|
Fi
- 156 "Storch"

|

No
to teraz Storch. Storch to taki wszędobylski
samolot do wszystkiego, bardzo udana
konstrukcja i naprawdę z przyjemnością
o nim piszę. Ruscy w pewnym momencie
zatrzymali się w rozwoju swoich samolotów
łącznikowych na U-2; tymczasem
niemiaszki po bardzo udanym debiucie
niejakiego Kurta Tanka z jego Fw-44
(taki niemiecki U-2, z 1932 roku, napędzany
siedmiocylindrowym Siemensem Sh14A o
mocy 150KM; informacja dla Doktora i
Schmeissa: pierwszy sukces firmy
Focke-Wulf, LOL) poszli o krok dalej.
Rok 1932, Challenge. Polski RWD-6 kładzie
wszystkich na cycki. Po dwóch latach
kolejny Challenge, Polacy wyprowadzają
na start swojego RWD-9 i kolejny
knock-out. Niemcom piana ścieka po
krawatach, ale faktem jest że ich
Fieseler Fi 97 (taki nasz RWD 21 mniej
więcej, tylko gorszy) jest dopiero
trzeci. No ładny wuj, panno Krysiu. Chłopaki
pozbierali więc swoje zabawki i wrócili
do domu. Wkrótce też, w 1935 roku RLM
ogłosiło konkurs na lekki samolot łącznikowy
na potrzeby odradzającej się Luftwaffe.
Był to okres kiedy tego typu samoloty
miała praktycznie każda armia, a
niemieckie lotnictwo ciągle operowało
jeszcze samolotami z lat dwudziestych, z
wyglądu przypominającymi bardziej
wystawę-instalację-performance
awangardowych nurtów alternatywnej rzeźby
nowoczesnej zbudowanych w oparciu o
surowce wtórne. Do konkursu przystąpił
prof. Heinrich Focke ze swoim
wiatrakowcem Fw186 (sam Udet nawet mu go
oblatał, bo był jego funfel), poza tym
Messerschmitt, Siebel (który zbudował
coś co wyglądało jak latający
przystanek PKS-u) oraz Fieseler. Ten
ostatni miał najlepszy projekt, i
ostatecznie wygrał. Pierwsze cztery
Storchy rozpoczęły służbę dla
Luftwaffe w ramach „Legionu Condor”
w Hiszpanii już w 1937 roku. Fieseler w
ogóle to był gość, bo choć sam
konstruktorem nie był, to na początku
lat trzydziestych za kasę którą
zgromadził jako sztandarowy pilot
akrobacyjny raczkującej i głodnej rozgłosu
Luftwaffe (BTW: 22 spuszczenia w
pierwszej wojnie dla kajzera) założył
w Kassel małą fabryczkę gdzie
zatrudnił odpowiednich ludzi i rozpoczął
wytwarzanie na małą skalę samolotów
sportowych i turystycznych. Firma wkrótce
stała się znana jako producent samolotów
lekkich, prostych w pilotażu i o właściwościach
krótkiego rozbiegu (lądowania jeszcze
nie zawsze).
Ukoronowaniem
działalności firmy stał się samolot
o najkrótszym w swoim czasie rozbiegu i
zerowym dobiegu, czyli Fiseler Fi-103
znany też jako V-1. Nie jest natomiast
powszechnie wiadomym fakt, że Fi-156
powstawał w pewnym stopniu w oparciu o
bardzo szczegółową analizę
konstrukcji naszych erwudziaków.
Konstrukcję opracowali zatrudnieni u
Fieselera panowie Hermann Winter,
Reinhold Mewes, Viktor Maugscha i znany
nam skądinąd Erich Bachem. Prace
nadzorował jak zwykle osobiście sam
Fieseler, który dbał aby projekt
zanadto nie spuchł i nie przybrał na
wadze. Samolot powstał w sumie z jednej
strony typowy dla tej klasy, z drugiej
jednak z uwagi na osiągi był na pewno
najlepszym tego typu samolotem jaki
kiedykolwiek zbudowano, wliczając późniejszego
Pipera L-3 Cub i Cessnę BirdDoga oraz
oczywiście MiG-a 21. Samolot powstał
na bazie lekkiej kratownicy pospawanej
ze stalowych rurek. Pomiędzy tym ażurowym
snem pijanego hydraulika rozpięte były
duralowe listwy, stanowiące zarazem podłużnice
i profil dla naciągniętego na to
wszystko płótna stanowiącego
poszycie.
Całość
usztywniały druciane cięgna, a samo
pokrycie płócienne z uwagi na
zachowanie możliwości jego pracy
(chodzi o tzw. „pracujące
pokrycie”) było u dołu kadłuba
sznurowane; tylko osłony silnika były
metalowe. Oszklenie kabiny wystawało
poza obrys samego kadłuba, co zapewniało
doskonałą widoczność we wszystkich
kierunkach nie zasłanianych przez
skrzydła oraz w dół. W kabinie
siedziały trzy osoby jedna za drugą,
ale tylko teoretycznie bo miejsca było
tyle że nierzadko leciało sześć osób,
przy czym żołnierze mieli ekwipunek. W
wersji sanitarnej samolot spokojnie
zabierał parę noszy, jedne nad
drugimi, co świadczy też o przestrzeni
użytkowej i ergonomii kabiny. Rekordy
biły Storchy uczestniczące w ewakuacji
okrążonych i skazanych na zagładę
jednostek zamkniętych w kotle demjańskim
oraz ze Stalingradu (pięć osób w
jednej Foce A-5; dwóch w kabinie, jeden
w kadłubie za kabiną zamiast zbiorników
z tlenem i azotem, i po jednym w
wybebeszonych z uzbrojenia skrzydłach
jak „ewakuowali się” z okrążonego
Tunisu do Włoch ponad Morzem Śródziemnym
to naprawdę mieli warunki luksusowe w
porównaniu ze Sorchem, który sam w
sobie ważył 1300kg). Ta wersja
sanitarna z uwagi na szeroko otwierane
burty była przeważnie wykorzystywana
do lotów ratowniczych, kiedy często
pod ostrzałem trzeba było szybko
zapakować kierowcę spuszczonego poza
linią frontu Mietka do środka i
jeszcze szybciej spieprzać. Pojawił się
też z czasem bulaj z gniazdem karabinu
maszynowego (oficjalnie MG 15), z tyłu
kabiny, aby w razie draki opędzać się
od nadbiegających fanów i łowców
autografów. W normalnej wersji drzwi
wejściowe były tylko z prawej strony i
otwierały się do przodu.
Co
ciekawe, pedały orczyka były takie
same jak w Mietku. Skrzydła to
najciekawsza i zarazem najważniejsza część
Storcha. Ich treść stanowił duralowy
podwójny dźwigar, mieszczący przy kadłubie
zbiorniki paliwa z każdej strony (po
dwa, chociaż wyglądały jak po jednym
zbiorniku). Storch zabierał łącznie
maksymalnie około 340l, co pozwalało
mu na dobrze ponad pięciogodzinny lot,
teoretyczny zasięg wynosił przy
takiej ilości paliwa prawie 750 km, ale
w razie potrzeby z dodatkowym
zbiornikiem zasięg mógł być wydłużony
do około tysiąca kilometrów (przy prędkości
przelotowej Storcha 150 km/h trochę to
musiało trwać, ale można sobie było
urozmaicać czas kosiakami); są to
jednak wartości teoretyczne, Storch
bowiem z uwagi na obciążenie
powierzchni nośnej 26m2
przez zaledwie 61kg/m2 mógł
z powodzeniem wykonywać loty
quasi-termiczne, co praktykowano latem w
Europie i oczywiście w Afryce, dlatego
w pewnych warunkach możliwym było
dowiezienie nawet jednej trzeciej paliwa
zabranego na przelot. Zbiorniki wykonano
z drewna, ale wobec szmacianej
konstrukcji całego samolotu ich
ewentualna palność nie rzutowała w żaden
znaczący sposób na całość. Ciekawie
rozwiązano instalację wskaźnika
poziomu paliwa, tak samo jak w naszej
poczciwej PZL-104. Dla
niewtajemniczonych: z każdego skrzydła,
przy kabinie, wystaje w dół rurka ze
szklaną ścianką i podziałką na
niej. Paliwa w zbiorniku jest tyle ile
mniej więcej proporcjonalnie w tej
rurce, pokazuje to pływający wewnątrz
pływaczek. Założeniem tego rozwiązania
była maksymalna prostota czyli
niezawodność, co w tego typu samolocie
pozbawionym specjalistycznych instalacji
i przyrządów jest szczególnie ważne.
Z doświadczenia mogę nadmienić, że
rurki takie po jakimś czasie wskutek
działania czynników atmosferycznych,
zmatowione przez piasek rzucany z podłoża
przez strugi zaśmigłowe, z zawieszającym
się gównianym pływaczkiem którego i
tak przeważnie nie widać, to jest
miodzio. Naprawdę duże zaskoczenie może
być, sam widziałem. Jak brak papieru w
kiblu. Zresztą na przykładzie Wilgi można
pokazać jak wyglądały stałe sloty w
Storchu; idea jest ta sama. Stałe sloty
typu Handley-Page na całej długości
noska, ponadto klapy, które miały
olbrzymie kąty wychylenia (do 40
stopni), a proporcjonalnie wraz z
wychyleniem klap częściowo opuszczały
się także lotki (do 15 stopni, tzw.
klapolotki). Sloty były z duralu, nosek
i spływ oraz klapy i lotki ze sklejki,
a pokrycie skrzydła płócienne.
Skrzydło
o genialnym w swej prostocie obrysie
trapezowym, faktycznie przy tak
zaawansowanej mechanizacji płata i przy
tak niewielkim obciążeniu powierzchni
umożliwiało wykonywanie startów przy
niespełna pięćdziesięciometrowym
rozbiegu pod wiatr 5m/s, czyli zwykłą
bryzę, przy normalnej masie startowej.
Lądowanie wymagało 17 metrów łąki w
takich warunkach (RWD-6 w takich
warunkach mógł wylądować pionowo w
miejscu, a przy 10 m/s mógł lecieć do
tyłu, ale był jeszcze lżejszy i
dwuosobowy). Oczywiście miało to swoje
ograniczenia, bo z takim skrzydłem
bariera dźwięku dla Storcha rozpoczynała
się już przy 175 km/h, ale przecież
ważniejsze było tu, że przy 50 km/h
to też jeszcze leciało. Mógł być więc
jeszcze wolniejszy niż dwupłatowy U-2.
Skrzydła w razie potrzeby można było
składać, do tyłu, w osi poziomej,
samolot miał wtedy 4,7m szerokości.
Statecznik poziomy miał zmienny kąt
zaklinowania, zależnie od
przewidzianego ładunku. Podwozie o
ogromnym rozstawie, z niskociśnieniowymi
oponami, umożliwiało lądowanie w zupełnie
nieprawdopodobnych miejscach.

W
razie potrzeby mocowano także narty.
Przeprowadzono nawet próby z podwoziem
gąsienicowym (pas gumowy), w ramach prób
podwójnego podwozia (jedno koło za
drugim) przystosowanego do lądowania w
błotnistej mazi pokrywającej wiosną
lotniska na wschodzie, ale zbudowano
tylko parę sztuk. Samolot wyposażony
był zależnie od potrzeb w rozmaite
rzeczy, próbowano podwieszać na nim 50
kg bomby przeciwpiechotne w ramach działań
przeciwpartyzanckich, bomby głębinowe
pozostałe w spadku po francuzach, różne
środki łączności, zależnie od
potrzeb, bo i latał Storch wszędzie, włącznie
ze Spitzbergenem. Samolot napędzał rzędowy,
chłodzony powietrzem Argus As10C (ten
sam co w FW-56 Stosser, ulubionym zresztą
samolocie gen. Udeta), odwrócone V8,
utrzymujący moc 200KM i 240KM mocy
startowej. Masa silnika wynosiła
zaledwie 210kg. Nie był jednak aż tak
udany jak opisany poniżej jego większy
brat, i czasem latano bez osłon aby nie
było mu za ciepło (nie tylko w
Afryce). Ogólnie bardzo udany i
popularny samolot, Storchem latał
Hitler z Hanią Reitsch, Gruby,
Churchill, Eisenhower, Montgomery,
Rommel, Guderian, Mussolini i wszystkie
ich przydupasy niższych szczebli to
zrozumiałe, ale to już raczej jako
fury służbowe. Historia Storcha łączy
się oczywiście z końcem faszystów,
bo miał on i w tym końcu swoje pięć
minut, to właśnie Storchem uciekł z
oblężonego Wrocławia, startując
wprost z ulicy Gauleiter Karl Hanke, no
i oczywiście znana operacja wpadnięcia
przelotem na kawkę do Wąsika w oblężonym
Berlinie Haneczki i Rittera von Greim,
którego Wąsik wspaniałomyślnie
mianował naczelnym grabarzem
nieboszczki Luftwaffe. Byli oni
prawdopodobnie ostatnimi ludźmi którzy
opuścili uroczystości związane z
wyzwalaniem Berlina. A najlepszym
sprawdzianem właściwości STOL tego
samolotu był start z
kilkunastometrowego tarasu prosto w
przepaść przy okazji uwalniania Benia
Mussoliniego (zauważyłem, że akcja ta
zawsze się kojarzy ze Skorzennym, który
notabene groził pistoletem pilotowi,
mającemu tego przerośniętego kloca Beńka
na pokładzie i z uwagi na obciążenie
nie chciał Otteńka zabrać, a przecież
główną w niej rolę odegrali piloci
szybowców transportowych oraz autor i mózg
przedsięwzięcia, gen. K. Student, szef
spadochroniarzy). Tego typu akcji
Storchy wykonały bardzo wiele, choćby
operacja zajęcia Kanału Korynckiego.
Po
wojnie produkcję Storcha kontynuowali
Francuzi i Pepiki, bo pozostały im w
spadku po Wąsiku montownie, u Pepików
nazywało się to K-65 Cap (czyli też
Bocian, tylko ich), których kilkanaście
później przekazali w darze narodowi
radzieckiemu w ramach wdzięczności że
ten naród za bardzo ich nie wyzwalał,
a we Francji Morane-Saulnier MS500
Criquet. Durna nazwa. Potem, jak się
skończyły Argusy z zapasów, wstawiono
tam rzędowy silnik Renault 6 (MS501),
potem gwiazdowy Salmson (MS502), potem
amerykański Jacobs (MS505) a potem to
już sam nie wiem. Nieźli byli też
ruscy, którzy w 1940 roku w ramach
delegacji u swojego frienda Wąsika
zakupili kilkadziesiąt samolotów dla
testów, kupili też dwa Storchy
(wszyscy członkowie tej delegacji, włącznie
z Polikarpowem, wylądowali potem w
pierdlu, lub wylosowali atrakcyjne
turnusy wypoczynkowe w leśnych ośrodkach
na Syberii, wspomniałem o tym przy
okazji MiG-a 3). Tak im się Storch
spodobał że Antonow dostał polecenie
od Dżodżo coby szybciutko mu też
takie zrobił. Po zaledwie ośmiu miesiącach
zerżnięta na żywca kopia nazwana OKA
38 z zerżniętą na żywca kopią
Renault 6 uzyskała doskonałe osiągi,
mieszczące się w 117 metrach startu i
zaledwie 160 metrach dobiegu, niestety
dalsze owocne wydłużanie tych parametrów
przerwały serie z MG42 przerywane
salwami PaK 75 gdy w ramach Barbarossa
Tour niemiaszki zaczęli zwiedzać Lwów.
W sumie najdziwniej postąpili Japończycy;
kupili normalnie licencję, kupili parę
samolotów jako wzorce seryjne, i nic z
tym nie zrobili.
Nie
wiem o co chodziło? Storchy stały się
podstawą lotnictwa sportowego odradzającej
się z wojennych zgliszcz Europy, były
też trzonem polskiego lotnictwa
sanitarnego i aeroklubowego. Oczywiście
Polak Potrafi, dlatego dziś w żadnym
muzeum nie zachował się ani jeden choćby
zdezelowany egzemplarz. Storchy, nieważne
jak nazwane i z jakim silnikiem, to już
dziś wielka rzadkość, choć jeszcze w
latach sześćdziesiątych były
zjawiskiem powszechnym w lotnictwie
ultralekkim. Szkoda, naprawdę szkoda.
Nasze aerokluby, sześćdziesiąt lat po
wojnie, ciągle czekają na taki
samolot, na razie strasząc cenami holów
za Wilgą której godzina lotu, o
resursie i kosztach przeglądu do klasy
nie wspominając, przypomina o czasach
kiedy wszystko było wspólne, czyli
niczyje. Rozmarzył się Elwood, stara
pierdoła...
Przy
okazji parę słów o Fw
189, skoro już przy
samolotach łącznikowych i
rozpoznawczych jesteśmy.

Samolot
ten nieodłącznie kojarzy się z
jakimikolwiek operacjami Wehrmachtu,
ponieważ był faktycznie jego oczami i
wyciągniętą ręką. Prawie przez całą
wojnę był to podstawowy taktyczny
samolot bliskiego rozpoznania, zastępując
we wrześniu 1940 roku sędziwego już
Henschla 126 (ten udany niemiecki
odpowiednik brytyjskiego Westland
Lysandera przesuwano stopniowo do
drugiej linii, gdzie z uwagi na swoje
doskonałe właściwości STOL był
drugim po Storchu typem samolotu łącznikowego),
co ciekawe dopiero w 1941 roku został
rozpoznany i sklasyfikowany przez Aliantów.
Całkowicie metalowej konstrukcji
samolot nie wyglądał może na pierwszy
rzut oka zbyt urokliwie, ale już
pierwsze loty w lipcu 1938 dokonane (jak
to przeważnie) osobiście przez jego
ojca Kurta Tanka, wykazały niesamowitą
miłość do latania tej maszyny, co w
połączeniu z brakiem prawdziwych
jednostek taktycznego rozpoznania
zadecydowało o jego wprowadzeniu do
linii. Utworzono specjalną komórkę
wewnątrz struktury pułków
rozpoznawczych Luftwaffe, której członkowie
zasuwali na piechotę (albo raczej na
Greifach lub R-75, brum brum!!!) i współpracując
z krążącym nad ich głowami Uhu
dokonywali bezpośredniego rozpoznania
najbliższego przedpola działań.

Była
to, do czasu utraty panowania w
powietrzu, najbardziej skuteczna i
wydajna metoda rozpoznania przedpola spośród
wszystkich zastosowanych w ciągu całej
wojny na wszystkich frontach przez którąkolwiek
stronę. To właśnie takie grupy (ale
jeszcze wspierane przez Henschle) umożliwiły
Rommlowi jego fantastyczne rajdy na
pustyni, gdzie wodził za nos
parokrotnie większe zgrupowania wojsk
Alianckich za pomocą ciężarówek udających
czołgi. Alianci nazywali te samoloty
„latającym okiem”,
niemiaszki po prostu „sową”
(Fw 189 Uhu), a na froncie wschodnim
utarła się zwyczajowa nazwa
„rama”. Jakby go nie
nazwano, wszędzie jego pojawienie się
mogło zasugerować, że coś będzie się
działo w najbliższym czasie. Samoloty
te mimo niewielkiej ich stosunkowo
liczby (wyprodukowano łącznie zaledwie
846 sztuk A-1, -2 i -3), brały udział
w walkach do ostatnich tchnień wiecznej
Rzeszy. Przeżycie na niegościnnym od
1944 roku dla niemieckich samolotów
niebie umożliwiała im specyficzna
konstrukcja, czyniąca je maszyną
bardzo odporną na uszkodzenia. Znane są
co najmniej dwa przypadki powrotu do
bazy i szczęśliwego lądowania samolotów
z oderwaną całą belką ogonową i częścią
statecznika po ataku taranem przez
sowiecki myśliwiec. Podobnie ich napęd,
niewysilone rzędowe Argusy 410A (odwrócone
V-12, 470 KM mocy startowej każdy) i chłodzone
powietrzem (!), były bardzo udaną
jednostką napędową. Silniki tej firmy
przeważnie kojarzone są lekkimi
samolotami i mają dobrą opinię
(przecież taki Siebel Si 204 w Czechosłowacji
jako jakieś tam Aero czy inny Letov służył
jeszcze w latach siedemdziesiątych, właśnie
na Argusach) , tak i tu wybór był
oczywisty. Silniki te sprawdziły się
doskonale we wszystkich warunkach
klimatycznych, okazując się całkowicie
odporne na srogą rosyjską zimę. Ich
zwarta konstrukcja, pozbawiona kilometrów
rurek, przewodów, kabli i osprzętu
czyniła je bardzo trwałymi i odpornymi
na uszkodzenia. Utrzymywały bez
problemu moc około 380KM, co wystarczało
np. do bezpiecznego powrotu do bazy na
jednym silniku bez ryzyka przegrzania.
Samolot był bardzo zwrotny przy prędkościach,
gdzie w Jakach już odrywały się
strugi, i w paru publikacjach które
zdarzyło mi się czytać spotkałem się
z opinią że był bardzo trudnym celem,
o ile nie udało się zaskoczyć jego
pilota w pierwszym podejściu. Świadczy
zresztą o tym fakt, że mimo tak
niewielu wyprodukowanych sztuk jeszcze w
marcu 1945 roku samoloty te prowadziły
loty patrolowe. Tu trzeba oczywiście
zaznaczyć, że załoga mogła liczyć
wyłącznie na swoje MG i pilota, bo chłopaków
nie chroniło żadne opancerzenie; dookoła
tylko szkło w ramkach. Generalnie były
trzy wersje tego samolotu, tak naprawdę
niczym się nie różniące poza
duperelami, z zewnątrz by się nie rozróżniło.
Sposób i rodzaj uzbrojenia wybierało
samo życie, oficjalnie A-1 miał tylko
MG17 na grzbiecie, a w skrzydłach mógł
mieć ale przeważnie nie miał po
jednym MG17, A-2 po jednym MG17 w
skrzydle i podwójne MG 81 (czyli MG81Z)
na grzbiecie oraz z tyłu spływu
kabiny; tu uwaga, że górne stanowisko,
dla zwiększenia kata ostrzału, wyposażono
w „bulaj” (taki jak w
Ju-88). A-3 miał ponadto zdwojone
sterownice. Była zresztą wersja
szkolna, B, ale po zbudowaniu dziesięciu
sztuk okazało się że sensowniej
wrzucić drugą sterownicę do
normalnego samolotu skoro i tak było
tam miejsca w bród i mieć normalny pełnowartościowy
samolot w razie potrzeby używany do
szkolenia. Były też oczywiście próby
rozwijania konstrukcji, nieco na siłę,
z innymi silnikami, opancerzeniem,
uzbrojeniem, nawet miała powstać
wersja szturmowa, ale skończyło się
na gdybaniu. I dobrze, bo lepsze jest
wrogiem dobrego (te wersje opisano w
samej grze przy opisie
„ramy”, więc nie będę się
powtarzał).
Codzienny lot patrolowy ...
Samolot
miał doskonałe warunki obserwacji dla
załogi, stąd kabina często nazywana
była „szklarnią”. Produkcję
samolotu prowadzono głównie w zakładach
dzisiejszej fabryki Dassault/Mirage, pod
Bordeaux, do czasu gdy w sierpniu 1944
amerykanie zmienili nieco wystrój wnętrza
wchodząc bez pukania; niektóre
samoloty wyprodukowane tam mogły mieć
nieco inny obrys skrzydeł od oryginału,
ponieważ w produkcji wykorzystano
elementy zalegających podobnych skrzydeł
po samolotach Breugeot. Jako ciekawostkę
mogę dodać, że w 1943 roku „ramą”
zwykł się przechadzać nad operacjami
swojej 10. Armii sam feldmarszałek
Kesserling. Samolot wraz z biegiem wojny
stopniowo doposażano, zmieniało się
wyposażenie rozpoznawcze i
fotograficzne, dodano radionamiernik,
wyposażenie do lotów w trudnych
warunkach pogodowych, a przede wszystkim
radiostację swój-obcy. Ostatnie
egzemplarze doczekały się swego końca
na Węgrzech i Słowacji na początku
lat pięćdziesiątych. Na zakończenie
ciekawy wątek związany z tymi
maszynami, otóż tak naprawdę to one
nazywały się FW-189 Eule, a nie Uhu;
nazwa się jednak przyjęła jakoś więc
nie będę tu tworzył nowej historii.
Uhu to nazwa trzydziestu
(prawdopodobnie) egzemplarzy A-1,
przerobionych w lutym 1945 roku na
samoloty myśliwskie poprzez wyrzucenie
z nich aparatury foto i innych elementów
służących taktycznemu rozpoznaniu i
zainstalowanie działka MG 151/15 (bezużyteczny
spadek po Bf-109F2) jako Schrage Musik,
czyli w kabinie zainstalowano je w
pozycji pionowej lekko w tył; kilka
samolotów otrzymało działko MG
151/20. Ponadto samoloty te otrzymały
radary FuG 212 Lichtenstein, oraz
radionamierniki i systemy „swój-obcy”.
Samoloty te wykorzystywano do momentu
kapitulacji jako bezpośrednią nocną
osłonę „myśliwską”
macierzystych zakładów Focke-Wulfa
razem z kilkoma FW-187 Falke, pozostałymi
w spadku po próbie stworzenia
niemieckiego Mosquito. Przy maksymalnej
prędkości około 370 km/h, jaką były
w stanie rozwinąć Uhu, fakt ten świadczy
raczej o rozpaczliwej sytuacji w jakiej
znalazła się Luftwaffe, niż o jakichś
niedostrzeżonych wcześniej myśliwskich
zaletach tego samolotu, dlatego też nie
należy wyciągać z faktu istnienia
takiej wersji pochopnych wniosków.
Natomiast o najlepszym nocnym myśliwcu
wszechczasów, He-219, też Uhu, jak
najbardziej. Na tym samolocie w jego
pierwszym locie próbnym w nocy z 11 na
12 czerwca zestrzelono sześć Lancasterów,
a kolejne dwadzieścia
samolotów RAF (w tym sześć
Mosquito) w ciągu kolejnych po sobie
sześciu wylotów. Rekord padł jednak
dopiero w nocy 2 listopada 1944, sześć
bombowców w dwanaście minut. Nie muszę
dodawać, że Wąsik, jako wybitny
znawca Ewy Braun, na szczęście dla
aliantów nakazał poprzez Milcha
zaprzestania prac nad tym samolotem po
zbudowaniu zaledwie 268 sztuk, z czego
większości nawet nie oblatano, i
podobnie jak w przypadku He-280 i paru
jeszcze innych przedłożył swe
antypatie ponad największy konflikt
zbrojny w historii ludzkości który sam
zresztą rozpoczął, dając tym samym
jasno do zrozumienia, że co jak co, ale
pierdolnięty to on był bardziej niż
pies mojego sąsiada (ostatnio już
prawie go przejechałem, niestety Poldas
zdefektował i wymknął mi się).
Zdaniem ponurego, gdyby w linii zamiast
zbieraniny na siłę przerabianych Mietków
110G czy Junkersów 88G albo Do-217N czy
jeszcze wielu innych wynalazków,
pozostawić tylko dwa typy nocnego myśliwca,
czyli He-219 i Me-262B2a, co byłoby
teoretycznie możliwe już od początku
1944 roku, to nocne loty nad Niemcy stałyby
się raczej wyłącznie propozycją dla
amatorów mocnych wrażeń o silnie
zaburzonej więzi z rodziną. Ale to już
całkiem inna historia.
Parę
dodatkowych fotek Storcha:
http://www.wingshots.net:8111/Fi156.php3
|