|

No
dobra, ponieważ ostatnio doszły do
mnie słuchy że jestem nieobiektywny
faworyzując tylko niemiecką myśl
techniczną, więc niniejszym składam
swoją samokrytykę dla wszystkich
kufajmanów (szczególnie wobec tych
ortodoksów, Shpacoo, Polrus, LeO, Zoom,
pozdroofka) i dziś podejmuję wielkie
dzieło opisu jednego ze szczytowych osiągnięć
konstruktorów Kraju Rad, czyli
pierwszego MiGa. Schmeisser, przestań
mnie łaskotać łysolcu! Ojejku, cała
historia zaczęła się w biurze
Polikarpowa, którego Guriewicz był
zastępcą i szefem biura projektowego
(to był awans po tym jak faktycznie
doskonale wynegocjował w USA warunki
zakupu licencji na DC-3). Z kolei młodszy
od niego o 13 lat trzydziestodwuletni
Mikojan był niewiele znaczącym inżynierkiem
odpowiedzialnym za przeglądy zerowe
samolotów I-153 Czajka wysyłanych do
jednostek liniowych. Mikojan z kolei
wybił się dzięki opracowaniu nowego
systemu chłodzenia karabinów
maszynowych Czajki, praktyka
wykazała bowiem że ich oryginalna
konstrukcja powodowała „efekt
pepeszy”, czyli słynnego
pistoletu maszynowego PPSz, którego
przegrzana i odkształcona paroma
seriami lufa umożliwiała pokrycie
obszaru paru metrów kwadratowych za
pomocą serii oddanej w jednym kierunku.
Obaj panowie jak już wspomniałem
pracowali u Polikarpowa, a sam miszczu w
tym okresie przechodził dość poważny
kryzys. Jak wiemy był to okres kiedy
panowała u Sowietów doktryna dwóch myśliwców-
szybkich przechwytujących (tak powstał
I-16), oraz wolniejszych ale
niesamowicie zwrotnych (I-15, I-152,
I-153), które miały wykończyć
przechwyconego i związanego walką z
I-16 przeciwnika. Czas pokazał że
taktyka ta była błędna, niemniej
Ruscy wpieprzyli się w ten sam kanał
co Niemcy, wyciągając wnioski z walk w
Hiszpanii. Był to błąd, ponieważ już
wkrótce życie pokazało jak bardzo fałszywą
próbą były walki w Hiszpanii. Niemcy
dzięki temu (dodatkowo uśpieni
wynikami walk w Polsce) wyskoczyli do
Bitwy o Anglię z zupełnie
nieprzygotowanymi do zadań defensywnych
Heinklami 111, których ówczesne
uzbrojenie obronne to po prostu śmiech
na sali, zresztą Meśki z dwoma MG 17 i
bębnowymi MG FF które wystarczały na
dwie serie też były „połową”
swego potencjału. Ruscy natomiast
uczepiwszy się jak pijany płotu swej
doktryny dwóch typów myśliwców w
momencie rozpoczęcia operacji „Barbarossa”
znaleźli się nagle z majtkami na
kolanach pośrodku ulicy. Efekty znamy.
Faktem jednak jest, że Ruscy zdawali
sobie sprawę z powagi sytuacji, tyle że
nie było już czasu. Projekt I-180
(pierwszy ruski prawdziwy dolnopłat myśliwski
o prędkości nawet do 570 km/h, 1938
rok) nie udał się. Nawiasem mówiąc,
był to osobisty dramat Polikarpowa, bo
rzeczywiście szło to jak krew z nosa.
Pierwszy prototyp rozpieprzył słynny
kufajmański pilot Walery Czkałow.
Nigdy nie ustalono co się stało. Drugi
wkrótce potem rozbił P. Suzi, który
tuż po starcie doznał zawału serca.
Ostatni, trzeci, rozbił A. Proszakow który
nie był w stanie wyprowadzić go z
korkociągu (awaria hydrauliki i
przelanie całego paliwa na tylny
zbiornik, „samolot ciężki na
ogon”, bez szans). Polikarpow
został oskarżony o sabotaż i wraz z
całym biurem pojechał na wyrąb Tajgi.
Koleś który nie tylko moim zdaniem
postawił ruskie lotnictwo, został
celowo narażony na śmierć. Cudownie.
Prawdopodobnie gwoździem do trumny był
jego wyjazd do Niemiec, skąd przywiózł
dokumentację sprężarki dla wysokościowego
AM-37 dla Aleksandra Mikulina. Posądzono
go o zbyt bliskie kontakty z Niemcami i
o szpiegostwo. Na szczęście zdążyli
go wypuścić zanim (niemłody już
wtedy przecież) się wykończył. W tym
czasie testowano w Rosji niemieckiego Meśka
109E, amerykańskiego Curtissa P-35,
francuskiego Dewoitine 510 i japońskiego
I-96. Samoloty te zakupiono specjalnie
do testów, i ich wyniki były alarmujące.
To był pierwszy impuls który dał początek
powstaniu MiGa. Drugim były coraz
bardziej bezczelne przeloty
rozpoznawczych Ju 86P startujących z
Krakowa i Bukaresztu, wykonujących w
ramach Kdo Rowehl misje rozponawcze nad
Ukrainą. Samoloty te były nieosiągalne
dla o generację lepszych Spitfire I,
tym bardziej więc nie miały czego się
bać nad Rosją. Sumą obu powyższych
czynników było powstanie projektu
„K” czyli wysokościowego myśliwca
przechwytującego o osiągach umożliwiających
podjęcie walki z każdym ówczesnym
przeciwnikiem.


Projekt
„K” w wydaniu
Mikojan-Guriewicz powstał w dość
przypadkowych okolicznościach. Mikulin
po zbudowaniu swojego AM-37 nie mógł
nigdzie tego silnika wtrynić, bo ruscy
nie mieli wtedy bombowca pod ten napęd.
Wtedy Mikulin trafił do zespołu
Polikarpowa, gdzie dostrzeżono jakie
parametry osiąga ten silnik na dużych
wysokościach. I to było to.
Powstawanie samolotu opóźniały prace
nad ciągle jeszcze istniejącym
projektem I-180, dopiero kiedy
ostatecznie zarzucono prace (nie miał
już kto ich prowadzić bo cały zespół
zwiedzał północną Syberię) ci którzy
pozostali zajęli się „K”.
Pod ten projekt utworzono 8.XII.1938
roku nowe OKB (wtedy jeszcze nazywało
się to OKO, opytno-konstruktorskij
otdieł), na czele którego stanął
Mikojan. Trafił tam również Guriewicz.
W piętnaście dni zbudowano drewniana
makietę i dokumentację, którą
zatwierdził Woroszyłow (oni byli
nienormalni, ale to moja prywatna
opinia). Do biura Mikojana przeniesiono
prawie połowę ocalałej kadry biura
Polikarpowa, co oznaczało jego (Polikarpowa)
zmierzch. Projekt „K”
ewoluował; powstały dwie wersje.
Samolot szturmowy TSz (tiażołyj
szturmovik) projekt 65, ale to nas nie
interesuje, oraz wysokościowy myśliwiec
I-63. Oba z silnikiem AM-37. Na skutek
zmian (aresztowań) jakie miały miejsce
w sierpniu 1938 roku, zmienił się
system biur konstrukcyjnych, co
zaowocowało powstaniem nowych grup
konstrukcyjnych. Zmieniły się też
oznaczenia projektów. W efekcie zmienił
się również projekt „K”,
zmieniony na I-200. Pojawiły się też
pierwsze problemy z AM-37, zastąpiono
go więc tymczasowo sprawdzonym już
AM-35. Zmiany organizacyjne w strukturze
ruskiego lotnictwa postawiły Mikojana w
dość popieprzonej sytuacji, bo nowy myśliwiec
miał być gotowy na kwiecień 1940
roku, i o ile Ławoczkin z
Gudkowem i Gorbunowem pracowali nad
swoim projektem już od pół roku, a
I-26 Jakowlewa był tuż przed oblotem,
to Mikojan i jego ludzie dopiero
zaczynali pracę. Samolot powstawał w
efekcie w dość radosny sposób,
mianowicie projekt ogólny przekazano
poszczególnym brygadzistom i
kierownikom wydziałów i każdy z nich
nanosił na projekt ogólny swoje
poprawki tworząc w ten sposób projekt
szczegółowy. Było to możliwe chyba
tylko w sowieckiej rosji, ale z drugiej
strony trzeba pamiętać że niewywiązanie
się z terminu oznaczało posądzenie o
sabotaż, co było wysoce szkodliwe dla
zdrowia. Nie było czasu na wnoszenie
poprawek i dostosowywanie projektu do
norm, maszyn i technologii produkcji. Pełen
żywiec. Dzięki temu już w styczniu
1940 roku gotowy był cały projekt i
technologia budowy samolotu. Doszło
nawet do takich bzdur, jak zdejmowanie
„szablonem” (!!!) wymiarów
poszczególnych części i przenoszenie
tych wymiarów w ten sposób do kooperujących
podzespołów aby w ten sposób
przyspieszyć wprowadzenie samolotu do
seryjnej produkcji w innych zakładach.
Żeby było śmieszniej, jestem trzeźwy
i piszę to na poważnie. No ale dzięki
temu wszystkiemu 5 kwietnia 1940 roku,
na dziesięć dni przed deadline,
Arkadij Jekatow wystartował pierwszym
I-200. Zgodnie z sowiecką propagandą
samolot był bardzo udany, w trzecim
prototypie ponoć był szybszy nawet niż
Spitfire. Pułapem operacyjnym miał
przewyższać Meśka o 2000 m :) , choć
faktem jest że wtedy miał
prawdopodobnie najlepsze osiągi ze
wszystkich ruskich samolotów, z I-26
(przyszłym Jakiem 1) włącznie. Był
tylko mały problem, otóż kabina po
zamknięciu przeważnie zacinała się i
można było ją otworzyć tylko z zewnątrz,
a system chłodzenia cieczy (ten samolot
chłodzono wodą !!!! LOLOLOLOL)
przerabiano 17 (słownie: siedemnaście)
razy. System olejowy nie chciał być
gorszy, więc przerabiano go 14 (słownie:
czternaście) razy. Nigdy zresztą nie
ukończono tych przeróbek i samolot ten
miał wiecznie problemy z olejem, a
trafienie nawet z MG 17 w chłodnicę
oznaczało koniec zabawy. Samolot miał
hamulce kół, które miały dwie
pozycje: On i Off, z tym że po załączeniu
On trzeba było później z powrotem z
pleców przewrócić go na koła, i
wtedy było Off. Ale to wszystko wuj,
jak twierdzi ponury najlepsze co było w
MiGu to chłodnica cieczy umieszczona
pod siedzeniem pilota. Tam był taki
patent, że ścianki tej chłodnicy były
gówniano polutowane i zdarzało się że
siedzący na niej pilot miał jajka na
twardo. Stąd prawdopodobnie tak niski
współczynnik urodzeń w jednostkach
MiG 3. Ale żarty na bok, faktem jest że
to nic przyjemnego jak Ci pod dupą radośnie
chlupie 1200C a kabina zatrzaśnięta
na amen. Mesiek z tyłu jest wtedy
drugorzędną sprawą...
Samolot
od początku okazał się być ciężki
na ogon, i nie udało się tego zmienić
już nigdy, podobnie jak systemu
sterowania pracą silnika, który często
żył „własnym” życiem.
Wynikało to po prostu z jego
konstrukcji. MiG chętnie wchodził w
korek na małych prędkościach, niechętnie
wychodził. Było to skutkiem
zastosowania tego samego profilu na całej
rozpiętości płata (!!!), co chociaż
upraszczało produkcję do minimum, to w
locie miało to swoje konsekwencje dość
przykre. Później to zmieniono i dodano
automatyczne sloty, uszczelniono też
wiecznie cieknący centralny zbiornik
paliwa. Zmieniono śmigło, nieszczęsne
hamulce, całe podwozie przerobiono. Płozę
z tyłu zastąpiło kółko. Tak narodził
się MiG 1, samolot którego
konstruktorzy bardzo wiele zawdzięczający
usuwanemu na siłę w cień
Polikarpowowi który popadł w niełaskę
wymogli przyznanie temu ostatniemu
nagrody państwowej za projekt wstępny
tego samolotu. Drugi prototyp miał już
tyle przeróbek, że nazwano go MiG 2.
Potem, na skutek zmiany systemu oznaczeń,
przemianowano go na MiG 3. I tak już
zostało. Natomiast jedno co się nie
zmieniło to fakt że kabina tego
samolotu przypominała nadal saunę z
zepsutym ogranicznikiem temperatury, co
wymuszało loty cabrio. Jednak gdy
pierdyknęła chłodnica (co nie było
szczególnie odosobnionym wydarzeniem),
a kabinka nie chciała się jak zwykle
otworzyć od środka, to zaczynały się
dla pilota naprawdę gorące chwile. Tak
zginął m.in. A. Jekatow, szef
oblatywaczy OKB MiG, który na oczach
lecących obok kolegów ugotował się
żywcem w zablokowanej kabinie. Zresztą
Mark Gałłaj, jego poprzednik, w tych
samych okolicznościach stał się kaleką
na całe życie, któremu ugotowało nie
tylko jaja na twardo, ale od razu
speklowało polędwicę i schabik. Z
MiGiem związany jest pewien ważny
szczegół, otóż jest to pierwszy
ruski samolot przebadany w tunelu
aerodynamicznym, i to od razu naturalnej
wielkości (pod koniec 1939 roku w CAGI
oddano do użytku zajebiście wielki
tunel aerodynamiczny do badań samolotów
w skali naturalnej). Dało to np. takie
obserwacje, że umieszczenie anteny w
maszcie a nie w lince między kabiną a
statecznikiem zwiększa prędkość
samolotu o 4 km/h. Wprowadzono też
kabinę odsuwaną do tyłu, a nie
otwieraną na bok jak dotąd. Pozostały
jednak główne wady tego samolotu,
jak np. prędkość lądowania wynosząca
aż 144 km/h, i ogólnie jego
charakterystyki lotne, wymuszone przez
jego założenia konstrukcyjne. Praktyka
wykazała bowiem, że walki toczyły
się przeważnie na niskich i średnich
pułapach, na których MiG 3 nie miał
czego szukać w starciu np. z Meśkiem,
że o Foce nie wspomnę. To spowodowało
że nigdy nie stał się frontowym
samolotem myśliwskim, i zawsze jakby był
trochę z boku, z innej bajki. We
Wnukowie pod Moskwą produkowano miesięcznie
75 sztuk tego samolotu, ale już wtedy
zdawano sobie sprawę, że to nie to.
Nie tędy potoczył się rozwój samolotów
myśliwskich, i MiG wysoko w górze
został sam.
Oczywiście
warunki wojny wymogły dostosowanie się
do warunków narzuconych, i tak MiG 3
stał się w pewnym czasie nawet
samolotem szturmowym obwieszonym
rakietami RS-82. Od 1942 roku zaczęto
do tych samolotów montować odbiorniki
radiowe, a rok później nawet całe
radiostacje (LOL, wersja Lux). Samolot,
poza paroma próbami jako MiG 7, nigdy
nie został wyposażony w docelowy
silnik AM-37, bo nigdy go nie
dopracowano i wiecznie były z nim
problemy. Pozostał AM-35. Była też
seria szturmowa z AM-38 od Iła 2,
kilkadziesiąt sztuk. Jakieś tam dwa
SzWAKi i takie duperele. Najfajniej to
było po `41, jak przerzucono cały
przemysł za Ural. Samoloty budowano
wtedy w niewykończonych halach bez
okien, przy temperaturze –550C.
Jakość przede wszystkim.
Ostatecznym
gwoździem do trumny MiGa stał się
jednak jego silnik. Produkcja AM-38 do Iłów
po zajęciu przez Niemców głównej
wytwórni tych silników na Białorusi
załamała się. Ponieważ silnik ten był
tylko inną wersją AM-35 z MiGa,
natychmiast skierowano całą produkcję
dla Iłów, pozostawiając drugorzędnego
na froncie MiGa bez napędu. Sprawę
zamknął ostatecznie słynny
„telegram o Iłach” Stalina.
I było po wszystkim. Próbowano
podtrzymać MiGa przy życiu dostosowując
go pod zabudowę M-82 jako MiG 9. Okazało
się to jednak niezbyt udanym pomysłem,
a zakres przeróbek musiałby być
olbrzymi. Mimo całej masy zalegających
M-82, nie powtórzono cudu z ŁaGGiem,
który z totalnej rzędowej nędzy stał
się gwiazdowym Laparchem. Próbowano do
bólu, nawet potem z innym silnikiem
gwiazdowym Asz-82F (dalekie rozwinięcie
M-82), jako MiG 9F, ale tez do dupy.
Jeszcze taki szczegół, że po powrocie
z ewakuacji do Moskwy zespół Mikojana
w swoich dawnych fabrykach z porzuconych
części poskładał jeszcze około pięćdziesięciu
MiGów, jakość tradycyjnie przede
wszystkim. Te części przeleżały
sobie pod gołym niebem przez rok...
Ostatecznie
ostatnim rzutem na taśmę tego samolotu
był MiG 3U. Był to samolot typowo
wysokościowy, czasem nazywany tez MiG
3D (tak czy owak chodzi o I-230).
Zmieniono konstrukcję kadłuba, stalową
kratownice zastąpiono drewnianym kadłubem
skorupowym. Chodziło o to, że gdy
wreszcie sytuacja na froncie się
uspokoiła, to okazało się że AM-35
nie ma już wcale, za to zalega pełno
AM-38 od IŁów. Po zabudowie okazało
się że silnik ten, mimo że niby taki
sam, jest o 50 kG cięższy o AM-35. Nie
można było aż tak przeginać wyważenia
i tak ciężkiego na ogon samolotu, stąd
ta wymuszona „modyfikacja”.
Ach, zapomniałbym, MiG miał dźwigary
skrzydeł z drewna... skutki oczywiste.
Tu zastosowano więc dźwigar stalowy.
Powstało aż 12 sztuk, wszystkie do
obrony Moskwy przed wysokościowymi
nalotami Luftwaffe. Rozwinięciem tej
koncepcji stał się I-220, z którego
jednak nic nie wynikało, a potem I-221.
Niemcy wznowili loty Ju 86P, dlatego
samolot ten odzyskał swą rację bytu.
Samolot ten wystartował po raz pierwszy
2 grudnia 1943 roku, ale długo nie
polatał bo jego pilot wzięty wprost z
frontowej jednostki (niejaki Żurawlow)
nie został uprzedzony o charakterystyce
pracy silnika wysokościowego doładowywanego
twardym turbo, i gdy zobaczył płomienie
wydostające się z rur wydechowych, po
prostu poszedł się przewietrzyć.
Kolejny prototyp wystartował dopiero 7
maja 1944 roku, a ostatecznie utracono
go po tym, jak A. Jakimow osiągnął
wysokość prawie 14 000 m, i eksplodowała
kabina (nikt wcześniej nie wpadł na to
że różnica ciśnień hermetycznej
kabiny i otoczenia może być tak duża).
Potem już ruscy poszli normalną drogą,
czyli zrobili tak jak cały cywilizowany
świat już parę lat wcześniej, i
zastosowali podwójne oszklenie z wkładkami
higroskopijnymi wzmocnionej,
hermetycznej kabiny, z gumowymi wężami
uszczelniającymi osłonę kabiny do kadłuba
poprzez rozszerzanie się tłoczonego do
nich sprężonego powietrza, i taki miał
być docelowy MiG 7, tyle tylko że nie
było już kogo przechwytywać, bo
odrzutowce i tak były szybsze i latały
jeszcze wyżej. Tak w ogóle to jedynym
znanym przypadkiem nawiązania kontaktu
bojowego w stratosferze nad Krajem Rad w
tym okresie było spotkanie 2 lipca 1943
roku na 12 500 metrów przez
rozpaczliwie walczącego o utrzymanie się
w powietrzu na tej wysokości specjalnie
przerabianym wysokościowym wariantem
Jak-9PD i Ju 86P, który gdy zobaczył
napastnika, po prostu odleciał.
Ostatnim
odpryskiem tych prac nad myśliwcem
wysokościowym był I-224, utracony po
eksplozji silnika (ciekawa konstrukcja,
np. łopaty śmigła o szerokości 40
cm), a potem I-225, drugi najszybszy
ruski samolot tłokowy (najszybszy
był Jak -3WK108). Danych nie podaję bo
w nie nie wierzę. Tak zakończył się
rozwój MiGa 3, samolotu który w
zasadzie nikomu nie był potrzebny, ale
za to był niepowtarzalny, bo
praktycznie każdy egzemplarz był inny
i inaczej latał. No i żeby nie było
że był bez sensu, to faktem jest, że
w styczniu 1941 roku Ju 86P spadł w
rejonie Winnicy na Ukrainie, zestrzelony
przez MiG 3, który jako jedyny mógł
zbliżyć się do jego pułapu (tyle że
to Junkers leciał nietypowo niżej
wskutek awarii drugiego biegu sprężarki).
15 kwietnia sytuacja się powtórzyła i
wtedy Niemcy zaprzestali lotów do czasu
opanowania problemów ze sprężarkami,
tj. na trzy miesiące LOL....
Ojej,
to już koniec, a ja nic o Poldasie nie
napisałem... No więc Poldas też miał
wersję z turbiną, to był zwykły
Poldas 1500 z dopiskiem turbo, i nawet
Hołek jeździł takim jako fabryczny w
FSO. Cechą szczególną tego samochodu
były bardzo efektowne eksplozje
silnika, dzięki którym dzieci kibicujące
na trasie rajdu mogły się z bliska
dowiedzieć jak zbudowany jest silnik w
środku. Kierowcy nazywali to żelaznym
deszczem, bo tyle części leciało
wtedy do kabiny że wyglądało to jak
bryzg nakrętek i śrubek (nie
zazdroszczę w środku)...

Salute
All, pozdrawiam Szmajsa, Doktora, YoYa i
Pimpcię.
Autorem
tekstu jest : Elwood
|