|
Heinkel
He-162 Salamander

|

Ave,
hopsasa i zaczynamy.
W
połowie 1944 roku pozbawione stałych
źródeł strategicznych surowców
Niemcy, nieustannie bombardowane w dzień
i w nocy, rozpoczęły swój wielki
finisz którego zwiastunem była utrata
kontroli nad własną przestrzenią
powietrzną. Obrona przeciwlotnicza nie
była w stanie odpierać ataków, do których
farmerzy potrafili codziennie rzucić po
kilkaset bombowców, eskortowanych przez
doskonałe mustangi. W nocy nie było
spokojniej, bo brzęczeli nad głowami
fajfokloki. Zresztą zdziesiątkowana
Luftwaffe rozrzucona na trzech frontach
już dawno przestała się liczyć jako
strona w konflikcie. W tej sytuacji
kierownictwo NSDAP zatwierdziło pomysł
(o dzięki, łaskawcy...) opracowania
samolotu taniego, nieskomplikowanego,
ale będącego w stanie stawić czoła
aliantom i coraz większemu kryzysowi
surowcowemu. RLM opracował specyfikację,
którą Hitler (który gówno się na
tym znał) zatwierdził 25 lipca. Tak
narodził się Jagernot-programm, który
zakładał produkcję 5000 samolotów
miesięcznie, opracowanie projektu
samolotu w pięć dni, a rozpoczęcie
produkcji masowej nie później niż 1
stycznia 1945 roku. Program ruszył 10
września 1944; każdy kto ma więcej niż
trzy zwoje pod deklem zdaje sobie sprawę,
że w praktyce nie ma takiej możliwości
nawet dzisiaj, przy dzisiejszej
technologii, wiedzy, superkomputerach i
narzędziach, by w takim czasie wykonać
taką pracę, chyba że się buduje
Poloneza. Niemcy jednak nie mieli wyjścia;
poszczególne biura (Arado, Blohm und
Voss, Fieseler, Focke-Wulf, Heinkel,
Dornier, Messerschmitt i Junkers) ruszyły
do obłędnego wyścigu z czasem, który
na szczęście dla wszystkich mieszkańców
Konzentrazionlager w Europie w końcu
przegrali 8 maja podczas kryterium
ulicznego w Berlinie.
Jedynie
cztery biura konstrukcyjne zdołały
przedstawić swoje rozwiązania na czas.
Oczywistym jest, że szansę mieli tylko
ci, którzy we własnym zakresie już
wcześniej pracowali nad jakimiś
konstrukcjami które akurat szczęśliwym
trafem odpowiadały założonej
specyfikacji. Były to Arado (ze swoim
E.580, ale to szkoda papieru na to),
Blohm und Voss (P.211), Heinkel (P.1073)
i Junkers (też nie ma o czym mówić).
Heinkel miał i projekt i prototyp,
bowiem już od czasu gdy został
wydymany przy okazji Me 262 (oni tam w
ogóle coś często byli dymani przez chłopców
Willego, przypomnijmy choćby konkury Bf
109 i He 112), to opracowywano tam równolegle
swoje samoloty studyjne i jeden z
tych projektów po prostu
przedstawiono RLM, które jednak oceniło
wyżej projekt B&V, który to
niestety miał tę zasadniczą wadę, iż
był (jak to projekt) tylko na papierze,
bez
żadnych szans zbudowania w takim
czasie nawet prototypu. Tym niemniej miał
on doskonałe osiągi obliczeniowe, a
sama koncepcja była bardzo
perspektywiczna (układ ogólny coś
a`la P.1101, pisałem już o nim).
Heinkel zaprotestował przeciwko decyzji
RLM, że niby B&V oszukuje bo
stosuje nieuczciwą metodę obliczeniową
osiągów swojego samolotu, policzono więc
wszystko jeszcze raz metodą Heinkla i
projekt B&V okazał się jeszcze
lepszy. No tego już było zdecydowanie
za wiele, w ruch poszła więc słuchawka
telefoniczna. Wykonano parę telefonów,
i na zasadzie „panowie; jest
DECYZJA...” w październiku RLM
przyznało maszynie Heinkla numer 162 i
nazwę Spatz (wróbel), oraz nazwę
kodową Salamander na potrzeby tajemnicy
wojskowej na czas prób (ta nazwa się
potem przyjęła nie wiedzieć czemu).
Na decyzję RLM żadnego wpływu nie
mieli i nic za to nie wzięli następujący
panowie: A. Keller (szef
Narodowosocjalistycznego Korpusu
Lotniczego, coś jak nasz OHP, Junacy,
Aeroklub PRL, te klimaty) oraz K. Saur,
zastępca ds. przemysłu lotniczego
niejakiego Alberta Speera (to taki miły
pan, przy którym George Soros mógłby
się wiele nauczyć o zarządzaniu w
skali makro. Makroextrasuper nawet
powiedziałbym). W broszurce Typy Broni
i Uzbrojenia (LOLOLOL!!!) poświęconej
temu samolotowi można przeczytać że w
sprawę zaangażował się też sam
Goering, chociaż ponury powiedział mi,
że nie sądzi by oni tam byli w stanie
dostarczyć grubemu w zamian aż tylu
jurnych HitlerJugend na
„przeszkolenie”... Ale
wracając do głównego wątku, tak
narodził się zwycięzca którego
projekt skierowano do realizacji- He 162
Salamander. Tak na poważnie, to tutaj
trzeba wyjaśnić że sytuacja
strategiczna Rzeszy w tym czasie była
już powoli katastrofalna (sam Gruby w
swoich powojennych wystąpieniach w
Norymberdze stwierdził, że odkąd
Luftwaffe utraciła kontrolę nad własną
przestrzenią powietrzną w połowie
1944 roku, stało się oczywistym, że
wojna jest przegrana). Dlatego po raz
pierwszy odłożono na bok polityczne
antypatie, dzięki którym Heinkel
zdecydowaną większość swoich maszyn
zbudował sam na własny koszt koncernu,
niektóre oblatując w kaskaderskich
warunkach pod Wiedniem w tajemnicy jako
inne samoloty (wiele moim zdaniem
naprawdę ważnych dla Luftwaffe samolotów
Heinkla uwalano tak na chama, że można
odnieść wrażenie iż Heinkel był
chyba postrzegany jako żydokomunomason
i cyklista w dodatku). Taki los spotkał
m.in. He 112, używanego przez Luftwaffe
tylko przy okazji operacji sudeckiej a
potem w jednostce robiącej zdjęcia
propagandowe; Samolot ostatecznie był
sprzedawany na Bałkany, do Hiszpani i
Japonii (w czasie wojny w Hiszpanii
samolot ten okazał się w praktyce
nieporównanie lepszym samolotem niż Bf
109C, latały zresztą te samoloty na
gorącym iberyjskim niebie jeszcze po
wojnie, brały też udział w
inwazji na Związek Radziecki i w
walkach na terenie Siedmiogrodu gdzie
latały razem z naszymi P.37, natomiast
w Japonii kilkanaście sprzedanych sztuk
kariery nie zrobiło z powodu zupełnie
innej mentalności japończyków; tam duże
obciążenie powierzchni skrzydła, w
kraju latawców typu Zero czy Hayabusa,
było europejskim fetyszyzmem). He 118;
powstał z okazji konkursu na stworzenie
bombowca nurkującego. Gen. Udet raczył
rozbić sobie jednego w locie
zapoznawczym gdy samolot w nurkowaniu
wybudował silnik i zaczął się
rozbierać w powietrzu (potem się okazało
że to Udet pierdoła nie przestawił
skoku śmigła, nie wiadomo czy nie
celowo), ostatecznie wybrano mającego
gorsze parametry Ju 87. He 177, w wersji
czterosilnikowej, z czterema gondolami,
tak jak powinno normalnie być, został
tylko oblatany i to prywatnie, mimo że
zwykłe Greify tryb Ronsona miały w
standardzie; He 178 to nawet szkoda gadać,
tak samo He 219 czy He 280. Jak się
zaczęło robić Wąsikowi ciepło w
majtkach, to nagle Heinkel okazał się
bardzo potrzebny i kosztem lepszego
B&V pod zielonym stolikiem tym razem
przepchnięto Heinkla.
Samolot
jak już wspomniałem powstał błyskawicznie,
ponieważ w zasadzie to już był,
problemem był tylko jego napęd, bowiem
technologia wytwarzania silników
odrzutowych których budowę zagłuszał
ryk dział za oknami lub eksplozje bomb
lotniczych sprawiała wiele trudności
obiektywnych.
Tak
też w październiku ukończono kompletną
dokumentację, 6 grudnia oblatano
prototyp (Gothold Peter). W czasie tego
pierwszego oblotu samolot rozpędził się
w locie poziomym do 840 km/h (tak przy
okazji nadmienię że tuż po wojnie
Eric Brown, którego chyba nie trzeba
przedstawiać, z kolegami z Farnborough
bez scen rozbujali swojego seryjnego, używanego
Salamandera do 900 km/h w locie poziomym
na 12 500m, a Me 262 okazał się
jeszcze szybszy). Salamander wykazał też
tendencję do stałego zbaczania w lewo
i jasno dał do zrozumienia, że
odrzutowy samolot przy prędkości 800
km/h to jednak coś więcej niż tylko
makieta ze sklejki, toteż najpierw
oderwała się drewniana pokrywa
podwozia, a potem zaczęło pracować
(też przecież drewniane) pokrycie
skrzydła; okazało się że klej
zastosowany przy montażu tych elementów
nie jest w stanie przenieść tak dużych
obciążeń. Na razie zmieniono więc
klej. 10 grudnia zaprezentowano samolot
władzom, i choć w czasie pokazu
Salamander rozbił się i zabił pilota
(ale na skutek głupoty tegoż
ostatniego, chodziło o niezaplanowany
popis i facet wykonał przelot poziomy
przy prędkości grubo ponad 730 km/h
nad głowami zebranych; na tak małej
wysokości nie było szans na nic gdy
odkleiło się pokrycie płata, oderwała
się lotka i koleś w efektownej półbeczce
wpadł do Krecika na kawusię), wiadomo
już jednak było, że jest rewelacyjny
pod względem osiągów maksymalnych,
tj. prędkości poziomej i wznoszenia.
Ujawniła się też od razu jego
podstawowa wada; bardzo trudny pilotaż,
wymuszony zastosowanym układem
konstrukcji; co ważne: samolot powstawał
w okresie poważnego niedoboru doświadczonych
pilotów, których po prostu zbyt wielu
zginęło, a straty tej nie można było
odtworzyć poprzez zwykły nabór- lat
szkolenia nie da się ominąć. Goebbels
nazwał
ten samolot Volksjager, myśliwiec
ludowy, bo w założeniach Hitlera miał
być wykorzystywany masowo przez gówniarzerkę
z Hitlerjugend, po jakimś śmiesznym
pseudoprzeszkoleniu szybowcowym, a jego
prostota pilotażu miała zniwelować
braki w wyszkoleniu pilotów. Okazało
się to oczywiście niemożliwe. Samolot
szybko wykazał swoją kapryśność, która
wynikała z jego konstrukcji i była
niemożliwa do wyeliminowania. Był
trudny w pilotażu, nie wybaczał błędów,
był nerwowy i nie ostrzegał pilota w
krytycznych stanach lotu poprzez drążek
sterowy i orczyk; z pewnością niemożliwym
było poprowadzenie go przez pilota z
przypadku, tym bardziej jakiegoś narwańca
z Hitlerjugend po parogodzinnym
przeszkoleniu na patykach. O niektórych
samolotach mówi się że są po prostu
wredne; Salamander taki właśnie był.
Aby
poprawić jego skandaliczne zachowanie w
powietrzu, z pomocą przyszedł niezastąpiony
prof. A. Lippisch, który zaprojektował
dla niego specjalne końcówki skrzydeł,
mające uspokoić szaleństwa łączących
się nad i podskrzydłowych strug na końcówce
płata. Efekt był natychmiastowy;
samolot znormalniał. Jako ciekawostkę
nadmienię, że z uwagi na konstrukcję
skrzydeł w He 162, te właśnie
odejmowane końcówki odsłaniały
jedyny otwór dostępowy do wnętrza płata.
Czyli specjalnie dużo nie odsłaniały.
Pozostały jednak problemy, na które
nawet Lippisch nie mógł nic poradzić.
Jednym z nich było to, że technika
zastosowana w tym samolocie wyprzedziła
nawet tych, którzy ją tam zastosowali.
Chodziło o to, że przy osiąganych
przez Salamandera prędkościach płyny
w jego instalacjach nie docierały często
do miejsca przeznaczenia, napierane
przez siły odśrodkowe i dośrodkowe
wywoływane przeciążeniami
manewrowymi. Pompy Salamandera nie były
w stanie przezwyciężyć tych ciśnień.
W efekcie przy gwałtownym zwrocie
silnik mógł zgasnąć na skutek braku
dopływu paliwa, a jeśli dodamy do tego
że Salamander napędzany był naftą J2
(gdy zabrakło już B4), która nie
pozwalała na samodzielny rozruch w
locie, to już wiadomo że jest dobrze.
W ramach rozdrobnienia produkcji
(przeciw nalotom) specjalna ekipa
konstruktorska (Baugruppe Schlemp) jeździła
po małych manufakturkach stolarskich,
gdzie ludzie wytwarzający dotąd krzesła
dostali polecenie budowania części do
samolotu odrzutowego, bez żadnego doświadczenia.
Ta właśnie ekipa na miejscu na żywca
przeszkalała ludzi; w efekcie niektóre
podzespoły z różnych warsztatów nie
były zamienne ze sobą, niektóre nie
spełniały norm, nie można też było
w tych warunkach zapanować nad sabotażem
(zdaniem ponurego nad Polakami nie można
zapanować w żadnych warunkach). Poza
tym jaki komfort miał pilot lecący
ponad pięć stów mając świadomość,
że jego samolot ktoś po prostu skleił,
i jeszcze kwestia czy skleił dobrze..?
Ponadto mikroklimat kopalni w której
wytwarzano dźwigary skrzydeł sprzyjał
ich błyskawicznej korozji, ale to
akurat w tej sytuacji taktycznej nie miało
znaczenia. Samolot był bardzo podatny
na buffeting, a sam Galland powiedział
o nim że można go po prostu o kant
dupy potłuc i że zmarnowano tylko
kolejny czas, materiały i moce
przerobowe zamiast wytwarzać Me 262 i
powstrzymać ciągłe bombardowania.
Skoro tak powiedział, to ja mu wierzę
(poza tym to Schmeissera szwagier).
Salamanderem na pewno nie wygraliby
wojny. Tym bardziej że w związku z wędrówkami
płynów po instalacjach zabroniono
wykonywania nim jakichkolwiek gwałtownych
manewrów, preferując ataki z
wykorzystaniem olbrzymiej przewagi prędkości.
Jedyna jednostka jaką wyposażono w te
samoloty otrzymała nawet odgórny
rozkaz zakazujący angażowania się w
walki powietrzne z uwagi na zawodność
i ciągłe trudności z pilotażem tej
maszyny.
Kryzysowa
konstrukcja tego odrzutowego w końcu
samolotu faktycznie składała się
niemal całkowicie z drewna i stali,
wspomaganej aluminium. Pod względem
konstrukcji, angielskie drewniane cudo
czyli Mosquito był przy drewnianym
Salamanderze jak Polonez i współczesny
samochód. Faktycznie, mimo wszystkich
swych wad, z punktu widzenia technologii
był jednym ze szczytowych osiągnięć
niemieckich konstruktorów i technologów
produkcji.

Samolot
produkowano prawie wyłącznie pod ziemią,
w Nordhausen. Ponadto zbudowano pewną
ilość w Rostock (Heinkel), Bernburg (Junkers)
i Vienna-Schwechat (tam była linia
mietków G i K). Jednomiejscowy,
jednosilnikowy grzbietopłat,
konstrukcja mieszana- kadłub z duralu,
dziób z prasowanej i tłoczonej
sklejki. Półskorupowy. Płat całkowicie
drewniany. Podwozie trójkołowe, z kółkiem
nosowym, chowane. Silnik odrzutowy BMW
003A, prawie 8kN (9 kN na 30 sekundowym
WEPie), na grzbiecie; jego uchylne osłony
służyły jako pomosty obsługowe.
Klapy i lotki napędzane hydraulicznie,
podobnie chowanie podwozia. Podwozie
pochodziło na żywca z Bf 109G łącznie
z instalacją, goleń przednia miała tłumik
drgań. Zbiorniki paliwa w skrzydłach
nie były samozasklepiające się, bo
nie było już czasu ani miejsca, tylko
kadłubowy zbiornik miał wykładzinę
ale pochodził z innego źródła,
zresztą jego pojemność była podawana
„około”, bo już zaczynał
się bajzel i źródła jego dostaw też
bywały różne. Tankowanie jednym
wlewem całego samolotu. Można było
podwieszać rakietowe silniki startowe
Ri 502, podwieszane pod dupcią. Dwa
działka MK 108, po 50 pocisków (początkowo
miały być niezawodne MG 151/20, ale
RLM uparło się na MK 108, których po
pierwsze nie było, a po drugie były do
dupy, a po trzecie to zaprzestano właśnie
ich produkcji, tak więc niektóre
samoloty miały dwudziestki, a niektóre
trzydziestki, nawet w tych samych
Staffel). Kabina była malutka, co
ciekawe cały wiatrochron był wytłoczony
z jednego arkusza szkła pancernego, co
zapewniało doskonałą widoczność.
Owiewkę można było awaryjnie
odstrzelić, fotel pilota katapultowany
ładunkami prochowymi, z wewnętrzną
instalacją tlenową i spadochronem w
opancerzonym zagłówku (LOLOL!!!),
czyli tak jak dziś. Decha, czyli
tablica przyrządów, wykonana z
najprostszej sklejki, zawierała w sobie
hasło „umiar i prostota”,
czyli tak jak w Poldasie. Co ciekawe, w
większości samolotów czegoś brakowało,
z powodu niemożności dostarczenia
podzespołów przez odciętych już
kooperantów, w efekcie
kabina naprawdę nie wyglądała
tak jak na screenie (na stronie
Sturmovika) z prac nad Salamanderem do
FB, i nie chodzi mi tu o to pokazywane
wszędzie zdjęcie z Imperial War Museum,
no chyba że to jakiś jeden z
pierwszych samolotów jeszcze ze
stycznia. W bardzo wielu nie było
wszystkich przyrządów, na wielu zdjęciach
np. tablica ma tylko otwory pod brakujące
zegary, a te które są mają przeważnie
cyferki i skale malowane odręcznie.
Radiokompas to luksus dawno zapomniany,
w jego miejscu najprostsza busola przeważnie
ręcznej roboty i ręcznie malowana. Pełen
żywiec. Jeśli chodzi o łączność,
to nawet w tak dramatycznym momencie
wojny Salamander bił na głowę wyposażenie
ruskie, a nie odbiegał od farmerów. Na
pokładzie: FuG 25a jako radiostacja swój-obcy
pracująca na paśmie stanowisk
dowodzenia radarowo naprowadzanej
artylerii plot. dla szybkiej
identyfikacji samolotu, oraz jako ersatz
FuG 24, czyli skonstruowana specjalnie
pod Salamandera radiostacja
nadawczo-odbiorcza zasilana bateryjnie o
żywotności do 10 godzin. Samolot miał
antenę (ten pierścień) anteny
naprowadzającej dla radiokompasu,
jednak w większości nie było już
samej instalacji bo fabryka ją
wytwarzająca była już utracona.

Pierwszy
(i tak naprawdę jedyny operacyjny)
dwudywizjonowy pułk (JG 1) powstał w
lutym 1945 roku, na lotnisku Leck
(Szlezwik-Holsztyn). Była to zarazem
jedyna jednostka z Salamanderami, braki
paliwowe i kadrowe skutecznie uziemiły
wyprodukowane ok. 250 maszyn (oblatano
ok. 120 z nich). Podobnie jak w
przypadku Me 262, tak i tu ponad 800
kolejnych samolotów w różnym stadium
zaawansowania zastał koniec wojny, ale
dokładnie to trudno powiedzieć bo co
najmniej 50 nawet niepomalowanych sztuk
zabrali czy raczej porwali z fabryki
piloci którzy na własną rękę
przedzierali się ze swoich jednostek w
których nie mieli już na czym latać.
Nie miało to już jednak znaczenia, bo
i tak nie było już gdzie nimi latać
wobec całkowitej przewagi aliantów w
powietrzu jak i rozbiciem sieci łączności
i naprowadzania, a poza tym nie było już
dostaw paliwa do nich w związku z całkowitym
odizolowaniem poszczególnych frontów.
Samoloty te trafiły nawet do JV 44,
prawdopodobnie w okolicznościach
opisanych już powyżej, ale nie używano
ich tam. Ich paliwo bardziej przydatne
było do Me 262 LOL... a 3 maja odcinek
autostrady pod Salzburgiem został
ostatecznie odcięty i otoczony, i na
oczach nacierających farmerów samoloty
zostały podpalone. Samolot miał wiele
zaprojektowanych wersji, ale to temat na
prawdziwą monografię, a nie opis
samolotu z gry, więc krótko: był
dwumiejscowy szybowiec szkolny, bez napędu
ze stałym podwoziem, był z motylkowym
usterzeniem, był z ujemnym skosem
skrzydeł, z dodatnim, z silnikami
pulsacyjnymi dwoma lub jednym Argus
zamiast BMW 003, do tego zestawy
uzbrojenia: Rohrblocktrommel (7xMK108,
każda lufa po siedem pocisków odpalane
przez fotokomórkę) lub wyrzutnie
niekierowanych pocisków rakietowych po
15 R4M (55mm), czyli coś jak dzisiejszy
UB16, ale to wszystko tylko pobożne życzenia.
Nadmienię jeszcze, że jedna jedyna
udokumentowana walka powietrzna z udziałem
He 162 odbyła się nad Rostockiem 4
maja 1945 roku i zakończyła
spuszczeniem Typhoona (feldfebel Schmitt,
JG 1), do czego Angole przez wiele lat
nie chcieli się przyznać. Było też
drugie zestrzelenie, o którym czasem można
znaleźć wzmianki w amerykańskiej
wersji historii, ale jest ono
nieudokumentowane. Oficjalnie utracono w
warunkach bojowych jednego Heinkla, w
czasie operacji Bodenplatte (ileż
bezcennych samolotów i pilotów wtedy
bezsensownie utracono?) kiedy 21
kwietnia ciężko uszkodzony został
ogniem przeciwlotniczym samolot z JG 1
atakujący z lotu koszącego alianckie
lotnisko (tego samego dnia jednostka osiągnęła
gotowość operacyjną i był to jej
pierwszy wylot), maszyna próbująca
dociągnąć do bazy w Leck została
dobita przez Tempesty z 3 Dywizjonu Myśliwskiego
RAF; pilot zginął. Jest też opis
jakoby rozpoznawczy mustang wykonał mały
vulching jednemu Salamanderowi przy
starcie, ale jest to również na
zasadzie „słyszałem jak kolega
opowiadał że gdzieś przeczytał mu
szwagier jego znajomego”, więc
pomijam. Alianci ogółem zdobyli tylko
trzydzieści jeden Salamanderów, czyli
bardzo mało jak na wyprodukowaną i
nigdy nie oblataną ilość. Siedem
zachowało się do dziś.
Pozdrawiam
nieustannie YoYeczka, Doktora,
KosiPisaki za cierpliwość, Schmeissera
za jej brak, Sir KoSa, Pimpcię, i
oczywiście sir KoSa, a także panią ze
sklepu nocnego naprzeciwko, i wszystkich
którzy by chcieli być pozdrowieni też.
Ger0, dzięki za twój nocny czas. A
teraz Elwood idzie zrobić sobie
kanapeczkę.
He-162
w detalach : http://www.hotel.wineasy.se/ipms/stuff_eng_detail_he162.htm
Autorem
tekstu jest : Elwood
|