|
CONSOLIDATED PBY
"CATALINA"

A
propo FB koniecznie należy napomknąć
o słynnej Catalinie, która pełniła służbę
ramię w ramię z Buffalo, przeważnie w
tych samych okolicach i tym samym
czasie, choć nie zawsze po tej samej
stronie frontu.
Śliczna woda i śliczny samolot w IL-2
Forgotten battles
Catalina
jest fajna i jest to mój ulubiony
samolot morski, więc cicho być. Była
sobie taka firma, co budowała łodzie
latające. Małe, duże, różne. Ładne,
brzydkie, a nawet Coronado. M.in. jedna
z łodzi latających tej firmy
stała się protoplastą Liberatora, który
to pochodzenie wolał jednak skrzętnie
ukrywać rozpadając się przeważnie na
kawałki przy wodowaniu (YoYeczek chętnie
Wam wyjaśni dlaczego). Ciekawym wkładem
tej firmy w rozwój lotnictwa jest jedno
z najważniejszych odkryć, jakiego
kiedykolwiek dokonano w branży, tj.
niejaki pan Davies pracujący tam jako
inżynier (to był Zooma jakiś krewny,
ale Zoom nie chciał zdradzić szczegółów),
który odkrył że spadająca kropla
wody ma kształt kropli. Otóż wcześniej
nikt nie wpadł na to że najdoskonalej
opory aerodynamiczne ciała minimalizuje
sama natura. Kropla ma kształt taki a
nie inny na skutek oporu otaczającego ośrodka
wywieranego na plastyczne ciało jakim
jest tu jakaś objętość wody. Od tego
odkrycia zaczyna się zawrotna kariera
pojęcia laminarność, laminarny
profil, i laminarne inne pierdoły (coś
jak z moim ulubionym dżentelmenem
nazwiskiem Gauss, który siedzi w moim
monitorze i robi takie dziwne rzeczy na
ekranie jak nacisnę jego guzik, jest też
jego krzywa, a pewnie też prosta i
prosta zakrzywiona, oraz równanie, stała,
a w Syndicate firmy Bullfrog którą
podniecałem się zamiast uczyć do
matury była nawet broń Gaussa). Właśnie
w Liberatorze zastosowano taki profil po
raz pierwszy i jak się okazało, mimo
że przy Latającej Fortecy wyglądał
on jak Polonez Truck przy Datsunie 240ZX
(bardzo proszę Flamaster, mówisz i
masz, ba, nie musisz nawet mówić), to
jednak mając większą masę i udźwig,
miał lepsze parametry przelotowe i
lepszy operacyjny zasięg (a tak poza
tym to było to latające nieszczęście).
I w tejże firmie skonstruowano
wodnosamolot, który miał wziąć udział
w konkursie marynarki na samolot morski
o zasięgu lepszym niż dotychczasowe. O
ile jednak u ruskich przy podobnym
konkursie takie wytyczne zaowocowały
powstaniem czegoś co nazwano później
MBR-2 o tyle jankesi zbudowali coś co w
pełni potwierdzało zasadę że
„co ładnie wygląda, to i dobrze
lata” (konkurs z nagrodami, kto to
hasło wymyślił? Wycieczka do Albanii,
komplet spalonych opon wprost z Doca
motocykla oraz kąpiel ze Szmajserem w
jego słynnej wannie gdzie powstają
największe i wiekopomne teksty
internetu poza wypływającymi od spodu
bąblami powietrza . Nagrody i
organizacja Szmajser i Doc, skargi i zażalenia
również).

Consolidated
już od dawna budowało łodzie latające
dla marynarki. Nic dziwnego więc że
firma przystąpiła w 1933 roku do
konkursu na nowy model, mając od razu
gotową propozycję. Był to P2Y,
samolot (a właściwie łódź latająca)
w układzie parasol, którą dla potrzeb
marynarki zaczęto przerabiać. Efekt
finalny otrzymał oznaczenie XP3Y.
Wprowadzono m.in. centralny pylon łączący
skrzydło z kadłubem, zmieniono
konstrukcję samego skrzydła którego
środkowa część stała się prostokątna
z wyraźnym podziałem na część środkową
i dwie końcówki. Tu informacja dla
mniej zorientowanych, projekt dotyczył
typowej łodzi latającej, a o kółkach
będzie nieco później. Ten środkowy
pylon był tak duży wbrew pozorom, że
wewnątrz udało się upchnąć
stanowisko inżyniera pokładowego (tak
podają źródła, ale w rzeczywistości
to on miał tam tylko głowę i ramiona
a resztę w kadłubie). Dodatkowo skrzydło
podpierały po dwa zastrzały z każdej
strony. Załoga miała być
siedmioosobowa, choć z czasem spuchła
aż do dziewięciu osób odkąd
wprowadzono wersje z radarem). Ta ilość
luda ma dać nam do zrozumienia ile
miejsca było w pękatym kadłubie. Weźmy
jeszcze poprawkę że to załoga, a pasażerowie
to jeszcze inna para kaloszy. Samolot
miał całkowicie metalowe pokrycie,
tylko lotki płócienne. Ojcem tej pięknej
maszyny był Isaac Laddon, ale to tak na
marginesie.

Samolot
napędzać miały dwa silniki Twin Wasp
(znane przedwojenne silniki, Pratt&Whitney,
marzenie wytwórni PZL na Okęciu)
wyposażone w śmigła nastawne Hamilton.
Silniki miały po 825KM mocy startowej.
Piloci siedzieli obok siebie u podstawy
pylonu łączącego skrzydło z kadłubem,
przed nimi było miejsce nawigatora który
z czasem stał się przednim strzelcem a
jego oszklenie wyewoluowało w wieżyczkę
strzelecką. Z tyłu za pilotami
znajdowała się ładownia, a w części
ogonowej urządzono przytulny
living-room. Jego okna zostały tak
skonstruowane by zapobiec wlewaniu się
bryzgów wody do środka, z czasem tam również
pojawili się strzelcy (nie mogli oni
prowadzić ognia bezpośrednio w tylnej
półsferze maszyny, ale znając życie
i realia naszego Olega to pewnie
strzelają 3600 dookoła
poprzez kadłub i skrzydła, tak jak w
Pe-8, i obaj będą snajperami z
radarowym naprowadzaniem). Ta niedogodność
z czasem doprowadziła do zabudowania
stanowiska tylnego strzelca z
prawdziwego zdarzenia, tak jak w Do-18
czy Do-24. Bardzo ciekawie rozwiązano
kwestię pływaków pomocniczych, które
w większości hydroplanów od startu do
lądowania stanowią tylko niepotrzebny
opór aerodynamiczny. Tu pływaki
umieszczono na końcach skrzydeł, a
elektryczny mechanizm wciągał je na
zewnątrz od kadłuba w skrzydła, tak
że same pływaki stawały się końcówką
skrzydła. Było to pierwsze takie rozwiązanie
na świecie. Specyficzną konstrukcję
miało także samo skrzydło, nie
posiadające klasycznego dźwigara.
Najważniejszą jednak sprawą, z której
początkowo nie zdawano sobie nawet
sprawy, było umieszczenie obu silników
blisko siebie w taki sposób, że były
zawsze częściowo osłonięte czy to
kadłubem czy zastrzałami czy samym płatem,
dzięki czemu w pewnym stopniu były osłonięte
przed bezpośrednim trafieniem, zwłaszcza
z dołu. Ponadto między silnikami
umieszczono ich chłodnicę oraz jej
wloty, co dodatkowo zwiększało dzielność
bojową samolotu. Faktem jest że PBY była
maszyną dosyć odporną na uszkodzenia,
ponieważ jej najważniejsze dla życia
elementy, czyli napęd, chłodzenie i
piloci, byli po prostu trudni do
trafienia (rekordzistą na skalę światową
jest w tej dziedzinie Short
Sunderland, który był generalnie
niezniszczalny i łatwiej go było
zatopić niż zestrzelić).

Sunderland
w pięknej i pełnej krasie

I
tu również, podczas ceremonialnego
przekazywania sobie dam (kwiecień 1945
RAAF)
25
marca 1935 roku samolot oblatano, a wkrótce
jedna z pierwszych maszyn XP3Y wykonała
przelot o długości 3200 kilometrów.
Niebawem jednak poprawiono ten rezultat
przelotem o długości 5500 kilometrów
(przypominam że mamy rok 1935 i
rozmawiamy o średniej wielkości
samolocie seryjnym). W tym czasie
marynarka rozpoczęła próby samolotu i
zdecydowano o wprowadzeniu paru zmian,
m.in. instalacji przeciwoblodzeniowej na
wszystkich krawędziach natarcia,
wzmocnienia dziobnicy (w sumie była to
przecież łódź, tyle że latająca) w
celu zapewnienia większej dzielności
morskiej w warunkach zimowych.
Przekonstruowano także stateczniki i
zamieniono silniki na nowszą wersję
(tych samych motorów). Tak zmieniony
prototyp został przyjęty przez
marynarkę 26 lipca 1935 roku i złożono
zamówienie. Od tego momentu rozpoczyna
się oficjalny żywot PBY (taką otrzymała
nazwę), czyli jednej z najlepszych jeśli
nie najlepszej łodzi latającej w
historii, trwający w zasadzie do dziś.
Służbę operacyjną typ rozpoczął w
październiku 1936 roku. Uzbrojenie jak
we wszystkich jankeskich samolotach tego
okresu stanowiły Browningi 0.3 cala w
liczbie 4 sztuk oraz tona złomu z wypełniaczem
rozrywkowym. W lipcu tego roku rozpoczęto
już prace nad rozwojową wersją PBY,
nazwaną PBY2. Moc silników podniesiono
do 1000KM, Browningi 0.3 cala zamieniono
na „point fifty”, a pod
skrzydłami obok mocowania zastrzałów
umieszczono z każdej strony po dwa
zamki dla podwieszeń o masie całkowitej
500 kg (to dużo biorąc pod uwagę
konstrukcję skrzydła PBY). Opracowano
też od razu wersję cywilną, pasażersko-transportową.
Jeden z takich samolotów dokonał wkrótce
pierwszego prawdziwego lotu dookoła świata,
czyli wzdłuż równika. Samolot
ewoluował, poprzez kolejne PBY3,-4
itd., ale jak zwykle poważniej
zainteresowanych odsyłam do prawdziwych
monografii, nam do grania i wiedzy w co
strzelamy (albo co do nas strzela)
wystarczy chyba tego wstępu.

Stojący
na kołach PBY-2, Rosjanie takiego nie
mieli
Kolejnym
istotnym faktem jest wersja PBY5, która
w maju 1939 stanęła na kołach. W
listopadzie technologia była już
opanowana i ruszyła masowa produkcja, z
czasem (od mniej więcej końca 1940
roku) niemal wypierając wersje
nieamfibijne. Pomysł był prosty jak
Gomułka, otóż podwozie główne
wysuwało się podobnie jak w większości
samolotów pokładowych marynarki tego
okresu, tyle że po prostu było większe,
ale technologia już w zasadzie była.
Trzeba było tylko wymyślić sposób
chowania przedniego kółka, co w końcu
wymyślono (po prostu jego komora była
odseparowana od reszty kadłuba, przy którego
całkowitym wyporze nie miało to
znaczenia. Zoom wam to na pewno lepiej
wyjaśni bo on jest fachowiec od
wypierania, wywierania ciśnienia, wrażenia
i takich tam różnych). Tak
zmodernizowany PBY stał się bez wątpienia
najlepszą amfibią jaka powstała
kiedykolwiek.
Prawie jak w filmie Pearl Harbor Gruppen
II (chodzi o ilość członków w
kabinie)
Wspomniałem
o Sunderlandzie nieprzypadkowo, bo to właśnie
fakt że PBY miała większy operacyjny
zasięg od tej balii wpłynął na
decyzję fajfokloków na zamówienie PBY
dla własnej floty. Tu dopiero zaczyna
się historia Cataliny, ponieważ
podobnie jak to było z Buffalo, tak i
Catalina to nazwa która powstała
dopiero na Wyspach (przyjęła się
jednak wszędzie). W lipcu 1939 roku
jedna z PBY przeleciała przez Atlantyk
do Suffolk w Anglii i po serii prób
angole zamówili od razu 200 sztuk. Typ
nazwano Catalina MkI, i nazewnictwo to
przyjęło się także w Stanach, przy
czym MkI to PBY5 (to tak dla porządku,
bo Ordnung muss sein). Dostawy na skalę
o której warto pisać rozpoczęły się
dopiero na początku 1941 roku, i wkrótce
Catties było już około całe mnóstwo
w różnych wzorach i kolorach. Warto
zauważyć że wiele z nich nie było
amfibiami, bo nie przyciśnięci jeszcze
do muru wojną jankesi pozbywali się w
ten sposób starych kadłubów
nieprzystosowanych do podwozia a angole
cienko pierdzący po Dniu Adlera łykali
wszystko jak młode rekiny. Na Catalinę
ochotę miały też żabojady, ale
Wehrmacht nie zechciał zaczekać. To
samo spotkało Holendrów, z tym że ich
siły rozlokowane w Indiach Wschodnich
wciąż miały się dobrze, i tam wysłano
zamówioną partię maszyn. To akurat
zamówienie jest dowodem dużego uznania
dla konstrukcji, pamiętajmy że
Holendrzy sami budowali niezłe łodzie
latające i hydroplany (użytkowali także
doskonałe Do-24). Tam Cataliny spodobały
się misiom Koala, więc Australia też
zamówiła. Tymczasem herbaciarzom w
1941 roku woda się w dupach gotowała i
każda Catalina była na wagę zauważonego
i zmuszonego do zanurzenia U-boota, więc
wymogli oni na jankesach sprzedaż
licencji do zabiegającej o to
bezskutecznie Kanady, gdzie zbudowano
ostatecznie fabrykę na terenie filii
zakładów Boeinga i Vickersa i rozpoczęto
produkcję. Kanadyjski przemysł, a
szczególnie lotniczy i okrętowy,
powinien zrobić zrzutę i wystawić każdemu
debilowi odpowiedzialnemu za rozkręcenie
interesu pt. WW2 pomnik w całości z
tytanu powleczonego platyną. Ile oni się
dorobili na tym burdelu daleko od nich,
to bajka. W czasie jednej wojny z epoki
kamienia łupanego przeskoczyli do
high-tech, i jeszcze się alianci
prosili żeby tylko oni robili, a
technologie dawali razem z patentami. No
nic, już wracam na ziemię. O
kurdelebele, jak tu brzydko...
No w FB brzydko to nie jest... PBY wraz
z wodującym MBR-2
Maszyna
z czasem ulegała niewielkim zmianom,
wydłużył się jej ogon o 1,5m w celu
poprawienia jej własności
hydrodynamicznych (od tej modernizacji
zabudowywano niektórym maszynom
wspomnianą wieżyczkę tylnego
strzelca), dopracowano też sam kadłub,
powiększono zbiorniki paliwa, do końca
też ulepszano silniki. Catalina ma
bardzo bogatą historię bojową, na
pewno sami znacie wiele różnych numerów
jakie Cataliny wykonały, z najważniejszych
trzeba tylko wspomnieć o tym że na parę
godzin przed atakiem na Pearl Harbor i
Bena Aflecka krążąca nad redą portu
Catalina wykryła okręt podwodny i
naprowadziła na niego USS Ward, który
go wkrótce zatopił. Niszczyciel był
amerykański, okręt zdecydowanie potem
podwodny był japoński. Można
powiedzieć że farmerzy odpowiedzieli
żółtkom na ich atak szybko i
zdecydowanie. Podobnie w służbie Royal
Navy, jeden z pierwszych lotów bojowych
Cataliny herbaciarzy i się chłopaki
wpieprzyli na pływające wesołe
miasteczko „Bismarck”,
dostali się przy tym w taki ogień
przeciwlotniczy że trochę się
zmarszczyli.
Nawodna potęga III Rzeszy, która miała
królować na Morzu Północnym nad Królewską
Marynarką Brytyjską, prawie
niezatapialny okręt : Bismarck, chluba
Niemiec. Pancernik wytropiła właśnie
Catalina z 209 dywizjonu RAF
Największy cios zadany przez Bismarcka,
płonący krążownik liniowy HMS Hood,
brytyjski okręt za chwilę zatonie.
Fota zrobiona z innego krążownika
brytyjskiego. Kłopoty Bismarcka rozpoczęły
się po tym jak F. Swordfish z 825
dywizjony FAA wpakował długie
cygaro w Bismarcka i wcale nie było ono
Made in Cuba. Od tej pory pancernik z
zablokowanym sterem mógł pływać
tylko wkoło. Rzezi dokonały
naprowadzone 31 godziń później przez
Catalinę pozostałe Swordfishe , HMS
Rodney, King George V oraz HMS
Dorsetshire salwą cygar pierwszej
klasy. Pomyśleć, że takie siły
przeciwko jednemu ...
Tak
oto skutecznie uciekający od półtorej
doby okręt został przypadkiem wykryty
przez przelatującą Catalinę której
załoga była dowodzona przez amerykańskiego
pilota fabrycznego który ich jeszcze
szkolił (ja wiem że w poważnych książkach
do historii to brzmi poważniej, ale tak
było naprawdę). Innym przypadkiem
gdzie Cat wpłynęła na los wojny był
słynny lot patrolowy dwudziestu maszyn
którym w siódmej godzinie patrolu udało
się znaleźć na oceanie siły adm.
Nagumo i przygotować farmerów na bitwę
pod Midway. Z kolei ciekawym wynalazkiem
dotyczącym Cataliny było wprowadzenie
metody bombardowania japońskich pozycji
pustymi beczkami po piwie, które spadając
wywoływały dźwięk podobny do bomb.
Japończycy tracili czas oczekując
schowani na wybuch, a powolna Catty w
tym czasie oddalała się z zasięgu
ognia przeciwlotniczego. Do perfekcji
metodę tę opanowały załogi nocnego
dywizjonu Black Cat, ale to temat pewnie
znany a w ogóle to z innej beczki. Jeśli
mogę sobie tu pozwolić na prywatną
uwagę, a nie mogę nie skorzystać z
okazji, to jeden z ulubionych numerów
Elwooda i ponuregożniwiarza jaki wykręcono
w czasie WW2 także dotyczy Cattie. Otóż
w czasie lotu patrolowego daleko nad
Pacyfikiem, w pełnym słońcu, Catalina
odkryła japońskie zgrupowanie okrętów,
prowadzone przez lotniskowiec. Nie muszę
chyba dodawać, że po wysłaniu
radiokomunikatu do bazy „Please
inform next on kin..”, Catalina
ruszyła do ataku !
Świetnie
zachowany szyk maszyn nawodnych :),
pierwszy plan PBY5
Catalina
była dobrą konstrukcją, odporną na
uszkodzenia i przemyślaną. Jeden z
egzemplarzy przeleciał przez Atlantyk
do Anglii bez lotek, które utracił w
burzy po drodze. Choć dalekodystansowe
Bf-110 z banią (miały wielki podkadłubowy
zbiornik paliwa przylegający do kadłuba,
coś jak fastpack między skrzydłem a
gondolą w F-15E) czy Ju88C (zmora
angielskiego lotnictwa dalekomorskiego)
radziły sobie zazwyczaj z PBY, nie
zawsze jednak ryzykowały podejście do
tak powolnego celu, który w przeciwieństwie
do nich mógł sobie po prostu wodować
w razie draki. Cataliny były niezbyt
dobrym samolotem do zwalczania okrętów
podwodnych, z uwagi na swoją małą prędkość
dającą okrętowi czas na zanurzenie się.
Ponadto znane jest wiele przypadków gdy
U-Booty po prostu ostrzeliwały PBY nie
zanurzając się nawet, i jak historia
dowodzi powolność Cataliny bywała tu
wadą o śmiertelnie poważnym
znaczeniu. Niemniej maszyna byłą
niezastąpionym patrolowcem, tyle że
jak same załogi mówiły tak powolnym,
że spotkania z osłanianymi konwojami
należało ustalać nie według
tachometru i zegarka, ale według
kalendarza. Największą karierę i
niezapomniane miejsce w sercach setek a
pewnie i tysięcy ludzi Cat zapewniła
sobie jednak jako samolot ratownictwa
morskiego, wyławiając zestrzelonych
pilotów w wielogodzinnych lotach
ratowniczych. Wiele załóg otrzymało
najwyższe odznaczenia za wykazaną
odwagę, szczególnie na Pacyfiku, ratując
zestrzelone do wody załogi pod bezpośrednim
ogniem nieprzyjacielskich okrętów
(jedna z najbardziej jajcarskich akcji
miała miejsce w Kavieng Harbour, 15
lutego 1944 roku, polecam). W takich
sytuacjach wielokrotnie poddawano
sprawdzianowi konstrukcję i wytrzymałość
Cattie na perforację nadwozia.

Stojący
z rękami w kieszeniach, wiecznie nic
nie robiący YoYo
A
teraz koniec pieprzenia i do rzeczy.
Przygoda kacapów z PBY (czy raczej PBN
odkąd pojawiły się kółka) wcale nie
zaczęła się od Lend-Lease, jak niektórzy
sądzą. Ruscy swoją pierwszą Catalinę
mieli już w 1937 roku, bo po prostu
sobie ją kupili. Samolot ten wsławił
się w tym samym roku w sierpniu
przelotem o łącznej długości 36000
(dobrze napisałem) kilometrów w
ekspedycji ratunkowej poszukującej
zaginionej gdzieś w okolicach bieguna północnego
wyprawy polarnej A. Lewaniewskiego, którego
ekipy zresztą nigdy nie odnaleziono.
Samolot się spodobał i sprawdził w
ekstremalnych warunkach pogodowych, więc
ruscy zamówili jeszcze trzy, oraz
chcieli kupić licencję. I co? I jajco,
kupili.
Prawa
strona Burty od środka

A
tu z lewa (nie zlewa)
Zbudowali
sobie w Taganrogu nad jeszcze wtedy
Morzem Azowskim fabrykę, w której
Beriev składał swoje wydumki wycięte
z Małego Modelarza, przyjechała ekipa
z USA która pokazała co i gdzie przykręcać
i dlaczego nie pokrywać lotek starymi
gaciami Majewskiej i robota ruszyła. Co
prawda początkowo takie urządzenia jak
radio pokładowe, instalacja
hydrauliczna czy przeciwoblodzeniowa nie
były sowietom znane a za tym potrzebne,
ale to nawet lepiej bo upraszczało
produkcję. Silniki zamieniono na ruskie
(czyli M-62, rozwinięte z M-25 od I-16,
czyli zerżnięte Wright Cyclone, czyli
już jestem cicho, wiem), podobnie jak
całe wyposażenie i uzbrojenie. Silniki
miały mieć podobno od 900 do 1000KM, i
o ile to od-do jest uzasadnione bo każdy
samolot był inny, o tyle te moce bywały
przeróżne, podobnie jak resurs silnika
mniejszy od oryginału o jedno zero. O
uzbrojeniu nie piszę bo mogło to być
wszystko co było pod ręką. Warto dodać
że ruscy zbudowali dobrze ponad tysiąc
Catalin, i kupę dostali z Lend-Lease. I
tylko te co dostali od głupich zgniłych
kapitalistów miały podwozie, bo
technologia jego chowania okazała się
dla „fabryki” w Taganrogu
nie do przeskoczenia aż do końca
produkcji (a była już w drodze wojna w
Korei). Mała dygresja na koniec, otóż
w świńskim raju wszystko było tak
tajne, i tak popieprzone, że przeciętny
rusek był przekonany święcie że te
wszystkie wyroby marki Studebaker,
Willys, GMC, Dodge, Harley, Zundapp, BMW,
Mitchell, Boston/Havoc, Catalina, i tak
dalej, to wszystko jest ruski sprzęt. A
im dalej od wojny i kurtyna
szczelniejsza, tym to zjawisko się
nasilało i nikt nie miał zamiaru tego
stanu wiedzy szarego ogółu poprawiać.
W FB mamy PNB-6
To
stąd zwyczajowe dżemsy czy doczki (GMC
czy Dodge) pojawiające się czasem w
literaturze sowieckiej szczególnie z
lat pięćdziesiątych (bo w przeciwieństwie
do rodzimej produkcji sprzęt zgniłych
kapitalistów działał i działał, aż
w końcu w latach pięćdziesiątych
trzeba było np. na lotnisku aeroklubu
gdańskiego porąbać siekierami 120
sprawnych amerykańskich Piper L-3 Cub z
demobilu, bo się ludzie za dużo pytali
o niepoprawne politycznie rzeczy (a
takich przykładów znam sam bez
szukania po źródłach kilkanaście).
Jedynym niezrusyfikowanym wyjątkiem była
tu Airacobra / Kingcobra, której
proweniencji nie dało się nijak
zamaskować, i stąd wielka akcja
masowego złomowania w pełni sprawnych
samolotów pod koniec lat
czterdziestych, zresztą w całkowitej
tajemnicy. Dlatego też czasem w ruskiej
literaturze można spotkać GST jako PBY.
To jest to samo, tyle że sowieci
produkowali PBY jako GST a w wersji
transportowej jako MP-7. Tyle o Cattie

Parę
linków :
http://www.aero-web.org/specs/consolid/pby-5a.htm
http://www.tillamookair.com/pby.html
http://www.nasm.edu/nasm/aero/aircraft/consolid_pby.htm
Autorem
tekstu jest : Elwood
|