|
Li-2
jak wiadomo był licencyjną odmianą
Douglas DC-3, następcy DC-2. Zdaniem
nie tylko moim i Ponurego, chyba
najbardziej udany i genialny w swej
prostocie samolot jaki dotąd powstał.
Ruscy w latach trzydziestych intensywnie
kombinowali nad swoim własnym projektem
samolotu pasażerskiego, ale i Stal-7, i
PS-35 i –89 mimo że szybkie, były
niesamowicie paliwożerne, nawet jak na
ruskie normy. Programy te w drugiej połowie
lat trzydziestych ostatecznie załamały
się. Zakupiono wtedy jednego DC-2, w
celu porównania i przetestowania.
Podpisano też listy intencyjne (wtedy
przynajmniej w zewnętrznej polityce
ruscy udawali jeszcze normalne,
cywilizowane państwo) na kolejne
maszyny. Kiedy w 1935 roku uruchomiono
produkcję DC-3, rok później do USA
przyjechała sowiecka delegacja która
całkowicie profesjonalnie zakupiła
licencję i prawa do technologii niezbędnych
do produkcji podzespołów samolotu. W
1937 roku negocjacje sfinalizowano, i do
ZSRS dostarczono pierwsze 20 DC-3 i dwie
sztuki w częściach, które służyły
jako wzorcowe. Cały program budowy
radzieckiej wersji licencyjnej wdrożył
zespół W. M. Mjasiszczewa, który
przeliczył wszystkie wymiary
konstrukcyjne z calowych na metryczne i
dostosował do radzieckich norm materiałowych
i wytrzymałościowych jak i częściowo
pod radzieckie wyposażenie. Pierwsze
egzemplarze, nazwane PS-84,
wyprodukowano w Chimkach nieopodal
Moskwy w 1939 roku. Samoloty te były cięższe
od DC-3, jego silniki, licencyjne Wright
Cyclone, oznaczone jako M-62, 9-cio
cylindrowe w gwieździe, o mocy 1000 KM,
były słabsze od oryginału Pratt &
Whitney Twin Wasp który osiągał 1200
KM. Spowodowało to nieznaczny spadek
maksymalnej prędkości, wymusiło także
zabudowę innych osłon silników, przez
co łatwo odróżnić Li-2 (PS-48) od
C-47 (DC-3). Do inwazji niemieckiej
wyprodukowano ponad siedemdziesiąt
sztuk tych samolotów, i były to
samoloty udane. Jednak ich przewaga nad
amerykańskim oryginałem wyszła na jaw
dopiero w latach wojennej zawieruchy. Po
inwazji niemieckiej wszystkie samoloty
PS-48 zmilitaryzowano. Samoloty w większości
uzbrojono w trzy karabiny maszynowe
SzKAS (7,62 mm), montując w bocznych
oknach po jednym na stronę i jeden w
grzbietowej wieżyczce WUS-1. Niektóre
samoloty na grzbiecie miały UBT (12,7
mm). Znane są także zdjęcia
egzemplarzy wyposażonych w umieszczony
w nosie samolotu (tak jak w naszym
Sturmoviku) nieruchomy karabin maszynowy
nieznanego typu ani kalibru. Wieżyczka
nie była oczywiście za darmo; spadek
prędkości sięgał 25 km/h. Samoloty
te stosowano razem z oryginalnymi C-47
których 700 sztuk dostali ruscy w
ramach lend-lease jako konie robocze
transportu wojskowego w Rosji. Samoloty
te cechowała podobna do U-2 niewrażliwość
na nic i nikogo, były bardziej wytrzymałe
na warunki frontu wschodniego niż ich
oryginalne odpowiedniki, wiele z nich było
wielokrotnie zestrzelonych. Latały we
wszystkich strefach klimatycznych ZSRS,
utrata obu silników o ile można było
pozbyć się ładunku nie stanowiła żadnego
problemu, bo na jednym można było podjąć
próbę powrotu, a bez żadnego
spokojnie awaryjnie wylądować. Nasze
polskie przedwojenne doświadczenia z
LOTowskimi DC-2 potwierdzają te właściwości,
lądowanie na brzuchu na polu oznaczało
konieczność podniesienia samolotu,
wypuszczenia podwozia, sprowadzenia
kowala z narzędziami (dosłownie),
wymiany pogiętych śmigieł i przeglądu.
Samolot na lotnisko na gruntowny przegląd
i ewentualny remont odlatywał sam. Dla
Li-2 utrata całego statecznika
poziomego nie oznaczała praktycznie żadnej
straty, podobnie powierzchnia nośna
skrzydeł potrafiła bez uszczerbku
przyjąć trafienie z MG 151/20, i mimo
dziury na wylot dalej mieć wystarczającą
powierzchnię by dalej nieść samolot.
No fakt, tu U-2 był jednak rekordzistą,
bo bywało niejednokrotnie tak że lądowały
te samolociki na jednym skrzydle gdy
drugie (górne) już odpadło.. Mam
nawet zdjęcie Po-2 w wersji „półtorapłatowiec”,
LOL. Ale generalnie Li-2 były bardzo
bezpieczne, wytrzymałe i proste w obsłudze,
a przez to niezawodne. W powojennej
Polsce Ludowe Wojsko
„Polskie” używało ok. 20
tych maszyn, ostatnią jeszcze w 1974
roku. Wcześniej skasował te samoloty
powojenny LOT, 39 sztuk; zastąpiły je
Ił-14 („Crate”, zamienił
stryjek siekierkę na kijek).
Wyprodukowano do połowy lat pięćdziesiątych
łącznie 4863 egzemplarzy, ostatnie z
nich na rosyjskim dalekim wschodzie
latają do dziś. Samolot nazwano Li-2
dopiero w 1942 roku, w ramach zmiany
systemu oznaczeń w ruskim lotnictwie, i
samolot nazwano tak od nazwiska Borysa
Lisunowa, dyrektora fabryki nr 84 którą
w ramach wycieczki zakładowej
zorganizowanej przez Barbarossa Tour
przeniesiono w całości razem z
maszynami do Taszkientu (stąd nazwa PS
84- pasażerski samolot z fabryki 84).
Lisunow był głównym konstruktorem
wszystkich przeróbek samolotu, z kolei
silniki przemianowano na Asz-62, od
nazwiska konstruktora Arkadija Szwiecowa.
Główne wersje to Li-2T, przystosowany
do zabierania 2800 kg ładunku lub 26
spadochroniarzy, ze wzmocnioną podłogą
i bocznymi drzwiami ładunkowymi jak w
C-47. Samolot ten mógł zabrać np. słynną
ruską pierdziawkę ZiS-3, ale bez osprzętu,
co oczywiście praktykowano (bezsens).
Masa startowa mogła wtedy wynieść do
11500 kg. Li-2B był prawdziwym
szturmowcem, A-10 Warthog się chowa,
1500 kg bomb pod centropłatem na zewnętrznym
zamku plus RS-132 pod skrzydłami ile
wlazło. Była też wersja dalekiego
zasięgu ze zbiornikami paliwa w kadłubie.
Tak naprawdę to były to jedyne wersje
które miały jakieś oznaczenia, bo
wersji było tyle ile potrzeb. To właściwie
tyle. Może jeszcze to, że właśnie
takim samolotem zdrajca Bierut i jego
kapusie wyekspediowali do Moskwy
szesnastu przywódców Polski
Podziemnej. Ponury zawsze twierdził, że
gdyby to tylko od tego zależało, to on
natychmiast uruchamia Poldasa i czeka na
Bieruta na pierwszym przejściu dla
pieszych. Pozdrowienia dla crew: YoYo,
Schmeisser i Doktor, suplement: dziadek
KOS.

A
teraz Elwood ma wszystko gdzieś i nie
powie gdzie i idzie spać
|