego barakowozu z
blachy falistej zakończę.
Współcześnie latająca Ciotka Ju z
rejestracją D-AQUI (o nim poniżej), są
to dość popularne eksponaty przyciągające
rzesze bachorów i innych zwolenników
latadeł, na zdjęciu własność Luft
Hansy. Temat Ju-52 jest również często
wykorzystywany w symulatorach cywilnych
Najtwardsza
Ciocia wszechczasów to Ju-52/3m
wyprodukowany w 1936 roku w Dressau i
oblatany 10 kwietnia z numerem
fabrycznym 5489 samolot pod nazwą
fabryczną "Fritz Simon". W
wersji pływakowej został sprzedany do
Norwegii, gdzie otrzymał rejestrację
państwową LN-DAH i nazwę własną
„Falcon”. W kwietniu 1940
upomniała się o niego wojna. Samolot
po krótkich przebojach wcielono do pułku
transportowego Luftwaffe, gdzie przez pół
roku rozwoził różne klamoty po
fiordach Norwegii (nigdy i nigdzie nie
było choćby połowy tylu pływakowych
Ju-52 co tam). Po tym okresie samolot
przekazano Lufthansie, gdzie otrzymał
rejestrację państwową D-AQUI i nazwę
własną „Kurt Wintgens". Tam
latała sobie radośnie aż do końca
wojny, w czasie której ponuryżniwiarz
miał dla niej wyjątkowo łaskawą rękę.
Po wojnie samolot powrócił do
Norwegii, gdzie latał dalej pod swoim
starym norweskim numerem rejestracyjnym
i nazwą “Askeladden". W 1947
w samolocie wymieniono nieco sfatygowane
morską eksploatacją elementy pokrycia
kadłuba i skrzydeł oraz postawiono go
pierwszy raz na kołach z innego
rozbitego Junkersa. Samolot latał na
wewnętrznych liniach do 1956
roku, kiedy został wyłączony z
linii i zaparkowany z tyłu za śmietnikiem.
Pamiętajmy że ciągle było pełno
samolotów z demobilu za bezcen, i nikt
się nie przejmował jakimś
rachitycznym Junkersem który był używany
jeszcze tylko dlatego że się nie psuł
i szkoda było go wywalić. Samolot stał
tak sobie przez ponad rok, aż znalazł
się facet który za grosze go kupił.
Tak ciocia rozpoczęła swoje wielkie
egzotyczne tournee. Otrzymała nazwę
“Amazon”, adekwatną do
miejsca swojego nowego bazowania, i bez
numerów rejestracyjnych których
ekwadorski Transport Aéros Orientales
latający z Quito do dżungli nie
potrzebował wcale, latała sobie dalej
aż do 1963. Garażowanie pod
klimatyzowanym gołym niebem w
tropikalnej dżungli połączone z
troskliwą i profesjonalną obsługą
ekwadorskich techników nie załamało
bojowego ducha cioci przez długi czas,
niemniej jednak w pewnym momencie nastąpiła
chwila, w której katowany przez przyrodę
i tubylców oraz nie serwisowany od lat
samolot po prostu nie był w stanie już
wystartować. Kolejny raz baba miała
szczęście, ponieważ w cywilizowanym
kraju poszła by po prostu na złom, ale
czy ktoś w amazońskiej dżungli tak łatwo
by zmarnował solidny kawał dachu nad głową
na porę deszczową? Dzięki temu,
przerobiona na barak czy kurnik i stojąca
tak w krzakach jakiegoś lądowiska bez
nazwy w lesie przez sześć lat, ciocia
została przypadkiem odwiedzona przez zbłąkanego
amerykańskiego pilota, weterana z wojny
w Europie, który natychmiast ciocię
zabrał ze sobą.
Najprostszy samolot do zestrzelenia,
niestety dla wielu nie tylko w grze
Na
ciężarówce, a potem statkiem, bo dama
wygodna była. Gdy dojechała do Stanów,
był już rok 1970, a na rozbitym i
rozkręconym liczniku motogodzin
ostatnim czytelnym wskazaniem było
8000. Dla niezorientowanych podpowiem,
że dla samolotu zbudowanego w
technologii lat trzydziestych, przez
lata nieserwisowanego i używanego na
wodzie w warunkach subpolarnych i na lądzie
w tropiku dżungli przez trzydzieści
lat, jest to wartość nie tyle duża co
raczej abstrakcyjnie duża, i dowodząca
czegoś więcej niż tylko solidnej,
nieskomplikowanej i przemyślanej
konstrukcji. Samolot miał być
odrestaurowany, ale już po rozpoczęciu
prac okazało się to zadaniem ponad siły
grupy pasjonatów. Znowu jednak losem
Junkesra zainteresował się ponuryżniwiarz,
i tak sobie dla kaprysu chyba sprawił,
że na artykuł w amerykańskim czasopiśmie
branżowym trafił przebywający akurat
w USA facet będący wysoko postawionym
gościem w Lufthansie. Był rok już
1984, przez prawie piętnaście lat częściowo
odbudowany samolot mozolnie
zakonserwowany stał i czekał na lepsze
czasy. 28 października do hangaru
weszli przysłani specjalnym samolotem
technicy z Lufthansy i przygotowali
samolot do transportu. Tym razem do
domu. W komfortowych warunkach nobliwa
już starsza pani została przewieziona
do centrum technicznego Lufthansy, gdzie
nie zabrakło już ani części, ani tym
bardziej środków. Samolot od początku
odbudowywano z myślą o 60 rocznicy
powstania firmy, 26 stycznia 1986; na
uroczystości honorowe miejsce wystawy
statycznej zajęła dama która z
Lufthansą miała do czynienia szybciej
niż większość ją podziwiających.
Na tym jednak nie poprzestano. Dysponując
praktycznie nieograniczonym zapleczem
finansowym i sprzętowym, technicy
przywrócili samolot niebu. Już w
kwietniu 1986 roku, z wielką rejestracją
D-AQUI na kadłubie, po pięćdziesięciu
latach ciocia pokazała suszarowym gówniarzom
tłumnie zgromadzonym dookoła pasa co
to jest prawdziwy seks. Samolot ten lata
do dzisiaj, i jest stałym gościem
wszystkich poważnych imprez lotniczych
w Europie. Pieczę nad nim i
horrendalnie wysokimi kosztami i
problemami technicznymi sprawuje bezpośrednio
Lufthansa, a kolejni inspektorzy
techniczni przymykają na ciocię oko. W
końcu kto by się odważył powiedzieć
cioci że jest stara?
Stare zdjęcie, ale zawsze młoda Ciotka
Ju :)
Chciałem
jeszcze dopisać że Zoom to jest gość
(chociaż stary Laparcher i w dodatku
przewodniczący związku zawodowego
kufajmanów morskich), i te 14
systematycznych i pilnych sesji, to jest
coś co mnie się przez 18 sesji, na
Uniwerku i Polibudzie łącznie, nigdy
nie udało. Niniejszym samozwańcza i
jedynie słuszna kapituła Elwood i
ponuryżniwiarz składa wniosek o
przyznanie Zoomowi Orderu Pracy
Socjalistycznej oraz Bohatera Związku
Radzieckiego w trybie natychmiastowym.
Co najmniej, kurdebalans.
Autorem
tekstu jest : Elwood
|