|
Bf-110
Zerstörer,
Me-210,410 
|
Mietek
110 miał być niemieckim pomysłem na
myśliwiec eskortowy, realizowany jako własna
koncepcja popularnej przed wojną mody
na ciężki myśliwiec eskortowy. Miał
być samolotem o morderczej sile ognia,
co przed wojną oznaczało działko albo
może nawet dwa, dające możliwość
atakowania także celów naziemnych w
razie potrzeby, mieć duży zasięg,
tylnego strzelca, słowem- być
postrachem myśliwców atakujących
powierzone jego opiece bombowce. Nie był
jednak ani dobrym myśliwcem, ani
samolotem wsparcia. Co więcej, alianccy
piloci bardzo go polubili. Jako cel. Jak
więc doszło do tego, że nazistowski
przemysł zbrojeniowy wpakował się w
taki kibel? Znacie? To posłuchajcie.
Niezrealizowane
zamierzenia Luftwaffe - Bf-110
Jak
pamiętamy, przed wojną furorę robił
włoski generał Douchet, którego światła
teoria głosiła o supremacji
nowoczesnego lotnictwa bombowego, które
szybkimi i precyzyjnymi atakami w
gospodarkę przeciwnika zmusi go do
kapitulacji. Koncepcja ta długo
pokutowała w Europie, a w jej efekcie
powstały nowoczesne, szybkie i prawie
bezbronne bombowce. Nikomu jednak nie
przeszkadzało, że duża szybkość
tych maszyn wynikała również z braku
rozsądnego opancerzenia. W kanał
przygotowany przez takie pomysły wpadły
praktycznie wszystkie liczące się w
Europie państwa, podobnie wszystkie
opracowywały nowy typ samolotu dla tego
typu kampanii- myśliwiec eskortowy.
Najbardziej kuriozalnym przykładem do
czego doprowadziło takie myślenie w
skali mikro była nasza heroiczna klęska
wrześniowa, gdzie stosunkowo
nowoczesne, mimo wszystkich swoich wad,
polskie samoloty bombowe PZL P.37 Łoś,
okazały się najszybszym seryjnym
samolotem polskiego lotnictwa, a mające
je chronić Misie czy inne Lamparty,
Wilki i reszta tego zwierzyńca pozostały
tylko w sferze pobożnych życzeń
ponieważ nie starczyło już czasu i środków
na ich produkcję. Jednak ich prędkość
okazała się złudnym ratunkiem, wobec
braku opancerzenia i prawdziwych myśliwców
eskorty. Czas pokazał, że nawet
abstrakcyjnie uzbrojone Latające
Fortece, silnie opancerzone i zgrupowane
we wzajemnie się osłaniających
szykach bojowych, pozostając bez
eskorty były całkowicie zdane na łaskę
MG 151/20. W skali makro klęska teorii
Doucheta najwyraźniej ujawniła się w
czasie Bitwy o Anglię, po której już
nie było złudzeń, że od wywalczenia
przewagi w powietrzu są myśliwce, a
bombowce tylko od jej wykorzystania.
Widocznie wcześniej nie było to takie
oczywiste, niemniej jednak była to
bardzo kosztowna lekcja dla Luftwaffe.
Pamiętajmy że cała niemiecka machina
wojenna była obliczona na ofensywną, błyskawiczną
ekspansję, Niemców po prostu było
zbyt mało na długotrwałe zmiękczanie
przeciwnika i wojnę pozycyjną. Raz
utracone tempo w 1943 roku nigdy nie
zostało już odzyskane. Co ma z tym wspólnego
Bf-110? Otóż samolot ten jest symbolem
takiego błędnego myślenia, które
zaprowadziło Niemców w ślepą uliczkę.
I to nie tylko na skalę przemysłową,
ale co gorsza strategiczną.
Samolot
ten rozpoczął swój techniczny żywot
już w 1934 roku. Tak naprawdę sama
koncepcja tego typu maszyny,
dalekodystansowego myśliwca
eskortowego, powstała już podczas I
Wojny Światowej. Wtedy jednak nie było
jeszcze technicznych możliwości dla
takiej konstrukcji, potem chude lata
dwudzieste, odkąd jednak marszałek
Hindenburg zamienił się miejscami z Wąsikiem,
sytuacja w Europie znów zaczęła
nabierać rumieńców. I prace ruszyły.
Najszybciej w Niemczech, Francji i
Polsce. Początkowo Willi nie startował
w tej kategorii wagowej, pozostawiając
szansę innym, czyli Arado, Focke-Wulf,
Henschel, Heinkel, Gotha i Dornier. Widząc
jednak że chłopcy sobie sami nie radzą,
ostatecznie także BFW przystąpiło do
gry. Miało to jedną, ale najważniejszą
zaletę; dzięki temu projekt nie uwzględniał
zarzuconej tuż przedtem koncepcji
przystosowania konstrukcji do zadań
czysto bombowych. Dzięki temu, gdy ukończono
dla RLM specyfikację, miała ona
najbardziej obiecujące cechy myśliwca
z wszystkich pozostałych propozycji.
Samolot nie ewoluował jakoś specjalnie
w swoim kształcie, tak że od razu
poznalibyśmy w nim Bf-110.
Pierwsza
przedseryjna i testowa sto dziesiątka
Owalny
w przekroju, półskorupowy kadłub, złożony
z połówek połączonych wzdłużnie od
góry i od dołu w płaszczyźnie
symetrii samolotu, gładko nitowane
pracujące pokrycie, wręgi o przekroju
omegowym. Dźwigar skrzydeł przechodził
przez kadłub. Skrzydła całkowicie
metalowe, także z pracującym pokryciem
nitowanym na gładko. Lotki szczelinowe,
kryte płótnem, klapy szczelinowe
metalowe. Sloty automatyczne.
Stateczniki metalowe, poziomy
przestawialny, powierzchnie sterowe płócienne,
wszystkie wyważone masowo i trymowalne.
Cztery zbiorniki paliwa wyłożone wykładziną
uszczelniającą, pomiędzy kadłubem a
silnikami, łącznie 1042 litry.
Podwozie główne całkowicie
chowane, do tyłu do gondol silnikowych,
zamykane całkowicie osłonami.
Patch
dla Forgotten Battles umożliwi nam
sterowanie tym Bfem
Przewidywano
zastosowanie wtedy najnowszej zdobyczy
techniki motoryzacyjnej, czyli silników
DB 600A o mocy 1000KM, olbrzymiej na
tamte czasy. Rzeczywiście, gdy w 1935
roku rozpoczęto montaż pierwszych
trzech prototypów, a w maju 1936
oblatano pierwszy samolot, potwierdziły
się osiągi obliczeniowe czyniące ten
samolot szybszym od ówczesnego Bf-109B
i porównywalnym z równolegle
wprowadzanym Hurricane. Po ukończeniu
pozostałych prototypów i wykonaniu
nimi prób fabrycznych, samolot trafił
do Rechlina. Tam pierwszy raz ktoś
przytomnie zapytał „przepraszam,
ale o co chodzi?” kiedy okazało
się, że prędkość, owszem, jest
imponująca, ale zwrotność jak na myśliwca
już niekoniecznie. Nie miało to już
jednak znaczenia, bo wszechmocny Ernst
Udet, który swoją wszechmocą narobił
w Luftwaffe większej kaszany niż
wszyscy sabotażyści w ciągu wojny
razem wzięci, zapałał wielkim
uczuciem do swojego Zerstorera (niem.
niszczyciel) i nakazał wdrożenie do
serii. I tak to się zaczęło, a dalej
to już samo poszło. Samoloty pierwszej
serii miały z przodu kadłuba potężne
jak na ciężki myśliwiec uzbrojenie złożone
z czterech km 7,9mm, piątym rozporządzał
tylny strzelec. Samolot od początku miał
układ dwóch stateczników pionowych,
aby ułatwić życie strzelcowi. Początkowo
kółko ogonowe było chowane, wkrótce
odstąpiono jednak od tego rozwiązania
(problem oporu aerodynamicznego kółka
był mniejszy niż problem masy
instalacji hydraulicznej i siłownika).
Jak to w życiu bywa, silników DB 600A
nie było na czas, więc zamontowano
Jumo 210Da o mocy 600KM, do tego dwułopatowe
śmigła, ale już metalowe,
samoprzestawialne. Pierwszą serię
czterech A-0 wypuszczono do marca 1938
roku, i intensywnie testowano je w
jednostkach próbnych. Jednocześnie
jednak zbudowano już linię montażową
w Augsburgu, przystosowaną pod zabudowę
docelowych silników. Produkcję rozpoczęto
w 1938, poprawiono obrys osłon silników
i przodu kadłuba, dodano także dwa
działka MG-FF, czyli bardzo popularne w
tym czasie licencyjne Oerlikony. W lipcu
1938 ruszyła produkcja seryjna,
niemniej nadal nie ukończono prac nad
docelowymi silnikami i w tej sytuacji
montowano wzmocnione Jumo 210 o mocy
700KM. Tak powstała pierwsza wersja
seryjna, czyli B-1, kolejna B-2 była
wersją rozpoznawczą, gdzie zamiast
działek była kamera. Samoloty te
zbudowano w liczbie 45 egzemplarzy,
wszystkie trafiły do jednostek
szkolnych jako B-3 z dodatkowym wyposażeniem
radiowym. Ale to później, kiedy już
ruszyła produkcja serii C. Tu warto
przypomnieć o niezłym numerze jaki
Goebbels wykręcił wizytującemu zakłady
francuskiemu szefowi sztabu lotnictwa,
gen. Vuillemin, który stał i patrzył
z przerażeniem jak z jednej strony
fabryki w Augsburgu wyjeżdżają w
regularnych odstępach czasu nowiutkie
Bf-110B-1. Nie widział jednak jak w równie
regularnych odstępach przetoczone z tyłu
za hangarami wjeżdżały one z powrotem
na linię. Co nie zmienia faktu że
francuski wywiad odtąd bardzo
zainteresował się nowym samolotem. Rok
1938 dobiegł końca, i wreszcie pojawiły
się nowe silniki. Jeszcze cieplutkie,
DB 601A, natychmiast wprowadzono na linię
montażową Bf-110 tworząc docelową
odmianę C. Jednocześnie ujawniły się
pierwsze choroby wieku dziecięcego,
czyli drgania upierzenia, które wymogły
usztywnienia całej pupy, zmieniono też
umiejscowienie chłodnic rozdzielając
olej i glikol na osobne mniejsze chłodnice
pod gondolami silnikowymi i pod spływem
skrzydła (czyli tak samo jak w Bf-109 z
tym samym silnikiem zresztą. Genialne,
kurdebalans). Dla uproszczenia
produkcji, w samolocie obcięto końcówki
skrzydeł, nadając im charakterystyczny
prostokątny obrys. Rozpiętość
zmniejszyła się o 60cm, ale jak się
okazało nie miało to znaczenia. Śmigła
trójłopatowe, metalowe, samonastawne
VDM, 1100 konne silniki (540 km/h na
6000m, maksymalny zasięg 1100km lub
1400km z dodatkowymi zbiornikami),
nowoczesne radiostacje, a to wszystko już
w lutym 1939 roku w jednostkach próbnych
i zaraz potem w liniowych. Nowoczesne,
strategiczne lotnictwo myśliwskie,
podpora operacji zaczepnych Luftwaffe?
Czas pokazał, że niekoniecznie. I
pokazał to bardzo szybko.
Dziobowa seria Messera
Pierwszym
lotem bojowym Bf-110C była ucieczka do
Francji w maju 1939 roku porwanym z
fabrycznego lotniska samolotem dwóch
braci, pilota i mechanika fabrycznych,
którzy pracowali na rzecz wywiadu
francuskiego. Udało im się uniknąć
przechwycenia i dolecieli szczęśliwie
z Augsburga do Francji, szczęścia
zabrakło im jednak przy lądowaniu, w
fatalnych warunkach atmosferycznych na
nieznanym im lotnisku samolot musiał lądować
awaryjnie, i obaj braci zginęli w
wyniku odniesionych obrażeń (różne
źródła różnie podają, często można
się spotkać z zapisem mówiącym o
kolizji z przeszkodą). Po dwóch miesiącach
badań Francja oddała samolot, wobec
coraz bardziej chłodnej atmosfery bijącej
zza jej dalekiej wschodniej granicy.
Summa summarum 195 sztuk niszczycieli
znalazło się w linii we wrześniu 1939
roku, i 95 z nich przystąpiło do
egzaminu.
Bfy-110 w kampanii wrześniowej stanowiły
dość istotną siłę Luftwaffe
Egzamin
ten moim zdaniem wypadł dla Niemców
fatalnie. Biorąc pod uwagę przepaść
technologiczną dzielącą sprzęt obu
stron, fakt że aby w walkach myśliwskich
zniszczyć w rozmaitych okolicznościach
36 polskich samolotów myśliwskich
Niemcy utracili aż 23 własne, mając
całkowitą przewagę w powietrzu,
stawia dużo pytań. W sumie Niemcy w
kampanii utracili 79 samolotów myśliwskich
bezpośrednio, a jeszcze 94 które dotarły
do baz zostały później skasowane jako
nie kwalifikujące się do naprawy. W
tej liczbie było 13 Bf-110, i co może
wydać się szokujące, dwa i jeden do
spółki z P.11c, zostały zestrzelone
przez P.7a. Kolejne trzy zostały poważnie
uszkodzone. Ten wynik to nie tylko dowód
szaleńczej odwagi kaskaderów latających
na P.7a, których Vickersy zacinały się
średnio po kilkudziesięciu wystrzałach,
ani genialnego wyszkolenia pilotów
PZL-ek, ile raczej poważny sygnał do
zastanowienia się, który całkowicie
zignorowano. W czasie Bitwy o Anglię
okazało się jak kosztowna była ta
beztroska. Do czego Elwood zmierza, otóż
walki we wrześniu wykazały olbrzymią
wrażliwość niemieckich samolotów myśliwskich
na uszkodzenia, włącznie z tym że
wczesne Bf-109E będąc zupełnie
nieopancerzone, były śmiertelnie zagrożone
nawet ogniem broni ręcznej z ziemi, na
co są liczne przykłady z kampanii wrześniowej.
To samo dotyczy dużo większego
Bf-110C, który ostrzelany po nieosłoniętych
chłodnicach w ciągu paru minut był
ugotowany. Szczególnie wyraźnie
uwydatniła się ta cecha w czasie bitwy
o Anglię, kiedy postrzelane BF-110C nie
mając szans na przelot przez kanał do
Francji, masowo lądowały przymusowo na
angielskich polach. Samoloty te poniosły
relatywnie olbrzymie straty w stosunku
do oczekiwań, i ich mit jako samolotu
niszczycielskiego ostatecznie się
rozwiał wraz z dymem z zagotowanych
silników.
Samoloty
b. często pełniły rolę samolotów
eskortujących nawodne konwoje wiozące
zaopatrzenie do Afryki dla Rommla
Kolejnym
błędem masowo stosowanym przez
Luftwaffe odnośnie tych samolotów było
kurczowe trzymanie się doktryny nakazującej
w chwili zagrożenia utworzenie przez
formację kręgu, który zapewniał by
wzajemną osłonę samolotów i uniemożliwiał
przeciwnikowi wejście żadnemu krążącemu
na ogon osłaniany przez następnego w
szyku. Polacy szybko udowodnili że poza
grawitacją nie ma takiej siły która
by była w stanie ich powstrzymać, i
atakami w płaszczyźnie pionowej urządzali
rzezie takich kręgów obronnych. Była
to bzdura, ponieważ wielokrotnie większą
szansą była próba wykorzystania dużej
prędkości Bf-110 i ucieczka. Ta
doktryna pokutowała długi czas na początku
wojny, równie usilnie stosowali ją
Anglicy w czasie kampanii afrykańskiej,
z czego skwapliwie jak wiadomo korzystał
pan Rudorffer. Bitwa o Anglię przyniosła
skutek taki, że myśliwskie Bf-110 same
wymagały eskorty myśliwskiej Bf-109.
Pomyślano więc o innym ich
wykorzystaniu i coraz częściej pojawiały
się w roli samolotów rozpoznawczych i
eskortowych średniego zasięgu. Z
czasem jednak wszystkie Bf-110C i ich
rozwinięcie –110D (wydłużony
zasięg, często używany do ochrony
konwojów na morzu śródziemnym)
definitywnie zniknęły przed końcem
1941 roku, kończąc swój bojowy żywot
w jednostkach frontu wschodniego i na
bliskim wschodzie.
Również
fotka myśliwca eskortującego, w celu
pokonywania sporych odległości nad
Morzem Śródziemnym stworzono dodatkowe
zbiorniki paliwa dla Bf-110
Rozwój
Bf-110 trwał nadal, ale siłą rzeczy
potoczył się w innym kierunku. Kolejna
wersja rozwojowa –110E, została
więc przystosowana do zabierania 2 ton
bomb. Na tym polu również nie osiągnięto
jakichś oszałamiających sukcesów,
choć taktyka nękających bombardowań
na bardzo dużej szybkości w płytkim
nurkowaniu, przeciw której angielscy
przeciwlotnicy okazali się prawie
bezsilni, jak i pierwsze doświadczenia
z nocnych przechwyceń, przyniosła
efekt w doprowadzeniu do rozwojowej
wersji –110F, która została
specjalnie skonstruowana z myślą o
lotach nocnych i dodanym trzecim członkiem
załogi, obsługującym skomplikowaną
jeszcze aparaturę radarową. Ponadto
samoloty te były przystosowane poprzez
stałą zabudowę zamków, do zabierania
dodatkowych zbiorników paliwa lub
bombsztali i rakiet, mogąc służyć
jako samoloty bliskiego wsparcia. Tym
skuteczniej że pojawiły się też w
miejscu czterech bezużytecznych w tak
niezwrotnym samolocie MG17 dwóch działek
30mm, z odpowiednim zapasem amunicji by
wykonać ścieżkę zdrowia
rozleniwionym kufajmanom. Silniki DB
601F o mocy 1350KM umożliwiły
utrzymanie rozsądnych osiągów mimo
obwieszenia kadłuba dodatkowym wyposażeniem.

Niemiecki
NightFighter, później, całe samoloty
malowane były na czarno
Pojawienie
się doskonałych silników DB 605B o
mocy startowej prawie 1500KM, zaowocowało
kolejną wersją, -110G, początkowo
zaplanowaną jako wyczekiwany od dawna
prawdziwy myśliwiec-szturmowiec.
Praktyka dotychczasowych lotów nocnych
wykonanych przez poprzednie wersję
dowodziła jednak, że samolot lepiej
sprawdzi się w roli nocnego myśliwca.
Tak też się stało, i choć zdarzało
się że obwieszone żelastwem Bf-110G
udzielały w razie potrzeby bliskiego
wsparcia oddziałom naziemnym, a czasem
nawet wysyłano je na przechwycenia w
dziennych nalotach aliantów, to głównie
samoloty te znamy jako nocne myśliwce.
Czas pokazał, że samolot ten stał się
najpopularniejszym nocnym myśliwcem w
całej wojnie, obok Mosquito i Ju-88C/G,
chociaż raczej ze względu na ich
powszechność niż swoje osiągi. Nigdy
w żadnym zastosowaniu nie był Bf-110
maszyną wyznaczającą nowe standardy,
nigdy też niczym specjalnie się nie
wyróżnił. Można powiedzieć, że
trochę rozczarował. Nocne dywizjony
RAF-u, buszujące w 1944 roku bezpośrednio
nad Niemcami, były praktycznie bezkarne
i odkąd ich rola jako przewodników po
rozpowszechnieniu radarów do
bombardowania wśród bombowców zakończyła
się, zajmowały się już niemal wyłącznie
polowaniami na polujące nocne
niemieckie myśliwce. Trzeba powiedzieć
wprost, że w takim starciu Bf-110G
kontra nocny Mosquito, mietek raczej miał
marne szanse. Doszło do tego, że w większych
myśliwcach nocnych, szczególnie w
Ju-88G, montowano specjalne urządzenia
ostrzegawcze wykrywające szukającego
ich radarem Mosquito. Niemieckie nocne
myśliwce same od połowy 1944 roku stały
się celami, i to nad własnym
terytorium. Niemniej czołowi niemieccy
nocni myśliwcy latali właśnie na
mietkach G, którego najpopularniejszą,
i chyba najlepszą odmianą był G6/R3,
wyposażony w kompletną instalację
radarową pasywną jak i bierną oraz
ogromną siłę ognia złożoną z dwóch
działek 30mm i dwóch 20mm, mogącą
celną sekundową salwą zniszczyć
praktycznie każdy latający obiekt często
spoza zasięgu strzelców dysponujących
karabinami maszynowymi. Uzbrojenie uzupełniał
strzelec ogonowy z MG131 (oficjalnie MG
8z) i instalacja Schrage Musik w
dowolnej odmianie (jeśli ktoś nie jest
w temacie albo co gorsza jest spoza
polskiej społeczności Ił-2 i nie wie
jak działał niemiecki Jazz, to niech
szybko do nas przystąpi i zgłosi się
to mu się zrobi krótki elaboracik).
Z
rozmaitych opisów których parę już w
życiu przeczytałem wynika, że wbrew
pozorom popularnym zestawem tej
instalacji był właśnie MG131, dużo lżejszy
od MG151/20, którego ogień w „miękkie
podbrzusze” Lancastera przeważnie
był nie mniej zabójczy. Nocne myśliwce
Bf-100G odniosły spore sukcesy w swojej
cichej działalności, ale było to działanie
zbyt jednostkowe by przynieść wymierne
efekty, i jako takie nie miało ono wpływu
na przebieg wojny. Wielkim błędem było
wstrzymanie i wręcz zablokowanie prac
na He-219, który w swoich sporadycznych
lotach zazwyczaj był ostatnim samolotem
jakiego mogły zobaczyć załogi nocnych
Mosquito, o ile zdążyły.
Fatalnie często kończyły się
próby dziennych wylotów Bf-110G, wysyłanych
jako ostateczne rezerwy przeciw
formacjom alianckich bombowców.
Przyzwyczajeni do nocnych warunków
walki piloci notorycznie sami włazili
strzelcom pod lufy, zbyt blisko zbliżając
się do formacji Combat Box. Przeważnie
nie mieli już okazji zweryfikować
swojego błędu.
Ostatnią
operacyjną jednostką latającą na
Bf-110, która przetrwała, była
11./ZG1, wycofana z frontu wschodniego
do Wels w Austrii w lipcu 1944 roku.
Stamtąd samoloty te atakowały formacje
Combat Box wykonujące loty na
Budapeszt. Było to ostatnie w ciągu
wojny operacyjne zastosowanie samolotów
Bf-110 w ciągu dnia. W przypadku
konfrontacji z zawsze liczniejszymi i
nowocześniejszymi myśliwcami eskorty
Bf-110 były już w tym czasie
praktycznie bez szans nawet na
przechwycenie formacji.
W symulatorze możemy kierować
poczynaniami pilota lub strzelca
Niezbyt
udane osiągi na frontach Bf-110 próbowano
poprawić budując jego następcę.
Prace rozpoczęto dość szybko, bo już
w 1937 roku, na wypadek niepowodzenia
Bf-110, i pod wpływem opinii pilotów z
Rechlina. Warto pamiętać, że nie
tylko Niemcy mozolili się ze swoim
dwusilnikowym myśliwcem. Przypomnijmy
sobie początki P-38 Lightning i jego
oszałamiające porażki w Afryce.
Podobną drogę przez mękę
przechodzili Anglicy ze swoim Westland
Whirlwind, który ostatecznie trafił do
jednostek szturmowo-bombowych jako
samolot bliskiego wsparcia, ale Anglikom
ostatecznie się udało i zbudowali
sobie wspaniałego Mosquito, w dodatku
wprowadzając go na skale masową.
Niemcom się to nigdy nie udało, mimo
kilku opracowanych i wyprowadzonych
daleko poza stadium prototypu projektów.
Animozje i towarzyskie uwarunkowania
oraz wszechwładza wtrącającego się
we wszystko państwa w państwie, jakim
z czasem stało się SS, sprawiły że
„technicznie najlepsze”
zostało wyparte przez
„politycznie poprawne”.
Zresztą, może na szczęście, bo dzięki
temu naziści przegrali wojnę.
Wspomniany
następca opracowywany od 1937 roku
nazywał się Bf-210, choć z czasem
ostał się jako Me-210. Był samolotem
konstrukcyjnie bardzo podobnym do
poprzednika, różnice poza poprawieniem
podstawowych wad instalacji i
rozmieszczenia wyposażenia to przecież
duperele. Podstawowa różnica polegała
na zabudowie wewnątrz kadłuba pod
kabina pilotów małej komory bombowej,
w której można było instalować
bomby, aparaturę elektroniczną lub
rozpoznawczą albo co komu było akurat
potrzebne. Festiwal wypadków i usterek
związanych z tym samolotem doprowadził
do tego że mimo iż decyzja o jego
produkcji zapadła już w 1940 roku,
nadal na wszelki wypadek produkowano
Bf-110 a następcę przystopowano. 17
kwietnia 1942 ponownie rozpoczęto
produkcję poprawionych Me-210, ale tak
je poprawiono że nadal na wszelki
wypadek produkowano Bf-110. Ten wszelki
wypadek trwał aż do końca wojny, a
ostatnie egzemplarze -110 zmontowano na
Węgrzech w styczniu 1945 roku, była to
ichnia produkcja oznaczona –110H
(w dwóch odmianach, H-2 i H-4, ale
bojowy żywot ich był bardzo krótki
jako że w tym czasie był to już
samolot naprawdę wyraźnie przestarzały).
Należałoby też odnieść się do
wspomnianych wcześniej prawideł rządzących
w tysiącletniej Rzeszy, otóż to nie
było tak że po prostu nikt nie chciał
stworzyć czegoś lepszego niż Bf-110.
Arado przedstawiło na własny koszt
swojego Ar-240, a Heinkel do końca
wojny uparcie próbował przebić się
do twardogłowych decydentów. Decyzja
jednak była krótka; oblatany 5 września
1939 roku Me-210 jeszcze nie ukończył
prób testowych w Rechlinie, po których
starzy rechlińscy wyjadacze dostali
siwych włosów, a już pojawiło się
państwowe zamówienie na 1000 sztuk.
Samolot można określić krótko. Był
beznadziejny.
Me-210 w Forgotten Battles
W
opiniach rechlińskich oblatywaczy możemy
przeczytać sobie o niestabilności w każdej
osi i w każdym stanie lotu, uniemożliwiającej
zabudowę jakiegokolwiek uzbrojenia z
powodu niemożliwości celowania,
tendencję do samoczynnego wykonywania
tzw. „górek” kończących
się efektownym wchodzeniem w korkociągi,
oraz niespecjalne osiągi nadawane przez
już powszechne DB601A (1050KM). Ciągłych
problemów nastręczało też podwozie.
Samolot ten początkowo miał upierzenie
bardzo podobne do Bf-110, w wyniku prób
zmieniono je jednak na pojedynczy
statecznik pionowy. Poprawione prototypy
oblatywano od 23 września, i mimo że
nadal był to badziew, w Augsburgu kończono
już prace nad linią montażową dla
produkcji seryjnej. Nie przeszkadzało
chłopcom że prawie każde lądowanie
było awaryjnym albo o włos od niego,
coś jak w żartach krążącym w
„środowisku” parę lat temu
o naszych lotowskich An-24 gniotsa-niełamiotsa.
Z tym że tu akurat zabrakło
radzieckiej finezji technicznej, ponieważ
już piątego września drugi prototyp
zaczął rozbierać się w powietrzu i
pilot zdecydował się na mały łyk świeżego
powietrza. Odtąd tak wyglądał każdy
miesiąc prób. Utworzono specjalną
jednostkę doświadczalną ErG 210, mającą
opracować procedury i przeprowadzić
testy uzbrojenia tych maszyn, co życiem
przypłacił m.in. jeden z jej dowódców,
oberleutnant
Heinz Forgatsch
(3./SKG 210). Wszystko było w
porządku, więc już na wiosnę 1941
roku ruszyła produkcja seryjna. Musiała
zresztą ruszyć, bo wkrótce zabrakło
prototypów i z jednostek liniowych
trzeba było zabrać trzynaście sztuk
pierwszej serii A-1, aby uzupełnić
braki w Rechlinie. Samoloty te uzbrojono
w dwa działka MG151/20 i dwie plujki
MG17. Wersja A-2, budowana równolegle,
przystosowana była do podwieszenia
2000kg żelastwa. Nie zmieniało to
jednak faktu, że nie było możliwości
trafienia w cel mniejszy niż fabryka
FSO na Żeraniu produkująca bardzo
dobre wyroby samochodopodobne, z powodu
totalnej niestabilności maszyny w locie
(ja wiem że tej fabryki jeszcze nie było,
a szkoda bo może by ją ruscy sobie
zabrali „wyzwalając”
Warszawę albo przynajmniej spalili).
Sterowane uzbrojenie
W
początkach 1942 roku ktoś wpadł na
pomysł, by dodać do tylnej części
kadłuba (zbudowanej podobnie jak większość
mietków z segmentów) jeszcze jedną część,
i tym samym wydłużyć kadłub. Okazało
się że to było to. 12 marca zalecono
przerobienie w ten sposób wszystkich
samolotów. Problem niechęci do latania
ostatecznie rozwiązało zainstalowanie
automatycznych slotów na skrzydłach,
czego Willi początkowo chciał uniknąć.
Od lipca 1942 roku wszystkie samoloty
miały także sloty. Bezwładność
biurokracji sprawiła jednak, że w
kwietniu produkcja stanęła kosztem zwiększenia
wytwarzania Bf-110 do czasu usunięcia
usterek. Równolegle jednak ruszyła
produkcja licencyjna na Węgrzech, w
nowo zbudowanej przy pomocy Niemców
Naddunajskiej Fabryce Samolotów. Węgrzy
szybko wprowadzili niezbędne poprawki i
jako Me-210C z silnikami DB 605E o mocy
maksymalnej 1475KM rozpoczęli produkcję,
w większości na potrzeby Luftwaffe,
ale w jednej trzeciej dla swoich Królewskich
Sił Powietrznych. Od początku 1943 do
marca 1944 roku, kiedy produkcję zakończono,
zbudowano 276 maszyn. Pierwsza węgierska
jednostka uoperacyjniła się jednak
dopiero
na początku 1944 roku. Me-210C
karierę zrobił tylko na Węgrzech,
gdzie był wręcz popularny. W Niemczech
większą karierę zrobił dopiero jego
następca. W 1942 roku
pojawił tam się nowy napęd; DB
603A o mocy 1750KM (oczywiście mocy
startowej). Wyposażona w nowe silniki i
poprawiona konstrukcja nazwana została
Me-410, i niezwłocznie skierowana do
produkcji.
Czas naglił, Bf-110 zaczął się
niebezpiecznie szybko starzeć w obliczu
nowych typów maszyn w arsenałach
przeciwników.
Me-410
początkowo powstawał jako lekki
bombowiec o dużej prędkości
przelotowej, pamiętajmy o niemieckich
doświadczeniach z szybkimi
bombardowaniami z płytkiego nurkowania
celów w Anglii kiedy to zaskoczenie
wielokrotnie nie pozwalało na włączenie
się do akcji obrony przeciwlotniczej.
Niemcy mieli chyba jakąś tendencję do
kurczowego uczepiania się jednej idei,
dzięki temu zmarnowali bardzo dobry
moim zdaniem pomysł na swój pierwszy
prawdziwy bombowiec, na siłę
przystosowując He-177 do bombardowań
nurkujących (to jakby przystosować
Concorde do oprysków). Me-410A-1
pozostał więc takim szybkim bombowcem
o udźwigu 2000kg, ale jego potencjał
jako platformy mogącej ustawić baterię
działek na odpowiedniej pozycji został
także wykorzystany. Wersja A-2 była
typowym ciężkim myśliwcem, uzbrojonym
w mordercze (i wiecznie zacinające się)
działka MK108 i szybko-wypruwające-flaki
MG151/20. Jego dużą prędkość
wykorzystano także w rozpoznaniu, budując
wyspecjalizowaną wersję A-3. Samoloty
produkowano i dostarczano już od 1943
roku, ale wkrótce potrzeby stały się
większe niż możliwości fabryki, co
doprowadziło do uruchomienia równoległej
produkcji w zakładach Dorniera, ale i
tak zbudowano ich wszystkich zaledwie
1121 sztuk. To nie był zły samolot,
choć na pewno nie na miarę Mosquito.
Ale lepszy od Bf-110. Samolot ciągle
rozwijano, jego gabaryty pozwalały na
wyposażanie go w różne ciekawostki,
np. 50mm armatę BK5 (po co!? Czy lepszy
jest jeden niecelny strzał 50mm czy choć
jeden na cztery celny 30mm?), urządzenia
elektroniczne (radar, nasłuch, zakłócanie),
baterię czterech działek 20mm, czy
rewolwerowa wyrzutnia sześciu rakiet
W.Gr.21 (niekierowane pociski rakietowe
210 mm), robiąca furorę wśród
publiczności w czasie walk nad
Balatonem w 1944 roku. No i oczywiście
trzeba wspomnieć o największej
ciekawostce tej maszyny, czyli o
bocznych MG131, zdalnie sterowanych
przez strzelca z kabiny. Było to bardzo
skomplikowane gerate, ale też
reprezentujące bardzo wysoki poziom
zaawansowania mechaniki osiągniętego
przez niemiecki przemysł. Skomplikowany
ten system nie mógł być naprawiony i
skalibrowany przez pana Zygmunta z petem
w dziurawych zębach, niemniej system
ten działał, i to skutecznie wbrew
pozorom. Strzelec miał w kabinie
specjalnie przystosowane Revi i można
jowialnie powiedzieć: „joysticki”
dla każdego karabinu, za
pomocą których przy odrobinie
wprawy można było np. sprawić że
kapitan James Morris
latający Lightningiem w 20FG od
siódmego lipca 1944 przestał być
jednym z czołowych żywych asów
alianckiego lotnictwa myśliwskiego. Broń
ta nie mogła oczywiście (przez
ograniczenia motoryczne swoje i
strzelca) być stosowana w dynamicznej,
manewrowej walce powietrznej, ale też
trudno by tak duży samolot jak Me-410
uganiał się za Mustangami czy
Tempestami. Niemniej jeśli któryś z
nich miał ochotę się ustawić do
oddania serii, wtedy strzelec miał
swoje parę sekund. I nierzadko zdarzało
się że trafiony 13mm pociskiem albo
jak miał pecha to kilkoma napastnik, o
ile jeszcze mógł (to nie był
Sturmovik, lol) musiał sobie odpuścić.
Było to oczywiście za mało na P-47,
jak dowodzą opisy, ale np. w zupełności
skuteczne na wrażliwego Mustanga.
Samoloty te były bardzo groźne dla
alianckich bombowców, z powodu swojej
zabójczej siły ognia (co powiecie na
8x MG151/20 ? albo BK5 i 2x MG151/20 ?),
oraz prędkości z jaką (tak duże
maszyny) mogły się zbliżyć, niemniej
z czasem pojawienia się regularnej i
bardzo silnej eskorty myśliwskiej,
samoloty te zaczęły ponosić straty,
nie mając szans w walce z myśliwcami
eskorty. Od końca 1944 roku coraz częściej
wykorzystywano je jako samoloty
szturmowe. Były na pewno bez porównania
lepsze w każdej roli niż ich
protoplasci, ale było ich zbyt mało by
mogło to mieć jakieś większe
znaczenie. Standardowo, oprócz dwóch
MG131 strzelca, Me-410 wyposażony był
w dwa działka dwudziesto i dwa
trzydziestomilimetrowe, jednak z uwagi
na rezerwy samolotu przeważnie dodawano
jeszcze dwa działka już w jednostkach.
Samolot miał mieć jeszcze wersje
rozwojowe, z których oblatana nawet
została wersja Me-410B wyposażona w DB
605 o mocy maksymalnej 1900KM, ale
alianci nie chcieli czekać. Miała to
być wersja mogąca przenosić również
torpedy lotnicze, potem miała powstać
także wersja -E. Innym zarzuconym
projektem był Me-310, wysokościowy myśliwiec
przechwytujący, ale skończył podobnie
jak Bf-109H. Samoloty te miały swoje pięć
minut w czasie powietrznej bitwy o
Budapeszt, a także w walkach nad
Balatonem, gdzie dały się mocno we
znaki atakującym sowietom zmuszając
ich do szybszego sprowadzania nowych
dywizji.

Strony
na temat Bf-110 :
http://www.hotel.wineasy.se/ipms/stuff_eng_detail_bf110g.htm
http://www.kotfsc.com/aircraft/me-110.htm
http://www.bismarck-class.dk/
http://www.a1.nl/nfla/M5367.html
Reportaż
na temat wydobycie Me-210 :
http://ape.awf.gda.pl/~tdu/zdjecia/2002/kalisz1/kalisz.html
oraz
inne :
http://www.balsi.de/me210.JPG
http://www.mbc-koblenz.de/bilder/me410/me410.htm
Autorem
tekstu jest : Elwood
|