|
Myśliwiec
Focke Wulf Fw-190 
|

W 1937 roku ktoś w RLM zauważył, że jeden Messerschmit BF-109 nie wyczerpuje tematu podstawowego myśliwca Luftwaffe (jakiś clever boy). Nie każdy też wie, ale w tym okresie układy Willego Messerschmitta przechodziły akurat małe przesilenie, i sto dziewiątce nie wróżono specjalnie długiej kariery w
Luftwaffe. W takich to okolicznościach w 1938 roku Technisches Amt RLM wydalił z siebie wytyczne dla nowego typu myśliwca. Wydalenie to postanowiły posprzątać m.in. zakłady
Focke-Wulfa, gdzie jednym z konstruktorów był wybitny inżynier (potwierdził to także w Argentynie i na Bliskim Wschodzie, po wojnie) prof. dr Kurt Tank. Początkowo opracowana całkowicie od zera konstrukcja nie rokowała zbyt wielkich szans na przebicie się w konkursie, w tym okresie faworyzowano bowiem silniki rzędowe jako stawiające mniejszy opór aerodynamiczny (w tą sama ślepą uliczkę brnęli też Japończycy ze swoim Ki-61 z rzędowym
Daimlerem-Benzem, przerabianym potem na Ki-100 z gwiazdowym Mitsubishi Ha-112, o lepszych osiągach). Totalna kicha jaką okazały się rzędowe Heinkle 100 i 112, jego główni konkurenci, spowodowała przyjęcie do realizacji projektu
Foczki. Prototyp otrzymał motorek 139 firmy BMW (czy wtedy dziadek Siwego już miał Beemę?) o mocy 1500 KM i układzie podwójnej gwiazdy (14 garów). Od razu pojawiły się plusy i minusy tej konstrukcji, i nie było już później „a ja myślałam...”. Ograniczona widoczność do przodu na ziemi (mam parę fajnych zdjęć z najechań podczas radosnego kołowania w warunkach bojowych), tendencja do przegrzewania tylnej gwiazdy, niedostatecznie chłodzonej w stosunku do przedniej (mimo zminimalizowania, pozostało mu to do końca- halo, właściciele wyrobów samochodopodobnych marki Polonez by FSO, jak tam wasz czwarty cylinder, wiecznie przegrzany i upalający uszczelkę podgłowicową?), ale z kolei moc silnika gwiazdowego była wtedy nieosiągalna dla żadnego rzędowca, a jego odporność na uszkodzenia wykazała brutalna wojenna rzeczywistość (znamy taki samolocik Me110? Z bardzo kiepskimi chłodnicami na wierzchu? Mała dziurka i można było iść się przewietrzyć- z uwagi na olbrzymie obciążenie i wysilenie, taki chłodzony cieczą silnik bez cieczy szybciutko robił się gorący jak piętnastoletnia Britney
Spears. W Foczce dopiero poważne uszkodzenie samych mechanizmów było w stanie narobić szkód). Samolot cały czas wyglądał podobnie, od prototypu aż do A-8; wydłużał się stopniowo, zmieniał osłonę kabiny, statecznik pionowy , ale zawsze wyglądał podobnie- tyle, że prototyp miał śmieszny, wielki kołpak, mający poprawić opływ wielkiego gwiazdowego silnika, ale po próbach tunelowych odpuszczono go na rzecz zwykłego kołpaka- takiego jak na setkach zdjęć. Samolot był naprawdę udaną konstrukcją, nie miał jakichś specjalnych przypadłości wieku dziecięcego. Gwoli kronikarskiego obowiązku, chociaż nic nowego nie odkrywam: całkowicie metalowy dolnopłat, półskorupa, wciągane podwozie. Oprócz
Tanka, wymienić trzeba też von
Fahlmana, Kathera, Mittelhubera i
Blasera.
Nocny lot na Dorze
Pierwszy
prototyp (W.Nr.0001, D-OPZE) ukończono
wiosną 1939. Oblot 1.VI.39`, Hans
Sander. Na dzień dobry prawie 600km/h
(1939 rok!) na 4500m, przyrządowo dokładnie
596 km/h. Prototyp miał jedną, za to
dość istotną wadę: grzał się.
Temperatura w kabinie pilota wynosiła
55 stopni Celsjusza. Ponadto samolot truł
pilotów, bo do kabiny przebijały
spaliny, i oblatywacze nawet kołowanie
odbywali w maskach tlenowych. Ale po za
tym- si. Po próbach w Rechlinie,
samolot przyjęto i zwrócono fabryce
dla dalszego rozwoju. Na początek
wstawiono więc wentylator (bardzo
charakterystyczny element Foki w rzucie
z przodu), początkowo 10 (mała wydajność),
potem 12 łopatkowy zamocowany na wale
śmigła. Wraz z wentylatorem zmieniono
zresztą także silnik, na BMW 801 (był
bardzo udaną konstrukcją, pozostał w
rożnych mutacjach już do końca) co
spowodowało pierwszą przebudowę płatowca
(ten silnik był mocniejszy i cięższy
od poprzednika). Tu gwoli ścisłości
zaznaczę, że drugi prototyp (z
silnikiem BMW 139) rozbił się-
przyczyną było pęknięcie wału
korbowego który nie wytrzymał
temperatur osiąganych w czasie
wysilonej pracy. To wydarzenie także
miało wpływ na przyspieszenie prac nad
zmianą jednostki napędowej. Od tego też
momentu Foka generalnie wygląda już
zawsze tak, jak ją rozpoznajemy na
ilustracjach. Zmieniono podwozie
(przewidziano, i słusznie, przyszły
wzrost masy o 25%), owiewkę kabiny (w
prototypie garb był z pleksi, w serii
metalowy), wzmocniono konstrukcję.
Kabina cofnęła się nieco do tyłu
(rozwiązanie problemu ze spalinami i
temperaturą). Przygotowano się do
produkcji seryjnej, równocześnie
jednak opracowywano nowe skrzydła (o większej
rozpiętości i powierzchni).
Ostatecznie, z nowym płatem, rozpoczęto
produkcję seryjną (w Malborku).
Uzbrojenie i osiągi są tu chyba
nieistotne, każdy ma swoje dane, nie będę
przynudzał. Wersja A-0 miała parę bugów,
które stopniowo eliminowano w drodze do
pierwszego masowego wariantu A-4. Były
to nieśmiertelne problemy z
przegrzewaniem tylnej gwiazdy i przez to
z awariami silnika (częste pożary i
zatarcia), uszkodzenia sprężarki,
otwieranie się w locie osłon silnika
(zbyt słabe zamocowanie, pewnie średnia
przyjemność), trudności z awaryjnym
zrzutem owiewki (powyżej 250 km/h
„kleiła się” do kadłuba,
stąd potem rozwój odstrzeliwanych osłon
i foteli wyrzucanych w późniejszych
niemieckich myśliwcach), a także
nieopanowana jeszcze technologia
wytwarzania śmigła samoprzestawialnego
VDM. Program budowy samolotu zawieszono
do czasu wypuszczenia patcha A-1 (4xMG
17, BMW C-1 1560 KM) .
Chłopaki
przed lotem
Potem,
poprzez wersję A-2 (2xMG 17, 2xMG FF,
2x MG 151/20, BMW C-2, następnie D-2
1700 KM) i A-3 (pierwsze przystosowane
do Umrust-Bausatz, 72 wyeksportowano do
Turcji) osiągnięto standard A-4.
Pierwsza masówka Foki otrzymała
instalkę wtrysku wody z metanolem (boost)
MW 50 (CH3OH, 1:1, około 10
minut a w przypadku przegięcia ciężki
szybowiec o doskonałości drzwi od
hangaru), inna radiostacja (FuG 16) z
linką mocowaną do szczytu statecznika.
Po raz pierwszy zastosowano także
Rustzatze. Samolot zdeklasował Spita V,
przywracając supremację Luftwaffe w
powietrzu. Czas jednak nie stał w
miejscu... Następny był A-5. Dłuższy
o parę cm (inne łoże silnika),
zamiast szczelin w osłonach silnika
wprowadzono ruchome żaluzje, zdjęto
skrzydłowe MG FF (w ogóle we
wszystkich wersjach często je
demontowano, to chyba nie przypadek? ),
nowsza instalacja tlenowa i elektryczny
sztuczny horyzont. Od 1943 roku znacznie
rozszerzono zadania stojące przed
Fokami, tak że ich obciążenie skrzydeł
wykorzystano maksymalnie (kadłub i
podwozie, zaprojektowane
perspektywicznie, miało jeszcze
rezerwy) i po ich przeprojektowaniu
narodziła się wersja A-6 (2xMG 17,
4xMG 151/20 : )). Najczęściej
wytwarzano je w wersji R1 (dwie
podskrzydłowe gondole każda 2x MG
151/20, zdemontowane wewnętrzne działka
w płacie), co zapewniało ogromną siłę
ognia sześciu dwudziestek (zniszczyłyby
nawet Syrenę 105). Następny był A-7,
z uproszczoną instalacja elektryczną,
zamiast MG 17- MG 131 ;), zamiast MW 50
wprowadzono N2O (GM-1), inna
radiostacja, celownik, na froncie
zachodnim także transponder.

Wyprodukowano
jednak tylko 80 egz. (poszukiwany przez
kolekcjonerów na froncie wschodnim i
zachodnim), bo wprowadzono już jego
rozwinięcie. A-8 był najbardziej
masowo wytwarzanym Focke-Wulfem ze
wszystkich, produkowano go dosłownie
gdzie się dało (jakość utrzymywano
na stałym poziomie!!!), miał też
najwięcej wariantów wykonania i
podwieszeń. Ostatnim myśliwskim
wariantem tej konstrukcji był
A-9, z 14 łopatkowym wentylatorem i
2000 konnym silnikiem (miał być 2400
KM, ale nie zdążyli go wprowadzić do
produkcji), statecznikiem pionowym od Ta
152, niektóre miały osłonę kabiny od
F (kryzysik) i drewniane łopaty śmigła
(„Heine”). A-10 pozostał
tylko na papierze. Istniała też
treningowa „szparka”, w
bardzo niewielkich ilościach,
przerabiana z A-5 i A-8, nazwana
odpowiednio S-5 i S-8. Zamiast
wymontowanych bebechów instalacji MW 50
wygospodarowano drugą kabinę z
kompletem sterownic. Kabina trzyczęściowa,
otwierana na bok jak w Mesiu G-12 (głupota,
w przypadku kapotażu żegnaj ciociu).
Sporo Foczek pozostało w podziemnych
fabrykach koło Auxerre (Francja) w różnym
stadium ukończenia. Samoloty te wykończyli
Francuzi (ok. 65 sztuk) i wcielili do
Armee de l`Air jako NC 900, gdzie służyły
aż do lat pięćdziesiątych (ich
dalszy los jest tak różny jak wiele
jest źródeł). Z ciekawostek: pierwszy
A-4, jakiego zdobyli Ruscy (w jednym
kawałku), lądował przymusowo z powodu
odstrzelenia sobie śmigła (awaria
synchronizatora broni). Pilot został
przesłuchany, a następnie
rozstrzelany. Potem okazało się że kłamał
i zabili go niepotrzebnie. Z kolei
jednym z wielu eksperymentalnych wariantów
uzbrojenia Foki był zestaw SG 117
Rohrblock. Było to siedem luf działek
MK 108 (30 mm) ustawionych pionowo w kadłubie
i walących radośnie w górę za
impulsem z fotokomórki, uruchamianej
przez lecący wyżej bombowiec. Taki
Improved Schrage Musik..... W innej
wersji były to dwie lufy MK 108
zabudowane pionowo w skrzydłach (SG 113
A Forstersonde), albo trzy pionowe lufy
MK 108 w kadłubie ale w wersji light (SG
116 Zellendusche). Stosowano także
FastPack (ale nie od F-15), nazywało się
to Doopelreiter i mocowane było do krawędzi
spływu albo do natarcia. Nie wyszło
jednak poza stadium prototypu. Ponadto
na niewielką na szczęście skalę (kryzysik)
zastosowano przeciw bombowcom frontu
zachodniego rakiety powietrze-powietrze
sterowane przewodowo Ruhrstahl X4 (Ru
349). A-8 był też etatowym headcrabem
zespołów Mistel w czasie ataków na
mosty na Renie i na żeglugę aliancką.
Kółko ogonowe, wciągane do połowy (kółka)
w podstawę statecznika pionowego, za
pomocą prostego i niezawodnego
mechanizmu- linki połączonej paroma
wielobloczkami z prawą golenią
podwozia głównego.
A-5 W malowaniu JG300
Tyle
o Foczce w telegraficznym skrócie.
Wersji „bombowej” F i G nie
ruszam, bo nie występuje w grze,
nadmienię tylko że oprócz innej osłony
kabiny, miała zredukowane uzbrojenie
(skrzydłowe), ale np. przy zamianie
standardowego ETC 501 na E4 i pod skrzydłami
ETC 50(71) F-8/R1 mogła zabrać aż
osiem bomb odłamkowych o masie 50-75
kg- cztery pod kadłubem i po dwie pod
skrzydłami. Foka dała też początek
wersji D-9 i jej ewolucji, Ta-152, ale
to już zupełnie inna bajka. Nadmienię jeszcze, że moim faworytem
związanym z „rozbrojonymi”
Fokami F jest niejaki Helmut Mischke (SG
2), gość który 20 lutego 1945 wśród
ogólnej beznadziei i degrengolady
ewakuowanej i otoczonej Kurlandii spuścił
do kibla osiem sowieckich samolotów w
jednym locie bojowym, z czego cztery z
pełnym ładunkiem bomb po drodze, a
drugie cztery wracając. Mało? 11 marca
spuścił jeszcze dziewięć, cztery w drodze do celu z bombami i pięć
wracając. Just cruisin`... Wysoki
poziom wyszkolenia sowieckich orłów
plus nieograniczone zaplecze sprzętowo-kadrowe
zawsze było moim ulubionym tematem na
historii. Ciekawą sprawą jest fakt, że
podstawowym samolotem jednomiejscowym
Luftwaffe był BF-109 i że jego właśnie
używali najwięksi z wielkich, chociaż
o wiele lepszym samolotem była Foka, na
którą dopiero stopniowo przesiadali się
Luft-killerzy kalibru Barkhorna czy
Nowotnego, choć i tak nie wszyscy (Hartmann,
Galland). Układy panujące w
strukturach polityczno-gospodarczych
tysiącletniej Rzeszy były czasem
naprawdę zadziwiające (skąd my to
znamy?), kuriozalnym przykładem tego
stał się Ba 346 Natter. Być może to
częściowo tłumaczy fakt klepania do
ostatniej chwili masowo Messerschmitta,
choć strategiczne materiały były już
na wagę złota (drewniane usterzenia
niektórych serii K-4, drewniane
odrzutowce Salamander), zamiast
przerzucić całej produkcji na bardziej
perspektywiczne odrzutowce i osłaniające
je Foki. Na szczęście w tym przypadku
szaleństwo i wrodzony talent Adolfa
wyszły Europie na dobre, i odrzutowce
tylko mogły pokazać, na co byłoby je
stać, gdyby pozwolono je robić... To
samo dotyczyło rozwojowych wersji Foki,
w tym genialnego Ta 152, który raczej
nie miał napędzanej tłokowo
konkurencji (ja wiem że był Tempest i
Spit XIV, ale podtrzymuję powyższe).
Pozdrawiam
YoYo, który na dzień dobry w moim
pierwszym w życiu kontakcie z MP zepsuł
mi prawe skrzydło, niech go drzwi ścisną.
Focke
Wulf 190 w grze IŁ-2
"Sturmovik"

Poniżej
przedstawione są wersje Focke Wulfa 190
występujące w grze (IL-2):
A-4
- można
na nim polatać
-
U1-
2xETC 501 pod skrzydłami,
wymontowane MG FF (czyli w skrzydłach
zostały „tylko” MG
151/20)
-
U3-
ETC 501 pod kadłubem (250/500 kg
albo 300 l), zachowane całe
uzbrojenie strzelecki, pierwowzór późniejszego
F-1
-
U8-
j.w., ponadto podskrzydłowe TC 50
(po dwa na skrzydło, 50 kg)
-
R6-
W.Gr. 21
A-5
-
można
polatać po zainstalowaniu patcha
-
U2-
nocny, listwy antyodblaskowe, tłumiki
płomieni na kolektorach, ETC 501
pod kadłubem i 300 l pod każdym
skrzydłem, bez MG FF
-
U3-
analogiczny do A-4/U8, pierwowzór
F-2
-
U3Tp-
tropikalny, filtry na wlotach i sprężarce,
sztucer myśliwski, zestaw przeżycia
na pustyni
-
U4-
Rb12,5/5x9, reszta tak samo jak
oryginał, była też wersja U4Tp
-
U8-
ETC 501 podkadłubowy, 300 l
podskrzydłowe, bez MG FF
-
U9-
szturmowiec, 2x MG131 kadłub, 4x MG
151/20 skrzydła (2 egz., W. Nr.
812, 816)
-
U10-
prototyp A-6 (inne skrzydła, jeden
egz. W. Nr. 861)
-
U11-
tylko W. Nr. 1303, dwa MK 103 w
podwieszeniach
-
U12-
tylko W. Nr. 813 i 814, podwieszenia
2x 2 MG151/20 (razem osiem
działek 20mm- czy tu celowanie miało
jakiś sens? Poza tym w czasie serii
można było się sypnąć jeśli prędkość
była niewielka, taki był
sumaryczny odrzut. Przypomina to
historię z Mi24, który w czasie pełnej
salwy w wariancie 4xUB32 z 200 km/h
praktycznie staje w miejscu)
-
U13-
tak jak U8, dodatkowo na natarciu
skrzydeł noże przeciw linom balonów
zaporowych
-
U14-
torpedowy, statecznik od Ta 152, wyższa
goleń kółka ogonowego, bez MG FF,
tylko W. Nr. 871 i 872
-
U15-
j.w., ale dla torpedy kierowanej
Blohm u Voss LT 950
-
U16-
MK108 w skrzydłach zamiast MG FF
-
U17-
prototyp F-3
W
grze nie ma A-6 i A-7 prawda?

A-8
-
-
R1-
podwieszane MG151/20
-
R2-
zamiast MG151/20- MK108
-
R3-
podwieszane MK103
-
R7-
killer amerykańskich bombowców,
silnie opancerzony i niewrażliwy na
amerykańskie ,5 cala kaemy; problem
tylko w tym by go nie spuszczono po
drodze i by w ogóle dogonił te
bombowce, z uwagi na ograniczoną
masą prędkość i manewrowość
-
R8-
j.w., zamiast MG151/20 Mk108, z
niektórych wyjęto MG 131 by je
odciążyć bo już w ogóle było
przegięcie. Na takim ponurym żniwiarzu
posuwał m.in. Barkhorn.
-
R11-
podgrzewane szyby, autopilot PKS 12,
od `45 radionamiernik FuG 125
„Hermine”, mocniejsze
BMW 805 TU. Nigdy nie produkowany na
skalę masową. Wyprzedzał swoją
epokę pod względem lotów IFR o
jakieś 5-10 lat.
-
R12-
potem w R11 w miejsce MG 151/20
zamontowano MK 108.
Zimowe,
frontowe malowanie, dobrze znane użytkownikom
FW w IL-2 podczas kampanii
stalingradzkiej
Rzeźnicy
w Akcji
Suplement
po dodatku IL-2 : Forgotten Battles

związku
z pojawieniem się w dodatku Forgotten
Battles kilku nowych wersji
przedstawionych tu samolotów, których
nie było wcześniej, uzupełniam
informacje które wcześniej uznałem za
nieistotne (z przyczyn podanych powyżej).
Od razu też zaznaczam, że nie jestem
pierdolnięty i nie będę pisał tego
co już dawno napisano, tym bardziej jeśli
napisano to dobrze. Tak więc uważam że
u Doktora i Szmajsa jest o Fw-190F i G
wszystko co trzeba i tam sobie to sprawdźcie
(strona KG200 w LINKACH), a tu wstawiam
tylko swoje przemyślenia na ten temat i
parę słów o Dorze, bo tam jest za mało.
No i tylko u YoYeczka pojawi się na
razieTa-152.
Tak
zatem na początek dopowiem parę zdań
o samolocie Focke-Wulf 190, który
opisaliśmy tylko do wersji A-9, jako próby
dalszego rozwoju najbardziej udanej i
masowo wytwarzanej wersji A-8. Obecnie
mamy możliwość zapoznania się także
z innymi wersjami tej doskonałej
maszyny. Pojawiła się wersja F. Wersja
ta zasadniczo nie jest jakimś szczególnym
odstępstwem od klasycznego myśliwca
frontowego, jakim był Focke-Wulf 190A.
Specyfika działań wojennych wymogła
opracowanie samolotu zdolnego udzielać
bezpośredniego wsparcia walczącej na
ziemi piechocie, i pod tym kątem
przystosowano ten samolot. O ile Mietek
się do tego kompletnie nie nadawał z
uwagi na swoją delikatną konstrukcję,
o tyle Foka będąc bardziej odporną na
uszkodzenia, a jednocześnie mając potężny
silnik i lepsze charakterystyki na
niskich wysokościach, nadawała się do
tego doskonale. Zauważmy, że już wkrótce
okazało się, że dwa takie samoloty
mogły narobić większych szkód niż
pojedynczy Heinkel 111, zachowując przy
tym zdolności myśliwca w przypadku
napotkania przeciwdziałania samolotów
przeciwnika i wymagając przy tym tylko
dwóch ludzi, a nie ośmiu czy dziesięciu.
Kwestią pozostawał tylko zasięg, który
oczywiście większy miał samolot większy,
czyli Heinkel. Do czego zmierzam; to
jest podstawowa różnica pomiędzy
opracowaną wersją Focke-Wulf 190F i G.
Zasięg. F był samolotem bliskiego
wsparcia, zrzucającym bombsztale tuż
za frontem i mogącym zaraz wchodzić do
walki. Niedostatek zasięgu tej maszyny
miał zrekompensować samolot w wersji
G, czyli praktycznie to samo tyle że
zasięg powiększono kosztem udźwigu.
Dla odchudzenia konstrukcji, poza
zdemontowaniem zewnętrznych działek,
wyjęto też kadłubowe ciężkie
karabiny maszynowe (które pozostały w
wersji F i po tym łatwo od razu
samoloty te odróżnić). Pod skrzydłami
na zamkach zamiast bombsztali
podwieszano dodatkowe zbiorniki paliwa.
Obiektywnie trzeba przyznać, że
samolotów tych było stosunkowo
niewiele, a kurczący się ciągle front
z czasem postawił pod znakiem zapytania
celowość ich stosowania. Zakres przeróbek
był na tyle niewielki a specyfika
wykonywanych zadań z czasem na tyle
podobna, że zaprzestano całkowicie
produkcji wersji G na korzyść niemal
bliźniaczej w późnych seriach wersji
F. To tyle w temacie wersji G, gdyby
kiedyś się pojawiła, żeby nie trzeba
było do tego już wracać. Bombowe Foki
najbardziej znane są chyba z okresu
nocnych bombardowań nękających jakie
zaaplikowano herbaciarzom jakiś czas po
Bitwie o Anglię, w zasadzie aż do
inwazji w Normandii. Później loty
takie, przeprowadzane również z
Norwegii, straciły na znaczeniu w związku
ze spadkiem ich liczby. Pojedyncze loty
nad Wielką Brytanię wykonywały
odrzutowe Arado jeszcze w 1945 roku, ale
to nie było już zupełnie istotne
wobec braku broni nuklearnej i strachu Wąsika
przed użyciem broni biologicznej czy
chemicznej. Drugim teatrem działań,
gdzie na dużą skalę stosowano te
samoloty, był wiecznie nienasysony sprzętem
Front Wschodni. Samoloty te stanowiły
jeden z najliczniejszych modeli samolotów
po stronie niemieckiej, wykonując
dziesiątki ataków na cele naziemne,
ale wobec nieprzebranej fali nacierających
czerwonoarmistów jedyne co mogły
dokonać to opóźniać
klęskę własnych wojsk.
Samoloty te, mimo że zubożone wobec
klasycznych wersji myśliwskich o
minimum zewnętrzne działka i
instalacje podwyższające moc silnika,
a ponadto obciążone dodatkowymi 36
kilogramami opancerzenia, radiostacją
do współpracy z wojskami naziemnymi
(nie seryjnie, ale wiele samolotów,
szczególnie szczebla sztabowego) i różnymi
zakłócającymi opływ powietrza
zamkami i antenami, po zrzuceniu ładunku
stawały się niemal pełnowartościowym
myśliwcem, na którym dokonano wielu
zwycięstw w walkach powietrznych
(obiektywnie jednak trzeba przyznać, że
było to raczej skutkiem ciągle
fatalnego poziomu lotnictwa sowietów,
nie wydaje mi się bowiem możliwym by
samoloty o tak pogorszonych osiągach
względem zwykłej Foki poradziły sobie
na froncie zachodnim, gdzie Foki A-8
goniły resztkami sił wobec coraz
szybszych Spitów i Tempestów).
Samoloty
te z powodzeniem mogły zabierać
półtonową bombę lotniczą, co w
Mietkach bywało mocno problematyczne i
wymagało betonowych dróg rozbiegu, a
oficjalnie było zabronione. Interesujące
są szczegóły techniczne związane z
opracowywaniem tych wersji, F i G,
polecam do lektury na noc. Na przykład
oprofilowania zamków dla podskrzydłowych
zbiorników paliwa w G, zapożyczone z
Mietka, okazały się chybionym pomysłem,
bo w tym konkretnym samolocie po
zrzuceniu zbiorników generowały większy
opór, niż same nieoprofilowane zamki,
a w locie ze zbiornikami i tak nie miało
to znaczenia. Ostatecznie Foki latały
bez tych osłon. I tak dalej...
Maszyny
te ewoluowały do końca wojny, dowodząc
że były udaną konstrukcją, choć
wojnę przegrały. Z czasem pojawiła się
nowa owiewka, o bąblowatym kształcie,
umożliwiająca lepszą obserwację nie
tylko sytuacji z tyłu, ale i tego co
pod spodem po bokach. Dziś takie szyby
stosuje się np. w śmigłowcach (ale
nie szukajcie ich w Mi-2).
Modernizowano też silnik,
optymalizując go do swojego typowego środowiska,
czyli małych wysokości. Pod koniec `44
roku pojawił się dodatkowy
wtrysk paliwa do kolektora,
pozwalający urwać jeszcze trochę mocy
w gęstym powietrzu nad ziemią. Uważam,
że był to dobry samolot szturmowy,
lepszy od swojego odpowiednika u
herbaciarzy, czyli samolotu Typhoon, któremu
odpadał ogon i wiecznie psuł się rzędowy,
24 cylindrowy silnik. Choć zdaję sobie
oczywiście sprawę, że wiele osób
znających się na rzeczy uważa Tajfuna
w bezpośrednim starciu za lepszego od
Foki i pogromcę niemieckich pociągów
(jestem otwarty na dyskusję). Myślę
że Thunderbolt był najlepszym
szturmowcem tego okresu, jeśli chodzi o
bezpośrednie wsparcie, a Sturmovik
zdecydowanie najgorszym, jeśli pominąć
jego główną broń: ilość. Z
samolotem tym związane jest też wiele
wariantów nietypowego uzbrojenia,
czasem dziwacznego, jak SG 113 czy
Panzerschreck, ale czasem będącego
zwiastunem nowej ery w lotnictwie, jak
X-4. Tyle moich przemyśleń tutaj,
resztę macie w monografiach.
Prototyp
FW-190 V-13 z rzędowym silnikiem
Teraz
Focke-Wulf 190D. Pojawienie się Dory
narobiło pewnego zamieszania w
powietrzu, choć już nie takiego jak
pierwsze Foki A, które pod koniec wojny
dostawały już zadyszki w starciu z
najnowszymi maszynami aliantów. Dora była
bardzo dobrym myśliwcem, przez wielu
uważana za najlepszy niemiecki myśliwiec
seryjny, poza maszynami high-tech, ale
było już za późno, a tych maszyn
zbyt mało, by miało to znaczenie. Dora
była typowym przedstawicielem samolotów
nowej fali, oznaczającej zmierzch
klasycznych walk powietrznych, i
nieuchronne nadejście ery szybkich
samolotów, dokonujących błyskawicznego
ataku i odseparowania, często kończącego
walkę bez względu na wynik. Manewrowym
myśliwcem nie był Mustang, ani Thud,
ani Tempest, ani nawet ostatnie Spity,
co byłoby nie do pomyślenia dla pana
Mitchella. Tak samo nie był manewrowym
myśliwcem Mietek ostatnich serii, i
takim nie mogła zostać Dora, mimo że
jej protoplasta, Foka A, na małych
wysokościach był samolotem zwrotnym, a
współczynniki przechylania miał
najlepsze do końca wojny. Był to
bardzo szybki samolot, o doskonałych
parametrach wznoszenia i wielkim
potencjale energetycznym, stawiającym w
bardzo niekorzystnej sytuacji taktycznej
większość poza Tempestem alianckich
samolotów, próbujących nawiązać
walkę z Dorą w płaszczyźnie
pionowej. Ale to wszystko kosztem zwinności
i zwrotności, podobnie jak u jego
konkurentów. Silnik Dory miał układ
rzędowy z wrażliwym na uszkodzenia układem
chłodzenia cieczą, dlatego opancerzono
go w najważniejszych miejscach (dwa
stalowe pierścienie 11mm i 6 mm) i dzięki
czemu Dora zachowała typową dla Fok
dzielność bojową. Ponadto
zabezpieczono pilota płytą pancerną
połączoną z zagłówkiem. Uzbrojenie
Dory początkowo było małym powrotem
do normalności wobec tego co prezentowały
Foki A, niemniej dwa działka MG 151/20
i dwa ciężkie karabiny maszynowe na
swoje argumenty nie pozostawiały nikogo
obojętnym. Zauważmy, ze hitlerowcy do
końca trzymali się koncepcji mniejszej
szybkostrzelności (synchronizator) w
zamian za nieporównanie lepszą celność
broni zabudowanej kadłubowo. Rosjanie
poszli tą samą drogą, choć w świecie
jaki nam stworzył Olo M. ruskie
samoloty sieją niemiłosiernie przez śmigło,
jak gdyby nigdy nic. Z czasem, pod
koniec produkcji, powstały serie
powracające do chlubnych tradycji Fok
A, i zabudowywano działko MK-108
strzelające poprzez wał śmigła
zamiast kadłubowych karabinów
maszynowych, a ostatecznie skrzydłowe
działka również zastąpiono przez
MK-108. Samolotów takich na szczęście
dla alianckich bombowców było jednak
niewiele, kilka serii po kilka sztuk.
Wiadomo np., że jedyny egzemplarz serii
D-11 latał jako jeden z czterech
samolotów Fw-190D w ramach
Platzschutzstaffel w JV44. Był to
bardzo nowoczesny samolot, wiele z nich
miało wyposażenie umożliwiające loty
w każdych warunkach pogodowych i
autopilota (PKS
12 plus FuG 125 Hermine).

Prototyp
V-53
Dora
to bardzo groźny myśliwiec, myślę że
raczej przewaga liczebna uchroniła
aliantów od dużych strat z ich strony,
biorąc pod uwagę że maszyny te
pilotowane były często przez pilotów
lepszych od ich statystycznych kolegów
po drugiej stronie celownika. Dora
powstała jako naturalny sukcesor Fok A,
dla których niebo powoli robiło się
coraz bardziej niegościnne. I w
zasadzie była to zwykła Foka, tyle że
z innym silnikiem, mającym dać jej
drugą młodość. Były trzy różne
koncepcje nowego napędu, nazwane Fw-190
B,C i D. Ostatecznie problematyczny i
zbyt skomplikowany jak na sytuację w której
znajdowały się jednostki na frontach
silnik od Mietka został zarzucony, choć
początkowo to właśnie na nim miał
polegać nowy samolot. Mietki z tym
silnikiem miały zresztą wiecznie
problemy, których nigdy nie usunięto.
U Doktora już to gdzieś jest zresztą,
to sobie zobaczcie. Wybrano silnik Jumo
213, dwunastocylindrowy widlasty silnik
o pojemności 35 litrów, dedykowany ówcześnie
dla bombowców (z jego słynną
instalacją chłodzenia powodującą że
w rzucie czołowym wyglądał jak silnik
gwiazdowy). Silnik ten miał własną
sprężarkę dwubiegową, z automatyczną
regulacją. Początkowo kontrowersyjny,
wywołujący głupie komentarze wśród
pilotów, okazał się najlepszym
wyborem. Potwierdziły to późniejsze
testy: bez dopalacza, sam z siebie
generował 1750KM mocy startowej, zużywając
przy tym około 600 litrów paliwa B4 na
godzinę (moc przelotowa 1300KM, a więc
także olbrzymia, przy spalaniu 370 litrów).
Biorąc pod uwagę jakimi 87 oktanowymi
szczochami było to paliwo, wynik
rewelacyjny. Silnik bez problemów
utrzymywał moc bojową 1600KM, mogąc w
razie potrzeby użyć dopalacza i zwiększyć
przez ponad 10 minut moc do ponad 2200KM
(następnie trzeba było odczekać aż
panewki ostygną i ulegną przejściu z
formy płynnej w stałą). Instalacja
pozwalała na łącznie 40 minut
dodatkowego dopalania, choć nie było
to rozsądne wobec braku nowego silnika
w bazie, ponadto kryzysowe paliwo B4 nie
pozwalało za mocno rozwinąć skrzydeł,
a na C3 raczej nie należało już liczyć.
Silnik
Junkers Jumo 213 A-1
Była
też wersja light tego systemu, pozwalająca
dzięki mniejszemu obciążeniu silnika
aplikować dodatkową moc przez około
20 minut, kosztem mniejszego o około
1/3 wydatku mocy. Piszę tu wszędzie
około, bo czy ma dla was kolosalne
znaczenie że 350PS to 346KM i że działało
coś 22 minuty a nie 20 zależnie od
jakości paliwa? Jeśli tak to
przepraszam, ale gdybym miał napisać
wszystko od A do Z to bym chyba musiał
kogoś poprosić do pomocy bo i tak nie
mam wiele czasu na pisanie tych pierdół).
Silnik zainstalowano w całości i bez
przeróbek, co spowodowało znaczne wydłużenie
przodu kadłuba. Dla zachowania
odpowiedniego rozkładu mas wstawiono
dodatkową sekcję w części ogonowej,
przez co maszyna stała się wyraźnie dłuższa
od Foki A. Samolot z tym silnikiem,
czyli wariant D, skierowano do produkcji
po serii prób. W ich trakcie wyszło
sporo problemów, które owocowały
kolejnymi przeróbkami, aż ostatecznie
wersją od której latem 1944 zaczęła
się na dobre kariera tego samolotu stała
się dopiero D-9. Była to jednocześnie
najliczniejsza i dla wielu najbardziej
klasyczna wersja tej maszyny. Nie
wspomniałem jeszcze, że wydłużono
rozpiętość skrzydeł. Maszynę
przewidziano do działań na wysokościach
bardziej ambitnych niż Fokę A, i to
dlatego. Samolot ewoluował do końca
wojny, z czasem stając się słynnym
Ta-152. Silnik początkowo wyposażano w
instalację MW-50, która umożliwiała
w seryjnych Dorach uzyskanie krótkotrwałej
mocy 2200KM na wysokości morza. Z
jednej strony to olbrzymia moc, biorąc
pod uwagę że to moc bojowa a nie
startowa, ale z drugiej strony
instalacja ta ważyła gotowa do pracy
dobrze ponad sto kilogramów, a po jej
zastosowaniu samolot był prawie
bezbronny, grzecznie lecąc by sobie
odpocząć. Było to od samego początku
powodem nieco mieszanych uczuć związanych
z tym systemem w rozmaitych maszynach,
próbowano więc jakoś rozwiązać ten
problem. Jednym z pomysłów była
wersja Dory z trójstopniową sprężarką,
ale samolotów tych było bardzo mało.
Ostatnie serie Dory otrzymały bąblową
osłonę kabiny, opracowaną dla
szturmowców wersji F, i kabina ta była
bardzo lubiana przez pilotów zapewniając
dobrą widoczność w dół po bokach
kabiny. Nie zbudowano więcej niż 700
sztuk tego bardzo dobrego samolotu, ale
to może i na szczęście. W szczytowym
momencie z fabryk wyjeżdżało osiem
samolotów dziennie. O znaczeniu maszyny
dla alianckich planistów świadczy
fakt, że ich produkcja w Malborku była
wystarczającym powodem do
zorganizowania regularnej wyprawy
bombowej na to sympatyczne, ale nieduże
przecież miasteczko. Nie wiem czy to
istotne, tak gwoli ścisłości może
tylko nadmienię, że Dora miała zamek
podkadłubowy i mogła zabierać
zbiornik lub bombsztala nawet 500kg. Nie
bawiono się natomiast w podwieszane
wynalazki pod skrzydłami. Z uwag
eksploatacyjnych nadmienię, że Dora z
powodu bardzo dużego obciążenia
powierzchni skrzydeł, jak wszystkie
niemiecki myśliwce (miała tzw. całkowitą
powierzchnię nośną mniejszą nawet od
Spitfire, o Mustangu z jego genialnymi
skrzydłami nie wspominając), wymagała
stosunkowo dużej jak na taki samolot prędkości
lądowania która wynosiła około
170km/h i sporo uwagi na przestrzeni pół
kilometra na ziemi, natomiast rozbieg z
uwagi na olbrzymią moc wobec masy własnej
nie był dłuższy niż 460 metrów
utwardzonej nawierzchni (również
trawa) przy masie maksymalnej. Co może
być ważne, a o czym Olo zdaje się nie
wspomniał: To nie do końca jest tak,
że długie Foki miały moc maksymalną
(bez dodatków) 1750KM. Otóż nie jest
tajemnicą, że taka moc, osiągana
przez ostatnie Foki A-8, nie wyróżniała
Dory niczym szczególnym jako nowego
typu poza lepszymi parametrami na dużych
wysokościach. Stan ten trwał bardzo krótko.
W warunkach polowych, już w
jednostkach, masowo przerabiano
fabryczny Jumo 213A-1 wyciskając z
niego spokojnie 1900KM, bez dodatków.
Taki tuning lotniskowy, nazywała się
ta przeróbka „Ladedruckssteigerungs-Rüstatz”.
Osiągnięto to poprzez zwiększenie ciśnienia
ładowania i parę poprawek w samym
sterowaniu zasilania silnika. Nie wymagało
to żadnych specjalistycznych dodatków
ani nie miało nic wspólnego z
instalacjami wspomagającymi, które też
zresztą na skalę masową przerabiano
(„Oldenburg system”, niskociśnieniowa
wersja MW-50; na początku 1945 roku
wprowadzono wersję wysokociśnieniową
tego systemu i to jest to co różni w
Fajnym Bublu obie Dory; przed i od 1945
roku, poza przeróbką sprężarki).
Pomysł na te przeróbki narodził się
w warsztatach III/JG54 w październiku
1944 roku, ale już w grudniu było to
zjawisko masowe w jednostkach posiadających
Dory. Jedynym ograniczeniem tej przeróbki
była konieczność nie przekraczania
wysokości 5000 metrów na pełnej mocy
jeśli miała zajść potrzeba zasilenia
silnika dodatkowo systemem MW-50 (po
wojnie Anglicy udowodnili że silnik bez
problemu mógł jednak przeżyć takiego
kopa do około 6000 metrów, choć zależnie
od warunków zewnętrznych).

Jedno
z najlepszych zdjęć Dory wykonanych
kiedykolwiek: maszyna przelatuje tuż
pod amerykańskim bombowcem (widać
standardowe farmerskie bomby M-43). To
zdjęcie ma dwa miliardy podpisów,
m.in. jedni twierdzą że zaatakowany
bombowiec wyrzuca bomby, inni że to
fotomontaż. Ale robi wrażenie.
Dora
w grze lata w miarę rozsądnie jako
samolot i wykazuje właściwości zgodne
z tym co można o niej przeczytać w
poważnych opracowaniach, jest to jeden
z lepiej odwzorowanych samolotów w
naszym wirtualnym świecie, niestety nie
uniknięto także i tu moim zdaniem paru
wad. Po pierwsze, widoczność z kabiny
jest pojęciem względnym dla każdego,
zależnie od jego wzrostu i kąta ułożenia
głowy, ale naprawdę w kabinie Foki
podobnie jak w Mietku można się poczuć
dziwnie, bo kompletnie nic nie widać.
Można goniąc za Pe-8 minąć go i nie
zauważyć. To nie jest raczej w porządku.
Najgorszą widoczność z kabiny jaką w
życiu widziałem ma MiG-27 (jako czeski
MiG-23BN). Ale nawet tam widać
cokolwiek. Po za tym Dora w grze nie
trzyma parametrów silnika podanych w
instrukcji fabrycznej Dory, w funkcji prędkości
i wysokości lotu. Może patch to
zmieni, zobaczymy.
Forgotten Battles i świeczki zapalone
(d-9 1944)
Wkrótce
pojawi się Ta-152,
więc od razu coś i o tym, żeby potem
był spokój.
Myśliwiec
Kurta Tanka - Tank Ta-152 i nie chodzi
tu o sowiecki czołg ...
To
jest kolejny przykład tego, jak można
coś kisić tak długo, aż jest już za
późno by cokolwiek z tym zrobić.
Ponadto jest to rzadki przypadek by,
wbrew obiegowej opinii, coś co wygląda
zaledwie przeciętnie i niezbyt
foremnie, miało wrodzoną chęć do
latania. Nasz bohater wygląd miał
niezbyt ciekawy, nie wyglądał na
rasowego myśliwca. Tu coś za długi,
tu jakiś garbaty, na końcu statecznik
ogonowy w porównaniu ze Spitfire XVI też
jakiś nijaki.. Ta-152 moim zdaniem był
najlepszym napędzanym tłokowo myśliwcem,
jaki wziął udział w tej cholernej
wojnie. Jak to jednak się stało, by
samolot, który spokojnie mógł operować
już w 1944 roku, wziął udział
zaledwie w epizodzie ostatnich dni III
Rzeszy, razem z maszynami pokroju La-7,
Jak-9U czy P-47M, czyli bez żadnego
znaczenia, mając technicznie minimum
rok przewagi? Ano, było tak:
Odkąd
powstawał Focke-Wulf 190D, od samego
początku prof. Tank upierał się przy
zastosowaniu silnika DB 603. I tak
naprawdę, cały czas wszystko kręciło
się wokół tej kwestii, również w
przypadku Dory (jeden z prototypów tego
samolotu miał taki napęd, ale silnik
ten wiecznie się psuł i stanęło na
Jumo). Tank upierał się przy silniku
firmy Daimler, jako bardziej rozwojowym
i perspektywicznym, ponadto motor ten
obliczeniowo miał mieć lepsze
parametry na dużej wysokości. RLM
natomiast cały czas narzucało silnik
Jumo, mimo jego raczej ciężarowej
proweniencji, a także zamkniętej drogi
rozwoju (mechanicy w jednostkach
polowych udowodnili że silnik ten można
było jednak rozwinąć, wspomniałem o
tym przy długiej Foce). Trudno dziś
powiedzieć, kto miał rację, silnik
Jumo był i działał, silnik Daimler był
w wiecznej fazie prób i ciągle były z
nim problemy. W sytuacji w jakiej były
Niemcy w tym okresie może rzeczywiście
lepiej było nie kombinować za dużo,
tylko robić swoje. Ale nawet z
silnikiem Jumo, rozwój samolotu stał w
miejscu. W końcu okazało się, że
budowany od połowy wojny samolot omal
nie zdążył wziąć w niej udziału, a
wersja z silnikiem Daimler nigdy nie
została ukończona, bo zanim ktoś się
namyślił, fabryka tych silników została
zdobyta przez jankesów, a poza tym
koniec wojny był już oczywisty. Tak
oto
spieprzono kolejną rzecz o
kolosalnym prawdopodobnie znaczeniu dla
losów wojny i wojnę tę dzięki takim
poczynaniom przegrano.
Focke Wulf Ta-152 na rampie
Ta-152
był oczywiście naturalnym sukcesorem
samolotu Fw-190D, który nieustannie
rozwijano. Nazwę zmieniono dla
uhonorowania pracy Kurta Tanka, który
miał wielki autorytet wśród pilotów
(m.in. dlatego że osobiście oblatywał
wszystkie swoje samoloty, a poza tym bo
robił dobre samoloty) i w RLM. Idee-Fix
Tanka, czyli silnik DB-603, ciągnął
się za nim nieustannie. Już od czasów
prototypów długiej Foki, także Ta-152
cały czas miała równolegle
opracowywaną wersję pod ten silnik,
nieustannie forowaną przez
konstruktora. Ostatecznie spośród
kilku wersji, jakie opracowano, tylko
wersja C miała mieć ten silnik, ale
żaden egzemplarz nie zdążył
zostać przyjęty na stan Luftwaffe.
Podobnie wersja rozpoznawcza, E, która
zaistniała bojowo w jednym jedynym
egzemplarzu. Jedynie maszyny serii H zdążyły
powstać w kilkudziesięciu
egzemplarzach i częściowo się
uoperacyjnić, chociaż do końca wojny
żadna z wyposażonych w nie jednostek
nigdy nie skompletowała więcej niż
kilku-kilkunastu sztuk użytkowanych
razem z Fw-190D, a zdecydowana większość
z nich została zniszczona na ziemi
oczekując na rozprowadzenie do
jednostek. Te w jednostkach również
nie wszystkie były sprawne, ponieważ
większość lotnisk była już odcięta
od dostaw, i większość samolotów
rozebrano na części zamienne dla
pozostałych, sprawnych maszyn. Poważniejsze
uszkodzenie czy usterka praktycznie
eliminowała maszynę na zawsze i można
było ją skasować ze stanu. W tej
sytuacji raczej jako ciekawostkę
wymienię jeszcze prototyp wersji S,
dwumiejscowej szkolnej, prototypy serii
A i B, zasadniczo tożsamych z C
(kwestia uzbrojenia i wyposażenia) oraz
plany zastosowania tego samolotu w zespołach
Mistel.
Rzut na Ta z boku
Co
ciekawe, geneza tego samolotu sięga
roku 1940, kiedy to powstawała
koncepcja budowy Fw-190D. Dora była
krokiem naprzód w stosunku do Foki A,
ale zbyt małym w sytuacji w jakiej były
Niemcy. W tym też czasie, w związku z
nasileniem nalotów amerykańskich
bombowców po 1942 roku, stało się
jasne że potrzebny jest prawdziwy
wysokościowy myśliwiec. Konkurs na
taki samolot przyspieszył fakt
wprowadzenia przez farmerów samolotu
B-29, którego pojawienie się nad Europą
było dla faszystów całkiem realne, a
jego operacyjny pułap dla zwykłych Fok
był nieosiągalny w warunkach bojowych.
Potrzebny był jeszcze lepszy samolot.
Nieustanne rozwijanie samolotu
Focke-Wulf 190D, który nie był jeszcze
prawdziwym wysokościowcem, skupiło się
na czterech prototypach (powstały one w
różnym czasie), o zróżnicowanym
kierunku przeróbek. Samoloty te nazwano
odpowiednio Fw-190Ra 1,2,3 i 4.
Messerschmitt klecił tym czasem swojego
Bf-109H. Samolot który projektował pan
Tank jako wspomniane prototypy był początkowo
zwykłą Dorą z różnymi wariantami
wyposażenia i skrzydłami, ostatecznie
dodanie dodatkowych paneli wydłużających
rozpiętość okazało się tym właściwym
kierunkiem. Silnik Jumo-213A zmienił się
w Jumo 213E, z bardzo dobrą trójstopniową,
dwubiegową automatyczną sprężarką z
chłodnicą powietrza doładowującego,
o jakiej jankesi mogli wtedy tylko
pomarzyć (kufajmani w charakterze sprężarki
używali wtedy miecha ukradzionego z kuźni
wioskowego kowala). Samolot nieznacznie
wydłużono, a kabinę przesunięto do
tyłu aby zapewnić odpowiednie wyważenie
kadłuba. Powiększono statecznik
pionowy, dostosowując jego większą
powierzchnię do pracy w rozrzedzonym
powietrzu. Stateczniki poziome w późniejszym
czasie również powiększono. Silnik
przystosowano do zabudowy wszelkich dostępnych
podówczas dopalaczy. W prototypach
zabudowano uzbrojenie z jakim dojść do
ładu nie mogła dotąd Dora (poza
nielicznymi egzemplarzami), czyli MK-108
strzelające przez piastę śmigła i
dwa przykadłubowe MG 151/20 w skrzydłach,
ponadto eksperymentowano z dodatkowymi
MG 151/20 w kadłubie w miejscu gdzie
Dora miała karabiny maszynowe.
Ostatecznie ten ostatni pomysł
zarzucono, z uwagi na bezcelowość i
niepotrzebny wzrost masy. Nie było
takiego samolotu który byłby w stanie
wytrzymać ostrzał nawet wersji
podstawowej prototypu. Ostatni prototyp
oczywiście miał zabudowany silnik DB
603, i oczywiście się zepsuł.
Prototypy początkowo były rozwinięciem
Dory, ale już od końca 1942 roku
pojawia się nazwa Ta-152 i samolot nie
jest już zwykłą kolejną Foką. Ra-4
staje się wiecznie testowanym Ta-153,
Ra-2 stanie się Ta-152C który nigdy
nie zostanie ukończonym z powodu ciągłych
sporów o silnik, a Ra-3 z przedłużonymi
skrzydłami da początek jedynemu ukończonemu
na poważnie samolotowi tej serii, czyli
Ta-152H. Prototyp seryjnego samolotu
tego typu ukończono latem 1944 roku,
jako niepriorytetowy. Samolot mógł
spokojnie powstać pod koniec 1943 roku,
biorąc pod uwagę ślimacze tempo prac
i niejako fuchę w ramach której
powstawał. Do końca 1944,
prawdopodobnie od października, ruszyła
nieśmiała produkcja serii próbnej
H-0; wykorzystano przy tym nieukończone
kadłuby Fw-190C i innych prototypów.
Samolot nie miał zbiorników paliwa w
skrzydłach, ale już następne serie
miały takie zbiorniki. Zbiorniki nie
tylko wyłożono masą samozasklepiającą,
ale ponadto opancerzono, pozostawiając
także opancerzenie pilota i silnika jak
w Dorze. Maszyny prawie wszystkie miały
pełne ówcześnie dostępne wyposażenie
do lotów IFR, w każdych warunkach
pogodowych, oraz dość nowoczesne
wyposażenie radiowe. Samoloty te byłyby
nowoczesne nawet dziesięć lat później,
w pełni automatyczne śmigło, gaźnik
i sprężarka, autopilot, wszystkie były
wyposażone w instalację MW-50 dla małych
wysokości i GM-1 dla dużych, gdyby
trzeba było sobie pomóc dopalaczem,
oraz przystosowane były do zabudowy
wszystkich wynalazków jakie faszyści
mieli wtedy w swym arsenale, włącznie
z celownikiem na podczerwień dla lotów
nocnych. Zbudowano od stycznia 1945 roku
do opanowania fabryki przez Sowietów
nie więcej niż 150 sztuk tego
samolotu, będącego poza jakąkolwiek
ówczesną konkurencją. Samolot miał
opinię łatwego i przyjemnego w pilotażu,
mimo dłuższych skrzydeł był
samolotem prawdopodobnie zwrotniejszym
od Dory (z uwagi na większe
powierzchnie sterowe). Samolot łatwo
osiągał dopuszczalne w nurkowaniu
przez nękaną brakoróbstwem i sabotażem
fabrykę 800km/h, rozpędzając się bez
problemu do 1000km/h i spokojnie wychodząc
z tej prędkości z kompletem skrzydeł,
stateczników i lotek. Działko duże
miało 90 pocisków, pozwalając oddać
serię mogącą przejść przez cały
Combat Box. Jak się ktoś nawinął to
wygrywał kolację z Ponurym przy świecach.
Dodatkowym argumentem było 175 pocisków
na każde działko w skrzydłach. Rzeźnia.
Samoloty te były obiektem pożądania
wszystkich stron biorących udział w
konflikcie, ich testy kontynuowano
jeszcze w 1947 roku. Amerykanie zdobyli
m.in. jedyny egzemplarz z prototypową
jeszcze wydajniejszą turbosprężarką.
Samoloty te wobec ich symbolicznej ilości
i braku paliwa zazwyczaj stanowiły górną
eskortę startujących odrzutowców, i
jak powszechnie chyba wiadomo, na
froncie zachodnim obowiązywało
zalecenie nie zbliżania się amatorom
techniki „vulch” do lotnisk
odrzutowców jeśli Ta-152 krążyły w
powietrzu (bo akurat jakieś paliwo się
znalazło), mimo całkowitej przewagi
ilościowej i praktycznego panowania w
powietrzu aliantów. Także znaną
historią którą może jednak nie
wszyscy słyszeli jest fakt, że
pierwszym pilotem który doświadczył
potencjału tego samolotu był sam jego
konstruktor. Prof. Kurt Tank leciał
sobie jednym z pierwszych Ta-152H z
Langenhagen (Hannover) do Cottbus,
fabryki produkującej te samoloty, na
spotkanie pod koniec 1944 roku, i się
nieco rozczarował jak tuż po starcie
dopadły go cztery Mustangi czyhające
już w powietrzu na mały „vulch”.
Teoretycznie prof. Tank powinien wtedy
zakończyć karierę, tym bardziej że
jego samolot nie miał nawet amunicji
(wyposażenie i uzbrojenie miał
kompletne, poza amunicją). Ale
ponuryzniwiarz miał inne plany. Pan
profesor nie namyślając się wiele
odpalił MW-50 i poleciał na spotkanie.
Farmerzy natomiast jak już znaleźli
szczęki na dnie swoich kabin polecieli
do domu wyprać majty.
Ta-152C
miał być samolotem niskiego pułapu,
wersja H miała działać wyżej. Czas
pokazał, że C nie wystartował w ogóle,
natomiast H poradził sobie wszędzie
gdzie się pojawił. Samolot po prostu
rewelacyjny. Szkoda że brzydki
D-9 w zwrocie
Jak
wiadomo loty wysokościowe to bardzo
niskie temperatury, rzadkie powietrze i
oblodzenie powodujące w krańcowych
przypadkach całkowity brak widoczności
przez oszronioną szybę. Specjalna
konstrukcja skrzydeł minimalizowała
ryzyko i wpływ oblodzenia. Maszyny były
wyposażone w pełni ciśnieniową kabinę,
z podwójnym oszkleniem wiatrochronu. Osłonę
uszczelniał standardowy w tego rodzaju
konstrukcjach przewód gumowy rozszerzający
się pod wpływem sprężonego powietrza
i wypełniający przestrzeń między osłoną
a kadłubem. W ramie osłony umieszczono
ponadto specjalną substancję absorbującą
wilgoć, a dodatkowo szyby były
ogrzewane. Aby jednak moje zachwyty nad
tym samolotem nie zmyliły nikogo,
trzeba dodać, że osiągana przez
poczciwego Jumo w nowym wcieleniu moc
nie zawsze trafiała tam gdzie trzeba.
Na pewno najwięcej tych samolotów
utracono na ziemi na lotnisku
przyfabrycznym i na lotniskach
frontowych, podczas częstych ataków
alianckich szturmowców. Natomiast
straty w powietrzu zdominowane były
przez częste pożary wysilonych silników,
i samoloty takie przeważnie były
tracone, albo podczas przymusowych lądowań
albo wskutek niemożności naprawy na
otoczonych i pozbawionych części
zamiennych lotniskach. Ogólnie jednak
samolot był z pewnością sprawniejszą
konstrukcją (mimo okresu dziecięcego)
niż chlapiący dookoła olejem Bf-109G
i K.



Linki
do str o FW-190 :
http://lemairesoft.digitalrice.com/engins2/870.html
http://www.il2-skins.de/Focke_Wulf_190/FW_190_D/fw_190_d.html
Autorem
tekstu o Fw-190 jest :
Elwood
|